Warto przeczytać: Koniec globalizacji jaką znamy

09.12.2017
Joseph Stiglitz uważa, że bitcoin powinien być zdelegalizowany, emisja pieniądza jest rolą rządu; system handlu światowego jaki znamy odchodzi w przeszłość. Czy jest to koniec globalizacji? Te dwa tematy dominowały w dyskusjach w mijającym tygodniu na świecie.


Trwa kontrowersyjna hossa bitmonety – jej wartość wspięła się w minionym tygodniu do 15 tysięcy dolarów, co daje wynik ponad 50-proc. wzrostu w ciągu miesiąca. Kapitalizacja bitmonety osiągnęła w ten sposób ponad 400 mld dol. przewyższając kapitalizację na przykład inwestycyjnego giganta JP Morgan, którego szef Jamie Dimon nie tak dawno nazwał bitmonetę oszustwem.

Wśród krytyków kryptowalut jest też noblista Joseph Stiglitz, który uważa, że bitcoin powinien być zdelegalizowany. „Nie służy żadnemu społecznie wartościowemu celowi”, twierdzi Stiglitz i przypomina, że emisja pieniądza jest rolą rządu. Wartość bitmonety rośnie, bo rośnie oczekiwanie, że będzie warta nawet więcej w przyszłości. Dlatego zdaniem Stiglitza to bańka.

Powiązał też bitmonetę z marksistowską teorią wartości (znaną też jako teoria wartości pracy opisana przez Karola Marksa w „Kapitale”). Mówi ona, że wartość ekonomiczna towaru lub usługi jest określona przez sumę koniecznej pracy włożonej w tworzenie takiego produktu lub usługi. Teoria ta była nawet przed Marksem podstawową dla wielu ekonomistów niekoniecznie lewicowych, np. Adam Smitha. Ale nie jest akceptowana obecnie, bo większość ekonomistów uznaje założenia austriackiej szkoły, która wykazała, że wartość produktu/usługi nie zależy od włożonej pracy. I trudno o bardziej reprezentatywny dowód na to, niż bitmoneta, twierdzi autor komentarza dla American Institute for Economic Research. Nie istnieje fizycznie, ani nie jest oparta na towarze czy surowcu. Nie mniej jej wytworzenie jest kosztowne.

Również amerykańskie giełdy nadal pięły się w górę — apetyt inwestorów zaostrzyła informacja, że amerykański Senat, podobnie jak wcześniej izba niższa Kongresu, przyjął projekt ustawy o reformie podatkowej z niższymi stawkami podatków. Projekty obu izb, jako bardzo zbliżone, rokowały szybkie przyjęcie ujednoliconej ustawy. Euforia była jednak krótkotrwała – prezydent Donald Trump zaprzeczając swojemu oryginalnemu projektowi zapowiedział, że chce jednak zmienić stawki na nieco wyższe. Nie mniej indeks S&P500 jest wyższy w tym roku o 18 procent, a S&P500 technologiczny o 34 procent.

Trudno dziś przewidzieć skuteczną strategię inwestycyjną na rok 2018. Ekonomiści banków i funduszy inwestycyjnych podzieleni są w opiniach jak nigdy. Polityka Białego Domu, w tym fiskalna, jest bardzo niepewna, a Rezerwa Federalna oraz Europejski Bank Centralny rozpoczynają wycofywanie się ze skutków programu skupywania obligacji.

Rozpiętości korporacyjnych obligacji tak w USA, jak i strefie euro są na podobnie niskim poziomie jak po kryzysie 2008 roku, co zostawia mały margines błędu. Bank of America, JP Morgan przewidują kontynuację hossy, Morgan Stanley, HSBC i Societe Generale sceptycznie podchodzą do koncepcji dalszego wzrostu „zatłoczonych” rynków.

Świat powinien przygotować się na erozję Światowej Organizacji Handlu (WTO), bo globalna gospodarka jest zdominowana przez trzech głównych aktorów – Chiny, Unię Europejską i USA – i żaden nie jest zainteresowany walką o utrzymanie globalnego systemu opartego na jednolitych zasadach – uważa Daniel Gross.

Już 30 lat temu Paul Krugman doszedł do wniosku, że konstelacja z trzema głównymi aktorami jest najgorsza dla handlu, ponieważ brak współpracy pomiędzy nimi doprowadzi do nowych barier handlowych. Wszystkie trzy dominujące ekonomie mają zbliżone obroty handlowe – ok. 4 bln dolarów rocznie każda, razem reprezentują 40 proc. całego światowego handlu i 45 proc. światowego PKB. Problem ma USA, bo zawsze eksportowało produkcję napędzając deficyt. W efekcie spowodowało to obronne odruchy po stronie Ameryki. I choć obroty handlowe podnoszą się z pokryzysowej recesji i spadku cen towarów, Unia Europejska nie może zastopować USA w osłabianiu mechanizmów WTO, bo skorzystają na tym Chiny i reszta świata. To wyjaśnia też dlaczego Chiny popierają WTO jedynie werbalnie, bez żadnej akcji.

Joseph Stiglitz zastanawia się także, jak to się stało, że globalizacja, która miała przynieść korzyści wszystkim jest obecnie przez wszystkich znienawidzona – tak przez kraje rozwijające się, jak i te rozwinięte. Jak to jest możliwe, że wszystkie strony postrzegają umowy handlowe jako nie fair. Pisze, że kraje rozwijające się śmieją się z narzekania Ameryki na system handlu, bo przecież system ten skonstruowali Amerykanie. Negocjatorzy amerykańscy zawsze dostawali to, co chcieli. Problem w tym, czego chcieli. Zdaniem prof. Stiglitza cele były ustalane przez duże ponadnarodowe korporacje i zawsze kosztem zwykłych obywateli. Jak odpowiedzieć na społeczne niezadowolenie? Zdaniem Stiglitza jedyny skuteczny sposób to model skandynawski – ochrona socjalna bez protekcjonizmu.

Chiny są  cyfrowym gigantem. Światowym liderem w technologiach cyfrowych zorientowanych na konsumenta. Największym na świecie rynkiem e-handlu reprezentującym 40 procent całego rynku świata. I jednym z trzech krajów, w których venture capital inwestuje w drukowanie 3D, roboty, drony i sztuczną inteligencję (AI). Co trzeci światowy jednorożec technologiczny jest chińską firmą (o wartości powyżej 1 miliarda dolarów). I chociaż Chiny mają deficyt handlowy w usługach ogółem, to w usługach cyfrowych mają nadwyżkę rosnącą o 15 mld dolarów rocznie.

Płatności w Chinach już w większości odbywają się przy pomocy telefonów (nawet przy zakupach na targu). Zdecydowanie odstaje od tego modelu biznes, który jak dotąd technologii nie zaadaptował do takiego stopnia jak społeczeństwo. To jednak także zaczyna się zmieniać.

Odchodzą w przeszłość teorie Miltona Friedmana. Na przykład ta, iż płynne kursy wymiany walut mogą przynieść korzystną niezależność w polityce monetarnej i pozwolić utrzymać pełne zatrudnienie. W światowym handlu zdominowanym przez amerykańskiego dolara, zdolność płynnego reżymu walutowego w utrzymywaniu pełnego zatrudnienia jest mocno ograniczona, pisze Gita Gopinach z Harvardu. Obecne realia są dużo bardziej skomplikowane, niż w 1953 roku, kiedy Milton Friedman pisał, iż płynne kursy są poduszką bezpieczeństwa dla gospodarek.

Panuje przekonanie, że przez ekspansję pieniężną a więc np. deprecjację amerykańskiego dolara, płynny kurs waluty pozwoli zmniejszyć amerykański eksport w relacji do importu. Skutek to pożądane osłabienie warunków handlowych producenta i utrzymanie pełnego zatrudnienia. Problem w tym, że ten scenariusz zakłada równoległość zmian warunków handlowych i kursu waluty.

Gopinach wraz z kolegą z Międzynarodowego Funduszu Walutowego przeprowadziła badanie. Skonstruowali indeksy cenowe dla bilateralnych wymian eksportu i importu dla 2,5 tysiąca par krajów, czyli pokrywające 91 procent handlu na świecie w latach 1989-2015. Pokazało, że zmiany warunków handlu i kursy wymiany walut nie poruszają się w tandemach. Przeciwnie, deprecjacja o 1 procent w bilateralnej wymianie walutowej powoduje zaledwie 0,1 proc. deprecjacji w warunkach bilateralnego handlu. Dlatego, choć płynność kursów daje niezależność, nie podtrzymuje zatrudnienia.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test