Obama chce podwyższyć podatki

02.02.2015
Podatek od gotówki za granicą – to kolejna podatkowa propozycja prezydenta Stanów Zjednoczonych. A ponadto sytuacja Grecji, ile powinien kosztować frank szwajcarski, o tym co mają do powiedzenia odbiorcy węgla ze strajkujących kopalni i dlaczego niektórzy inwestorzy kupują obligacje o ujemnej rentowności. Na koniec całkiem poważnie o efektywnych medycznie i ekonomicznie grupowych wizytach u lekarza.


Prezydent Barack Obama proponuje opodatkowanie zasobów gotówkowych przedsiębiorstw amerykańskich ulokowanych poza Stanami Zjednoczonymi. Szacuje, że 14-procentowy podatek mógłby przynieść około 238 miliardów dolarów, które w połowie sfinansowałyby plan inwestycji infrastrukturalnych wart ponad 0,5 biliona USD (druga część środków pochodziłaby z funduszu drogowego tworzonego z podatku nakładanego na paliwa). O ile plan inwestycyjny ma szanse na poparcie republikańskiego Kongresu, o tyle podatek korporacyjny – nie (jego podstawowa stawka w USA jest najwyższa w OECD i wynosi 35 procent, stąd korporacje uciekają z gotówką poza granice kraju). Kilka dni temu Obama zaproponował podwyżkę podatku od dochodów kapitałowych, która miałaby sfinansować obniżenie danin części klasy średniej.

Grexit byłby katastrofą dla eurostrefy, której można i należy uniknąć – twierdzi Wolfgang Munchau w poniedziałkowym FT. Trzy lekcje z ubiegłego tygodnia: po pierwsze, kryzys nie skończy się, dopóki nie zostanie rozwiązany, czyli nadmierne długi nie zostaną zredukowane. Po drugie, coś czego nie da się kontynuować, kiedyś musi stanąć (grecki elektorat przerwał nieskuteczną politykę). Po trzecie – wypadki się zdarzają. Z tych wypadków najbardziej katastrofalne byłoby wyjście Grecji ze strefy euro. Munchau jest pewien, że efekt okazałby się podobny jak upadku Lehman Brothers – z liczb nie wynikało, by system miał się zawalić, a jednak świat finansowy stanął na krawędzi rozpadu. W przypadku Grexit inwestorzy zaczęliby się zastanawiać co z Portugalią, czy w ogóle strefa euro jeszcze istnieje, a nawet co z Unią Europejską – Grecja niewątpliwie bardzo zbliżyłaby się wówczas do Rosji. Ci, którzy minimalizują ryzyko jakie przyniósłby Grexit, są dobrzy w rachunkach, ale nie rozumieją dynamiki wydarzeń – twierdzi komentator.

Tymczasem Roger Bootle z Telegraph uważa, że Grecja mogłaby przeprowadzić Grexit z sukcesem. Nawet gdyby długi zostałyby całkowicie umorzone, a program oszczędnościowy przerwany i Grecja została w strefie euro, rozwiązana byłaby dopiero połowa problemu, bowiem Grecja pozostaje totalnie niekonkurencyjna. Z kolei w przypadku zerwania negocjacji, Grecji grozi wycofanie kapitałów i kryzys bankowy na wielką skalę, którego rozwiązanie wymaga albo poparcia EBC, co przy fiasku rozmów jest niemożliwe, albo wprowadzenia drachmy. Choć początkowo efektem byłby spadek wartości waluty o 30-40 procent i inflacja, to jednak po kilku latach dobrze zarządzanej dewaluacji drachmy, ludziom zaczęłoby si ę lepiej powodzić – twierdzi Bootle – dzięki poprawie sytuacji w turystyce, wzrostowi produkcji krajowej (i zmniejszeniu importu) oraz lepszym wynikom eksportowym. Choć oczywiście możliwy jest też scenariusz negatywny, w którym korzystne efekty dewaluacji zostaną zmarnowane. Wielka Brytania służy przykładem dewaluacji dobrze przeprowadzonej w 1931 (porzucenie standardu złota) i 1992 roku (wyjście z węża walutowego), oraz przeprowadzonej źle – w 1967 roku.

Grupowe wizyty u lekarza? Bloomberg twierdzi, że w Stanach Zjednoczonych około 10 procent lekarzy rodzinnych zaczyna je wprowadzać w odniesieniu do pacjentów niektórych schorzeń, na przykład cukrzyków, astmatyków i chorych na osteoporozę. W tym samym czasie może przyjąć około dwukrotnie więcej osób niż w czasie wizyt pojedynczych pacjentów. To jest technologia efektywna medycznie i ekonomicznie. Lekarz zamiast biegać od gabinetu do gabinetu (jeden lekarz w tym samym czasie przyjmuje pacjentów w kilku sąsiadujących ze sobą gabinetach) spędza z pacjentami więcej czasu, a na wizytę nie trzeba czekać tygodniami. Z kolei kontakt miedzy pacjentami w czasie spotkań grupowych ma pewną wartość informacyjną i psychologiczną. W czasie grupowych wizyt pacjenci są osłuchiwani i poddawani analizom indywidualnie, ale omawianie wyników i dyskusja na temat stanu zdrowia odbywa się zbiorowo. Każdy uczestnik spotkania dzięki temu dowiaduje się więcej o swoim stanie zdrowia i może porównać sytuację z doświadczeniami innych pacjentów.

Odbiorców węgla koksowego np. Arcelor Mittal zdumiewa strajk górników z Jastrzębskiej Spólki Węglowej. „W naszej grupie nikt nie robi dużych zapasów. Wszyscy oczekujemy, że układy partnerskie w handlu są święte – mówi Czesław Sikorski, dyrektor ds. produkcji koksu i projektów specjalnych oraz członek zarządu ArcelorMittal Poland. Zapasy węgla z JSW wystarczają na trzy dni. To bardzo niewiele. Jeżeli w najbliższych dniach dostawy nie będą wznowione, będziemy musieli szukać nowych rozwiązań w zakresie komponowania mieszanek węglowych z innych węgli i być może ograniczać produkcję. Zarząd ArcelorMittal Poland z pewnością będzie musiał zrewidować wielkość zaopatrzenia z poszczególnych kierunków, tym bardziej, że obecnie mamy do czynienia z niskimi cenami i nadpodażą węgla na świecie”.

Baltic Dry Index jest indeksem logistycznym o własnościach prognostycznych wykorzystującym ceny w transporcie morskim. Nie ma wiele wspólnego z Bałtykiem, ale dobrze przewidział kryzys w 2008 roku. Dziś jest najniższy od 28 lat.

16 procent obligacji na świecie ma ujemną rentowność. Kto je kupuje? Jest kilka grup inwestorów. Pierwsza to ci, którzy oczekują deflacji tak długotrwałej i głębokiej, że nominalnie ujemna rentowność obligacji może być realnie dodatnia. Szwajcarskie i duńskie obligacje o ujemnej rentowności mogą kupować inwestorzy przekonani, że waluty tych krajów wzmocnią się. Trzecia grupa to ci, którzy przewidują, że bank centralny danego kraju obniży stopy procentowe do ujemnych – tak jest ostatnio w przypadku obligacji Szwecji . Jak podaje JP Morgan obligacje rządowe o wartości 3,6 biliona dolarów mają dziś na świecie ujemną rentowność (około 16 procent wyemitowanych ogółem).

Szwajcarski bank narodowy chciałby utrzymać franka w przedziale 1,05 do 1,1 CHF za euro – wynika z niedzielnych doniesień mediów w Szwajcarii. W Polsce to oznaczałoby franka po 3,64 – 3,81 zł, gdyby euro było warte 4 zł i 3,54- 3,71 zł, gdyby euro kosztowało 3 złote 90 groszy. To nie są abstrakcyjne kursy – złoty był tyle wart wobec euro w 2011 roku, a więc już grubo po kryzysie 2008 r. Od ponad 3 lat systematycznie jednak traci na wartości. Nie da się tego wytłumaczyć konfliktem na Ukrainie, zresztą nie ma po co tłumaczyć, skoro polscy politycy są zachwyceni słabym złotym.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test