Sztuczki

11.11.2009
Minister Jacek Rostowski, rząd i – niestety – my wszyscy, mamy kłopot. Grozi nam realnie, że dług publiczny przekroczy obowiązującą w ustawie „normę ostrożnościową”. Ustanowienie tej normy było decyzją sporną. Wyraża ona w istocie brak zaufania do racjonalności demokratycznej polityki, zakłada, że politycy mogą zwariować i popchnąć kraj w dług tak wielki, że niosący katastrofalne …

Minister Jacek Rostowski, rząd i – niestety – my wszyscy, mamy kłopot. Grozi nam realnie, że dług publiczny przekroczy obowiązującą w ustawie „normę ostrożnościową”. Ustanowienie tej normy było decyzją sporną. Wyraża ona w istocie brak zaufania do racjonalności demokratycznej polityki, zakłada, że politycy mogą zwariować i popchnąć kraj w dług tak wielki, że niosący katastrofalne następstwa. Takie ryzyko z pewnością istnieje, ale jest wysoce wątpliwe, czy można je wyeliminować przez „ostrożnościową normę”. Więcej nawet, ustanowienie tej normy może być przyczyną dodatkowych perturbacji, gdy okaże się, że nie może ona być skuteczna. Właśnie w takiej potencjalnie sytuacji się znaleźliśmy.

Gdy dług urośnie do bardzo wielkiej kwoty (niestety trudno ją obiektywnie określić), to musimy liczyć się z dwiema przykrymi konsekwencjami: zaniepokojeniem „rynków”, skutkującym zwiększeniem ceny pożyczanego pieniądza i wzrostem kosztów obsługi zadłużenia. Konsekwencje mogą być dość łagodne lub szokowe. Zależy to zarówno od skali wzrostu zadłużenia jak i od charakteru „psychologicznej” reakcji rynków. Można niestety przypuszczać, że czynnik psychologiczny będzie szczególnie istotny, gdy nastąpi zderzenie z normą ostrożnościową. To pewnie będzie sygnał (i/lub pretekst) dla firm ratingowych, by obniżyć wskaźnik wiarygodności Polski.

Politykę rządu trudno ocenić jako konsekwentną. Norma ostrożnościowa została właśnie zaostrzona, ale rząd zdaje się nie przyjmować do wiadomości konsekwencji tego faktu. Zamiast działań, które realnie zatrzymałyby przed progiem dług publiczny (podniesienie podatków i/lub ograniczenie wydatków), rząd proponuje działania, które trzeba ocenić jako należące do repertuaru inżynierii finansowej, a mówiąc wprost – formalne kruczki. Minister Rostowski (w asyście minister Jolanty Fedak) zaproponował, by zmniejszyć składki kierowane do OFE i w zamian księgować te kwoty (waloryzując je stopą zwrotu z obligacji skarbowych) na rachunkach ZUS-u. Jeśli dobrze zrozumiałem ten pomysł (wyjaśnienia ministrów na konferencji prasowej były dość mętne), to ma to pozwolić zmniejszyć rządowi rozmiary formalnego deficytu i wielkość sprzedaży obligacji, a w konsekwencji utrzymać wielkość długu państwowego przed progiem normy ostrożnościowej.

Ten pomysł ma trzy poważne wady. Po pierwsze „rynki” pewnie zauważą naturę tej sztuczki, a co gorsze, mogą ją potraktować jako sygnał, że mamy bardzo poważne kłopoty i zareagować antycypacyjnie. Po drugie, ta zmiana może poważnie zaniepokoić przyszłych emerytów, gdy zorientują się (a tak jest), że gwarancją ich przyszłych wypłat pozostanie tylko ustawowe uregulowanie. Po trzecie, ta propozycja to sygnał, że rząd – najprawdopodobniej – nie podejmie znaczących działań dla sanacji systemu ubezpieczeń społecznych.

Trzeba mieć nadzieję, że pomysły min. Rostowskiego nie zyskają akceptacji rządu i premiera. I że stanie się tak nie dlatego, że raban podnoszą lobbyści działający na zlecenie PTE. Można by wtedy przyjąć, że interesy tych podmiotów nie wyznaczają granicy – naprawdę koniecznych – zmian w systemie ubezpieczeń.

Artykuły powiązane


Popularne artykuły

test