Zbyt ambitny jest program naprawiania Portugalii

19.09.2011
Uzdrowienie Portugalii może potrwać dłużej niż zapowiadane przez rząd pięć lat. Założenie, że PKB rośnie o 2,2 proc. kiedy przez ostatnie 10 lat nie był w stanie przekroczyć 1 proc. jest trochę sztuczne. Szczególnie, że cała strefa euro nie rośnie - uważa profesor Fátima Bartos, dziekan Katolickiej Szkoły Biznesu i Ekonomii w Lizbonie.

Fátima Bartos, dziekan Katolickiej Szkoły Biznesu i Ekonomii w Lizbonie. (fot. red. OF)


Obserwator Finansowy: Portugalia była trzecim europejskim krajem, po Grecji i Irlandii, który potrzebował międzynarodowej pomocy. Czy sytuacja się polepszyła?

Fátima Barros: Nie mogę powiedzieć, że jest lepiej, bo tak naprawdę dopiero zaczęliśmy stosować twarde środki. Rząd właśnie ogłosił podwyżkę podatków dochodowych oraz VAT, obciął świadczenia społeczne. Przez najbliższe kilka miesięcy będziemy odczuwać skutki tych decyzji. Wierzymy jednak, że to droga do naprawy w dalszej przyszłości.

Warunkiem udzielenia pomocy był ambitny plan cięć deficytu. W tym roku ma on wynosić 5,9 proc, w 2012 roku 4,5 proc, a w 2013 roku 3 proc. Uda się to osiągnąć?

Obawiam się, że to zbyt ambitny plan. Żeby osiągnąć te wskaźniki wywieramy zbyt dużą presję na gospodarkę. Jej wzrost może być za wolny, a co za tym idzie zbyt wolno będą rosły wpływy z podatków i te cele będą nie do zrealizowania.

Kryzys w Portugalii nie zaczął się jednak w 2008 roku. Cała dekada przedtem była w znacznej mierze stracona?

Tak. Kiedy przygotowywaliśmy się do wejścia do strefy euro oprocentowanie kredytów było bardzo niskie. Łatwo było pójść do banku po pożyczkę na wakacje albo samochód. Po 1995 roku jednak wpływy z Unii Europejskiej zaczęły się zmniejszać, a nasze wydatki rosły. Nie dotyczyło to tylko konsumentów, ale i polityki rządu. Tanie pożyczki skłaniały go do wyższych wydatków i utrzymywania deficytu.

Rezultatem był zerowy wzrost?

Tak. Mieliśmy sektory, które radziły sobie świetnie, szczególnie usługi, telekomunikację, sektor bankowy, bo były oparte na konsumpcji w kraju. Płace były tam wysokie, więc wszyscy utalentowani ludzie chcieli pracować w tych branżach. Sektory eksportowe nie przyciągały jednak najlepszych pracowników, ich koszty rosły, a konkurencyjność spadała. Rezultatem był brak wzrostu PKB.  Teraz w trudnych czasach eksport rośnie. Cała nasza historia jednak tak wyglądała – kryzys przychodził po czasie łatwej prosperity – kiedyś mieliśmy złoto z Brazylii, ostatnio tanie pieniądze z Unii Europejskiej.

Portugalski minister finansów mówi teraz, że pięć lat zajmie zlikwidowanie nierównowagi budżetowej. Czeka was długie leczenie.

Moim zdaniem może to potrwać jeszcze dłużej, bo na przykład założenie że nasze PKB rośnie o 2,2 proc. kiedy przez ostatnie 10 lat nie był w stanie przekroczyć 1 procenta jest trochę sztuczne. Szczególnie, że cała strefa euro teraz nie rośnie.

Może więc rząd podjął nieodpowiednie kroki – obniżki pensji, cięcia wydatków i prywatyzacja coś zmienią?

Nie było możliwości zrobić nic innego. Co do cięć pensji nie wzbudziły one protestów, bo na przykład urzędnicy dostali ogromne podwyżki w 2009 roku, a więc gdy kryzys już trwał. Prywatyzacja budzi pewne kontrowersje. Z jednej strony potrzebujemy większej konkurencji na rynku. Rząd miał dotychczas specjalne uprawnienia w telekomunikacji, energetyce, transporcie, bo uznano je za sektory strategiczne, rodziło to jednak oczywisty konflikt interesów między państwem jako regulatorem, a państwem jako właścicielem. Z drugiej strony prywatyzując teraz np. linie lotniczne TAP sprzedajemy nasze czołowe firmy po bardzo niskiej cenie.

> czytaj też >Analiza Economist Intelligence Unit

Cięcia i oszczędności to jedyna recepta dla całej strefy euro?

Tak, bo wszędzie mamy ten sam problem nadmiernych wydatków przez ostatnie lata. Ich tempo były zbyt duże. Jeszcze generacja moich rodziców była przyzwyczajona do oszczędzania, a portugalskie gospodarstwa domowe były najoszczędniejsze w Europie. Moje pokolenie i młodsze było już przygotowane do wydawania. Nastąpiła więc zbyt gwałtowna zmiana zachowania i teraz płacimy za to cenę.

Boicie się bankructwa Grecji?

Grecja może upaść, to nie problem. Będzie wtedy miało miejsce coś co powinno być zrobione już dawno – restrukturyzacja jej długów. Nie ma przecież możliwości żeby ten kraj spłacił długi takiego rozmiaru. Czym szybciej je zrestrukturyzujemy, tym lepiej dla wszystkich. Rozwiązaniem dla Grecji na pewno nie jest wyjście ze strefy euro – byłoby to dramatyczne nie tylko dla Aten, które w drachmach musiałyby spłacić jeszcze większe zadłużenie, ale i dla wiarygodności całej strefy euro, a nawet wiarygodności Stanów Zjednoczonych. Grecja musi więc zostać w strefie euro za wszelką cenę.

Opr. DG

Rozmawiał Marek Pielach


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test