Prywatne banki też powinny ponosić koszty ratowania Grecji

27.05.2011
Kolejne pakiety ratunkowe niewypłacalnych krajów sprawiają, że to banki zarabiają na unijnej pomocy. Mimo ryzyka kontynuują dotychczasową politykę. Tylko w ostatnim półroczu aż o 10 proc. zwiększyły zaangażowanie w zagrożonych bankructwem państwach UE regionu morza śródziemnego. To nie jest normalna sytuacja. – mówi w wywiadzie prof. Dirk Meyer z Uniwersytetu Bundeswehry w Hamburgu.

Dirk Meyer fot. archiwum autora


Obserwator Finansowy: Obywatele krajów północnej Europy nie chcą już finansować słabszych państw, mieszkańcy południa mają dość polityki zaciskania pasa. Czy jednak Niemcy, Francuzi i Holendrzy pomagając Grekom, Irlandczykom i Portugalczykom nie pomagają głównie swoim bankom, które z dużym zyskiem inwestowały w tamtych krajach i które mogłyby popaść w poważne kłopoty, jeśli nie udałoby się im odzyskać pożyczonych pieniędzy?

Dirk Meyer: To prawda. Banki z całej Europy, a szczególnie z Francji i Niemiec, dużo pożyczały Grekom i gdyby ci ogłosili niewypłacalność, odbiłoby się to negatywnie na bilansach bankowych. Jeśli więc państwa strefy euro nie pomogą Grekom, może się rzeczywiście okazać, że będą musiały wesprzeć rodzime instytucje finansowe, by uniknąć komplikacji w systemie bankowym. Ale wydaje mi się, że byłoby to tańszym rozwiązaniem niż kontynuacja pomocy dla Grecji. Banków, które są systemowo istotne, mamy w eurolandzie zaledwie około 20, więc rządy oraz podatnicy byliby w stanie udźwignąć ciężar ich problemów.  Trzeba przy tym pamiętać, że plajta Grecji stanowiłaby również poważne ryzyko dla Europejskiego Banku Centralnego, który posiada greckie obligacje rządowe o wartości prawie 50 mld euro.

Czy upadek Grecji byłby europejską wersją bankructwa Lehman Brothers?

Nie uważam, by tak miało się stać. W obecnej sytuacji powinniśmy znaleźć jak najkorzystniejsze wyjście z tej sytuacji. Moim zdaniem euro od samego początku jest fundamentalnym problemem dla niektórych państw śródziemnomorskich. Z ich punktu widzenia konstrukcja unii walutowej nie była optymalna. Dlatego trzeba się zastanowić, czy nie powinniśmy umożliwić Grekom opuszczenia eurolandu, co w dłuższej perspektywie dałoby szansę na nowy początek pozostałym krajom strefy euro. Wówczas można by było zastanowić się, czy nie podzielić strefy euro na dwie części – południową i północną. To południowe euro obejmowałoby Włochy, Hiszpanię, Portugalię i być może również Francję, podczas gdy reszta państw znalazłby się w północnej unii walutowej.

Na takie rozwiązanie przywódcy UE z pewnością na razie się nie zgodzą.

Przygotowując kolejne pakiety pomocowe, ratujemy Greków i innych, ale odbywa się to kosztem trwałego rozwiązania długoterminowego. Banki jednak zmuszają polityków do kontynuacji dotychczasowych działań. Za dwuletnie obligacje greckie można dostać 25 proc. w skali roku – oczywiście, wliczona jest tu już premia za ryzyko. Kolejne pakiety ratunkowe dla tych, w zasadzie już niewypłacalnych, krajów sprawiają, że banki nadal mogą zarabiać nieproporcjonalnie dużo i de facto to one korzystają z tej unijnej pomocy. To nie jest normalna sytuacja. Skoro banki pobierają tak wysokie odsetki, to powinny ponosić również ryzyko i w razie konieczności uczestniczyć w kosztach niewypłacalności tych państw. Niestety, w zeszłym roku europejscy przywódcy stworzyli przejściowy mechanizm antykryzysowy (EFSF), według którego do połowy 2013 r. prywatni pożyczkodawcy nie muszą się obawiać żadnych strat. Ta decyzja jest sprzeczna z interesami europejskiego podatnika. Prowadzi do tego, że mimo poważnych zagrożeń europejskie banki kontynuują swoją dotychczasową politykę. Tylko w ostatnim półroczu aż o 10 proc. zwiększyły one swoje zaangażowanie w zagrożonych bankructwem państwach UE regionu morza śródziemnego.

Czy pożyczając coraz więcej pieniędzy nadmiernie zadłużonym państwom banki nie przyczyniają się do eskalacji kryzysu?

Nie, winowajcami są politycy. Już od samego początku było widać, że zawarta w traktach europejskich klauzula „No Bail-Out” nie jest przez nich poważnie traktowana. Poza tym złamanie Paktu Stabilności i Wzrostu przez Niemcy i Francję, które w latach 2003 – 2005 wykazywały nadmierne deficyty, doprowadziło do rozmiękczenia unijnych regulacji. Z kolei w 2009 r. minister finansów Niemiec, Peer Steinbrück, oraz ówczesny komisarz ds. walutowych Joaquín Almunia opowiedzieli się, by w razie konieczności wspomagać kraje przeżywające kłopoty finansowe. To wszystko dawało bankom sygnały, że są po bezpiecznej stronie i w razie konieczności także one mogą liczyć na pomoc państw UE. W ten sposób banki dostosowały się do wskazań ze świata polityki.

Główny ekonomista Deutsche Bank mówi, że jego zdaniem banki powinny ponosić koszty oddłużenia Grecji.

Deutsche Bank nie jest szczególnie silnie zaangażowany w Grecji. Przypuszczam, że dlatego główny ekonomista DB ma w tej sprawie takie, a nie inne poglądy. Ta opinia jest jednak jak najbardziej słuszna – prywatni pożyczkodawcy również powinni ponosić koszty restrukturyzacji Grecji. Niestety, doświadczenie innych krajów dowodzi, że nie wszystkie instytucje finansowe uczestniczą w tego typu porozumieniach. Tak jak w przypadku Argentyny może się bowiem okazać, że niektóre banki nie zgodzą się na umorzenie części długów i będą walczyć o rekompensatę poniesionych strat –  poprzez zagraniczne sądy spróbują przejmować nieruchomości greckiego państwa znajdujące się poza jego granicami.

Niektóre instytucje wykupiły CDS-y na greckie obligacje. Czy mogą być zainteresowane upadkiem Grecji?

Ci prywatni pożyczkodawcy, którzy wykupili ubezpieczenie w formie CDS-ów, otrzymają swoją premię tylko wtedy, jeśli rzeczywiście dojdzie do bankructwa Grecji. Nie są więc oni zainteresowani dobrowolnym porozumieniem, które mogłoby pomóc Grecji. Niestety, nie ma tutaj oficjalnych statystyk, dzięki którym dokładnie wiedzielibyśmy, jakie instytucje będą ewentualnie wypłacać te odszkodowania i jaka mogłaby być ich wartość.

To w takim razie może najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich stron byłoby zaproponowane przez Jeana-Claude’a Junckera tzw. „miękkie oddłużenie” Grecji?

Miękkie oddłużenie już raz się odbyło. Kraje UE zgodziły się przecież na wydłużenie okresu spłat zadłużenia z 3,5 do 7,5 roku oraz zmniejszono oprocentowanie przyznanych jej kredytów z 5,2 proc. do 4,2 proc. Gdyby znów zdecydowano się na tego typu działanie, to jedynie odłożono by na przyszłość trudną decyzję, jaką jest redukcja greckiego długu. Oczywiście, z punktu widzenia banków ma to tę zaletę, że nie muszą one w swoich bilansach już teraz uwzględniać strat ponoszonych w Grecji. Jednak w żadnym razie nie jest to trwałe rozwiązanie ani dla tego kraju, ani dla strefy euro.

Wygląda jednak na to, że decydenci w strefie euro nie zmienią swojego dotychczasowego myślenia. Zgadza się Pan?

To prawda. Należy się spodziewać, że dojdzie do poprawki traktatu lizbońskiego (art. 136) i w połowie 2013 r. zostanie ustanowiony stały system antykryzysowy (ESM). Może się jednak okazać, że któryś z krajów nie zgodzi się jednak na zmianę traktatu i wówczas pojawi się próba powołania ESM bez odpowiednich zapisów prawnych. Inną możliwością jest to, że Trybunał Konstytucyjny w Niemczech określi nowe granice w tej dziedzinie integracji europejskiej. Do Trybunału złożono bowiem wiele skarg przeciw udzielaniu pomocy innym krajom eurolandu, ale dotąd sędziowie się nimi nie zajęli. Oczywiście, jest jeszcze możliwość, że nie dające się przewidzieć wydarzenia doprowadzą do upadku całej unii walutowej.

Rozmawiał Andrzej Godlewski

Dirk Meyer jest profesorem Uniwersytetu Bundeswehry w Hamburgu.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły