Wtorkowe przekleństwo rubla

17.12.2014
Nie walka z kryzysem, ale wybieganie naprzód i planowanie usuwania szkód wywołanych przez obecne zawirowania w Rosji wydaje się teraz najrozsądniejszym pomysłem. Byłoby idealnie, gdyby kryzys przyczynił się do powstania nowej strategii gospodarczej.

Ruble (CC By SA Nickolas Titkov)


We wtorki trzeba się mieć na baczności – mówi hiszpańskie przysłowie. Nie należy tego dnia zawierać związku małżeńskiego, ani ruszać w podróż, ani też wychodzić z domu. Od 16 grudnia 2014 r. można śmiało powiedzieć, że we wtorki należy trzymać się z dala od rosyjskiego rubla.

Zapaść wartości rubla w ostatnich dniach najżywiej przywołuje wspomnienia z sierpnia 1998 r., kiedy ta waluta – również we wtorek – znalazła się w tarapatach. Rosjanie pamiętający tamte, gorące dni przypominają jednak, że rubel miał już wcześniej kilka czarnych wtorków. I przetrwał.

Pierwszym był wtorek 26 stycznia 1993 r. Najbardziej utkwił Rosjanom w pamięci jednak wtorek 11 października 1994 r., kiedy waluta rosyjska pobiła absolutny rekord i w ciągu jednego dnia straciła 27 proc. swojej wartości. Dostało się wówczas prezesowi Banku Rosji Viktorowi Gieraszczenko. Jeffrey Sachs nazwał go najgorszym bankierem centralnym na świecie. Niezbyt trafna to ocena, bo krawiec tak kraje, jak mu materii staje. A miał jej wówczas naprawdę niewiele. Kilka lat później Gieraszczenko radził sobie już znacznie lepiej w kierowaniu tym samym bankiem. Natomiast pech czarnego wtorku przypomniał o sobie jeszcze w sierpniu 1998 r., a także we wrześniu 2008 r.

We wtorek 16 grudnia mieliśmy prawie kopię tego, co się wydarzyło przed 20 laty. Po podniesieniu stóp procentowych przez Bank Rosji w nocy z poniedziałku na wtorek, waluta Rosji ok. godziny 15 czasu moskiewskiego straciła ok. 24 proc. Potem odrobiła trochę ze swoich strat (w środę rano, dolar kosztował niespełna 69 rubli), ale 16 grudnia 2014 będzie kolejnym czarnym wtorkiem w historii rubla.

Zmarły w ubiegłym tygodniu były prezes niemieckiego Bundesbanku, prawdziwa legenda bankowości centralnej, Karl Otto Poehl, przyrównał kiedyś inflację do pasty do zębów w tubce. Bardzo łatwo jest paście (czytaj inflacji) wydostać się z tubki, włożenie pasty z powrotem do tubki wymaga ogromnego poświęcenia. Dzisiaj młodsi koledzy Poehla zmagają się z zupełnie innym problemem, a mianowicie brakiem pasty w tubce. Nie wszyscy jednak są w takim położeniu. Inflacja w wielu krajach stanowi zmorę dla bankierów centralnych. Jednym z nich jest właśnie Rosja, gdzie proces dezinflacji nigdy nie był zbyt imponujący.

Nic więc dziwnego, że Bank Rosji postanowił przeciwdziałać wzrostowi inflacji, generowanemu w dużej mierze spadkiem wartości rubla. Z wyjątkiem kilku miesięcy w pierwszej połowie 2012 r., inflacja nie schodziła poniżej 5 proc., a przez kolejne dwa lata ugrzęzła w przedziale od 6 do 8 proc.

Może nie był to najgorszy wynik na świecie, ale na pewno nikogo nie zadawalał. A już na pewno nie ambitnej pani prezes, jaką jest Elvira Nabiullina, która w czerwcu 2013 r. została pierwszą kobietą z grupy krajów G8, która stanęła u steru banku centralnego. Niedawno magazyn Forbes usytuował ją na 72. miejscu w rankingu najważniejszych kobiet świata. Na podstawie jej wielu wypowiedzi można stwierdzić, że bankowość centralna nie jest jej obca. Może o tym świadczyć chociażby decyzja o de facto upłynnieniu kursu waluty rosyjskiej. I nikt nie odważy się raczej określić jej w ten sam sposób jak uczynił to Sachs w przypadku Gieraszczenki. Jak zatem Nabiullina dopuściła do kolejnego czarnego wtorku? I co może uczynić aby ratować rozpaczliwą sytuację rosyjskiej waluty.

Pomimo dobrych ocen Nabiullina nie uchroniła się od zasadniczego błędu. Błędem pani prezes było dzielenie grudniowych podwyżek stóp procentowych na raty. W sytuacji kiedy rubel znajdował się już w dużych tarapatach, zacieśnianie polityki pieniężnej jedynie o 100 punktów bazowych na niewiele się mogło zdać. Trudno zrozumieć w jaki sposób stosunkowo niską realną stopą procentową (na skutek pierwszej grudniowej podwyżki wynosiła ona zaledwie 140 punktów bazowych) rosyjski bank centralny chciał zatrzymać uciekających inwestorów? Zaprzepaszczony został jednocześnie efekt zaskoczenia. Dlatego druga podwyżka grudniowa (o 650 punktów bazowych) była posunięciem spóźnionym i w konsekwencji nieefektywnym.

Podobny błąd popełniła Wielka Brytania i Szwecja jesienią 1992 r. Przypomnijmy, że 16 września 1992 r. (w tym wypadku była to środa, ale czynnikiem sprawczym był wywiad prezesa Bundesbanku Helmuta Schlesingera udzielony jeszcze we wtorek), Bank Anglii – chcąc zachować funta w mechanizmie ERM w ramach przedziału funta do marki 2,95 +/-6 proc. podniósł stopy w dwóch ratach z 10 do 15 proc. Posunięcie to na nic zdało się funtowi. Jedynie George Soros skorzystał z okazji i stał się jeszcze bogatszym człowiekiem. Szwedzi, którzy nie byli w ERM (ale zachowywali się tak jakby byli) nie zawahali się podnieść stóp O/N do astronomicznego poziomu 500 proc. I to posunięcie także nie pomogło.

Inaczej postąpiła Turcja na początku 2014 r. 29 stycznia turecki bank centralny podniósł stopy z 4,5 proc. do 10 proc. i wbrew wielu sceptycznym głosom tak drastyczna podwyżka poskutkowała. Na korzyść tureckiego banku centralnego działało otoczenie zewnętrzne. Z początkiem lutego nastrój inwestorów wobec wszystkich gospodarek wschodzących uległ poprawie, tak więc bankowi centralnemu Turcji było łatwiej opanować notowania swojej waluty.

W przypadku Rosji mleko już się rozlało i skuteczne czasami narzędzie w postaci drastycznego zacieśniania polityki monetarnej – vide przykład Turcji – zostało na razie zaprzepaszczone. Jakie są obecnie inne opcje postępowania?

Jedną z możliwych jest nierobienie niczego. Choroba sama przyszła, sama wyjdzie. Zanim zacznie się zalecać takie rozwiązanie należy jednak sprecyzować, co właściwie jest chorobą. Jeżeli pojęcie choroby ograniczymy do gwałtownego spadku wartości rubla (biorącego swój początek dopiero od września), strategia wstrzemięźliwości wcale nie jest bezsensowna.

Zbyt duże uzależnienie od ropy naftowej mści się na Rosji na naszych oczach. Jej spadające ceny są główną przyczyną spadku notowań rubla, a rosyjski bank centralny nie ma na to żadnego wpływu. Załamujące się ceny ropy naftowej źle wpłynęły przecież nie tylko na rubla. Bardzo źle je znosi również korona norweska, której straty 16 grudnia względem dolara wynosiły w pewnym momencie prawie 25 proc. A wczoraj (16 grudnia) na kilkanaście minut notowania norweskiej korony pierwszy raz od ponad 14 lat spadły poniżej notowań korony szwedzkiej.

Nie sposób oczywiście porównywać kipiącej bogactwem Norwegii z Rosją, ale bank centralny Norwegii zachowuje się tak, jakby spadek wartości korony norweskiej nie robił na nim żadnego wrażenia. Ostatnio nie tylko, że nie podniósł stóp, ale po raz pierwszy od prawie trzech lat je obniżył. W komunikacie podał, że niskie ceny ropy naftowej źle oddziałują na przemysł naftowy w Norwegii, co może źle wpłynąć na i tak już spowalniającą gospodarkę krajową.

Oczywiście Norwegia należy do tych krajów, gdzie prezes banku centralnego martwi się o to, czy w tubce jest jeszcze w ogóle jakakolwiek pasta. Nabiullina nie ma tego komfortu. Ponadto wie, że dalsze przyspieszenie inflacji może doprowadzić do ponownej dolaryzacji gospodarki rosyjskiej. Wbrew pozorom Nabiullinie koncepcja nie podejmowania działań (przeczekania) nie wydaje się być obca. Sama powiedziała wczoraj, że notowania rubla potrzebują czasu aby mogły odnaleźć tzw. poziom równowagi mający odzwierciedlenie w fundamentach gospodarczych Rosji. Zatem może nie należy temu procesowi na siłę pomagać?

Inna opcja to ograniczenia dewizowe względem napływu kapitału. Z taką opcją rynek liczył się przez niemal cały wtorek. Na koniec dnia Bloomberg, powołując się na rosyjskie źródła rządowe, podał, że władze Rosji nie biorą pod uwagę takiego rozwiązania, ale gwarancji, że tego nie zrobią nie ma żadnych.

W latach 90. ograniczenia dewizowe były bardzo niepopularne. Gdy we wrześniu 1998  roku Malezja wprowadziła ograniczenia dewizowe, skrytykowali to niemal wszyscy ekonomiści mainstreamu (w obronie władz malezyjskich stanął tylko Krugman). Później postrzeganie tego rozwiązania uległo zmianie. Nawet MFW był zmuszony do zmiany nastawienia do tego bardzo kontrowersyjnego narzędzia.

W przypadku Rosji rodzi się też ważne pytanie: czy władze rosyjskie byłyby w stanie zapewnić przestrzeganie takich ograniczeń. Mam sporo wątpliwości, ale nie wykluczam, że mimo to władze Rosji zdecydują się na taki wariant walki z kryzysem. Tym bardziej, że alternatyw pozostaje naprawdę niewiele. Rozważanie wprowadzenia dla tak dużej gospodarki rozwiązania pokroju currency board byłoby mało poważne. Rosjanie już raz dali dowód, że na tego rodzaju rozwiązania się nie zgodzą.

Jedyne, co Rosja wydaje się jeszcze mieć, to duże rezerwy walutowe, których pod żadnym pozorem nie powinna roztrwonić. Bank Rosji powinien przeczekać. Ostatnia podwyżka stóp procentowych wskazuje na to, że jego arsenał jak na razie się wyczerpał. Los rubla wydaje się być uzależniony od tego, co się wydarzy na arenie geopolitycznej i od tego, jak długo jeszcze będą lecieć w dół ceny ropy.

Byłoby idealnie, gdyby kryzys przyczynił się do powstania nowej strategii gospodarczej. Nie walka z kryzysem, ale właśnie wybieganie naprzód i planowanie usuwania szkód wywołanych przez obecne zawirowania wydaje się teraz najrozsądniejszym pomysłem.

Rosja szykuje się do wprowadzenie celu inflacyjnego. Na tę strategię zdecydowało się wiele krajów, które wcześniej poległy w walce z inflacją (Nowa Zelandia) czy w obronie kursu walutowego (Wielka Brytania, Szwecja). Pasta została wyciśnięta, teraz trzeba ją włożyć do tubki. Los rubla nie leży w rękach banku centralnego.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test