Warto przeczytać: Niepokojący spokój na rynkach

13.05.2017
Co może wywrócić stabilizację finansową świata? Wojna nuklearna USA z Północną Koreą, dymisja Donalda Trumpa, pęknięcie zadłużenia chińskiej gospodarki? Spekulacje rosną wraz z giełdą.


Tematem tygodnia na rynkach finansowych był Volatility Index, czyli wskaźnik „lęku” inwestorów, który jest na najniższym od 23 lat poziomie. Co oznacza, że wszyscy zastanawiają się jak może się to skończyć. Taki poziom zazwyczaj poprzedza erupcję paniki, która jest właściwa spadkowi cen albo nawet załamaniu rynku.

Traderzy giełdowi uważają, że spokój powoduje marazm administracji Trumpa, która nie wprowadza obiecanych reform podatków, deregulacji i programów infrastrukturalnych (z jedynym wyjątkiem przyjęcia przez izbę niższą Kongresu ustawy o anulowaniu systemu ubezpieczeń zdrowotnych Obamacare, która ma jednak przed sobą skomplikowany proces akceptacji przez Senat i komisje oraz wielu przeciwników nawet pośród Republikanów). Kolejne napięcia polityczne powodowane przez Trumpa straciły na ostrości. Co może zachwiać spokojem?

Jak wiadomo, rynki finansowe przeszły przez falę hossy po wygranej Trumpa wobec czego wielu obserwatorów uważa, że wysoki poziom cen i spokój jest „utrzymywany” przez to iż Trump jest u władzy. Teza ta okazuje się jednak nie mieć zbyt silnego oparcia w rzeczywistości. Na pytanie jak zareagowałyby rynki finansowe gdyby Donald Trump podał się nagle do dymisji, odpowiedź brzmi, że bynajmniej nie załamaniem cen, ale krótkotrwałą 3-5-procentową zwyżką. Tak wynika z symulacji przeprowadzonej przez nowojorską firmę analizującą rynki Convergex.

Uzasadnienie jest proste – zyski amerykańskich korporacji są solidne i idą w górę a Republikanie posiadający większość w Kongresie muszą wprowadzić reformę podatkową przed 2018 rokiem (co nakazuje logika wyborcza). Niezależnie więc kto jest prezydentem, inwestorzy ufają, że gospodarka amerykańska rozwija się dobrze.

Nouriel Roubini z nowojorskiej Stern School of Business wylicza cztery główne powody, dlaczego rynki lekceważą geopolityczne zagrożenia.

Po pierwsze, pomimo napięć na Bliskim Wschodzie, nie było ani szoku naftowego (dzięki produkcji łupkowej z USA), który był przyczyną załamania giełd podczas konfliktów w tym regionie w roku 1973 i 1979 oraz w latach 90.

Po drugie, inwestorzy zakładają, że tak jak było w przypadku ataku 11 września czy kryzysu finansowego z 2008 roku, rządy wstąpią na arenę kryzysu i uratują gospodarkę.

Po trzecie, kraje, które doświadczyły ostatnio szoków giełdowych, jak Rosja czy Ukraina po aneksji Krymu przez Putina, nie są na tyle duże, aby wpłynąć na inne rynki. Nawet Brexit oddziałuje zaledwie na 2 proc. światowego PKB.

Wreszcie, świat jak dotąd uniknął bezpośredniego dużego konfliktu zbrojnego i poważnego załamania gospodarczego (jakim byłby na przykład upadek strefy euro czy samej Unii Europejskiej). Zdaniem Roubiniego sielankę może zepsuć nieznane zagrożenie, na przykład atak cybernetyczny. Aby poczytać o innych ryzykach Roubini odsyła nas do pracy Franka H. Knighta o zależności rynków od ryzyka niepewności.

Wygrana Emmanuela Macrona w wyborach prezydenckich we Francji spowodowała euforię pośród komentatorów. Pojawiła się lista wskazań, co ma zrobić Macron jako „strażnik Galaktyki”. Mohamed El-Erian pisze, że poza bezpośrednim wyzwaniem zbudowania parlamentarnego zaplecza przed Macronem stoją podobne wyzwania jak przed Trumpem i Theresą May – jest, jak oni, nowym liderem, zrywającym (choć inaczej niż Trump i May) tradycyjne sposób funkcjonowania polityki. Podobnie jak oni, Macron wierzy że niższe podatki i ograniczona rola rządu służą wzrostowi gospodarczemu. Takie zmiany powinien on, zdaniem El-Eriana, wprowadzić we Francji.

Wprowadzenie reform we Francji nie będzie łatwe, bo, jak pisze Desmond Lachman z American Enterprise Institute, Francja dostała w postaci Macrona lidera jakiego potrzebuje, ale przeciwnicy reform czają się wszędzie. Pierwsi to związki zawodowe, a reforma rynku pracy to pierwsze wyzwanie dla Macrona.

Francja, podobnie jak inne kraje strefy euro (poza Niemcami), skorzystałaby na większej integracji gospodarczej – Lachman wskazuje tu na unię bankową (jeśli strefa euro miałaby ministra finansów a Niemcy chciałaby emitować europejskie obligacje). Lachman przypomina także, że zwycięstwo Macrona wcale nie oznacza głębokiego poparcia dla reform jakie chciałby on wprowadzić. Wygrał bardziej dlatego, że Francuzi nie chcieli Le Pen.

Tym bardziej przekonująco brzmi Dani Rodrik z Harvardu twierdzący, że nie bardzo wiadomo, co Macron zechce wprowadzić. Wiele jego pomysłów, jak obniżenie podatków dla przedsiębiorstw z 33,5 do 25 procent, zmniejszenie zatrudnienia w aparacie państwowym o 125 tysięcy osób, reforma rynku pracy oraz utrzymanie deficytu poniżej 3 procent PKB (limit strefy euro) ma neoliberalny koloryt. Ale liberalizacja rynku nie rozwiąże problemu 10-proc. bezrobocia ( jedna czwarta bezrobotnych to młodzież poniżej 25 roku życia). Lepszym rozwiązaniem byłby projekt 5-letniego programu stymulacyjnego – gdyby zakładał większe wydatki.

Najlepszym zaś co mogłoby spotkać Macrona byłaby pomoc ze strony Niemiec, które musiałyby zgodzić się na ściślejszą unię gospodarczą strefy euro. Faktycznie „strażnikami Galaktyki” ciągle są Niemcy. Na szczęście niemiecka gospodarka rośnie coraz szybciej – w I kwartale rosła dwukrotnie szybciej niż gospodarka Wielkiej Brytanii i trzykrotnie szybciej niż USA, co przy braku napięć ekonomicznych może usposobić niemieckich polityków życzliwiej do pomysłów zacieśnienia unii strefy euro.

Ideę tę propaguje także Daniel Gross, szef Center for European Policy Studies, ale wskazuje dlaczego Niemcy są dalekie od chęci zacieśniania finansowej i fiskalnej współpracy. Kluczem do zmiany ich postawy byłoby przedstawienie takiej wizji, która wychodziłaby na przeciw niemieckim priorytetom: utrzymania fiskalnej stabilności i ograniczeń zadłużenia banków.

Wiara inwestorów w amerykańskie firmy ma uzasadnienie w ich rosnącej wartości. Apple wspiął się tam, gdzie żadna firma dotąd nie sięgnęła – 9 maja cena akcji Apple podniosła kapitalizację firmy do ponad 800 mld dol.

Unia Europejska widzi jednak świat inaczej niż Ameryka – gospodarka ma służyć społeczeństwu, a ma ją regulować nie siła pieniądza lecz uczciwość. Maciej Szpunar, polski prawnik reprezentujący Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, uznał właśnie w 94-stronicowej opinii, iż Uber nie jest firmą technologiczną, jaką jest w USA, ale transportową i powinien być jako taka traktowany.

Skargę na Ubera – oferującego przewozy bez konieczności zdobycia licencji przewoźnika ani utrzymywania standardów bezpieczeństwa – wnieśli taksówkarze z Barcelony. Uber operuje w niespełna 600 miastach na świecie. Właśnie musiał wycofać się z Chin z powodu protestu tamtejszych taksówkarzy, w USA boryka się ze skargami na kulturę pracy.

Amerykańskie korporacje jak Google, Amazon czy TripAdvisor „boją się” też europejskiej komisarz do spraw konkurencji Margrethe Vestager. Wsławiła się w ubiegłym roku nałożeniem na Apple obowiązku zapłacenia w UE ponad 14 mld dol. zaległych podatków (sprawa jest wciąż dyskutowana przez prawników). Wkrótce ma zaś ogłosić werdykt w sprawie McDonalda i Amazon – czy będą traktowane w Europie na równi z małymi firmami.

Wzrost wartości i zysków amerykańskich firm w powszechnym odbiorze świadczy o bogaceniu się Ameryki i Amerykanów, którzy indywidualnie i jako gospodarstwa domowe są najbogatsi na świecie. Kilku niemieckich ekonomistów kwestionuje jednak to utarte przekonanie, że Amerykanie są dużo bogatsi niż Europejczycy, na przykład Niemcy.

W wartościach bezwzględnych niemieckie gospodarstwa domowe są biedniejsze niż amerykańskie i siła nabywcza dolara w Niemczech jest prawie dwukrotnie niższa niż w USA (1,84). Ale zdaniem autorów różnice solidnie zmniejsza niemiecki bezpieczny system emerytalny, jakiego Amerykanie nie mają.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test