• Obserwator Finansowy

Polski bloger nie boi się kryzysu

08.12.2011
Blogosfera świata zachodniego żyje europejskim kryzysem długu i najbliższym szczytem Unii Europejskiej. Polscy blogerzy ekonomiczni, których jest zresztą bardzo mało, kryzysem eurolandu zdają się być mniej zainteresowani niż egocentryczni blogerzy amerykańscy.

Polski bloger nie boi się kryzysu
Blogosfera świata zachodniego żyje europejskim kryzysem długu i najbliższym szczytem Unii Europejskiej. Polscy blogerzy ekonomiczni, których jest zresztą bardzo mało, kryzysem eurolandu zdają się być mniej zainteresowani niż egocentryczni blogerzy amerykańscy.
Na szczycie omówione mają zostać propozycje zmian traktatowych, które – zdaniem niemieckiej kanclerz Angeli Merkel i francuskiego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego – mają ocalić wspólnotę przed widmem rozpadu i bankructwem kolejnych krajów.
Nasz honor ratuje profesor Krzysztof Rybiński, który zbliżający się szczyt w ogóle zauważa! W poście z 5 grudnia, zatytułowanym „Germanizacja Europy i nadchodzący krach strefy euro”, opisuje pertraktacje, które w minionych dniach miały miejsce pomiędzy Merkel i Sarkozym:
Jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, to po dzisiejszym spotkaniu Merkozy z samym sobą już mieć nie powinien. Decyzje, które zapadły pokazują, że realizuje się w 100% niemiecka wizja Europy. Nie będzie Euroobligacji, będą kary za przekroczenie 3% deficytu w relacji do PKB, nie będzie presji na EBC żeby drukował pieniądze. Wszystkie postulaty Niemiec zostały przeforsowane. Co w zamian dostali Francuzi? Zapewnienie, że prywatni inwestorzy nie będą zmuszani do ponoszenia strat gdyby bankrutował jakiś kraj strefy euro (Grecja ma być wyjątkiem), dzięki czemu banki francuskie mogą znowu przez jakiś czas czuć się bezpiecznie (raczej kilka dni niż miesięcy). To właśnie dlatego rynki dzisiaj rosną, dzięki tej obietnicy, której nie można spełnić, bo ta obietnica przerasta finansowe możliwości strefy euro.
Przypomnijmy, że w poniedziałek 5 grudnia kanclerz Niemiec i prezydent Francji spotkali się w Paryżu, żeby wypracować wspólne stanowisko na szczyt. Merkel chciała, by Komisja Europejska mogła kontrolować budżety państw członkowskich, a także wetować je w przypadku przekroczenia wyznaczonych ram finansowych; a także chce możliwości pozywania do Trybunału Sprawiedliwości krajów łamiących dyscyplinę. Sarkozy domagał się, by kontrolę nad budżetami miała Rada Europejska. Domagał się też zgody na możliwość emitowania euroobligacji przez Europejski Bank Centralny. Po jednym dniu rynkowego entuzjazmu, giełdy we wtorek zapikowały w dół (nawet polski WIG na otwarciu stracił – 0.79 proc.).
Jest to jednak również reakcja rynków na poniedziałkowy komunikat agencji ratingowej S&P, która podała, że kraje eurolandu, cieszące się do tej pory najwyższą wiarygodnością kredytową, czyli Austria, Francja, Niemcy, Holandia, Finlandia i Luksemburg (podobnie jak dziewięć innych krajów europejskich) znalazły się na negatywnej liście obserwacyjnej agencji. Analitycy ci twierdzą, że kraje te nie zrobiły dotąd nic, by powstrzymać rozlewający się w strefie euro kryzys.
Także tę informację komentuje na blogu prof. Rybiński. 5 grudnia w poście zatytułowanym „Pożegnajmy FrAAAncję, AAAustrię, HolAAAndię i kilka innych krajów eurostrefy”, zauważa, że w tle rozgrywek międzyrządowych oraz rozgrywek agencji ratingowych z gabinetami, toczą się spekulacyjne gry:
Rozpoczęła się gra rynków finansowych z rządami, w tej grze agencje ratingowe stoją po stronie rynków. Gra polega na tym, żeby tak nastraszyć rządzących, żeby na szczycie 9 grudnia podjęli decyzję o drukowaniu pieniędzy na masową skalę i zmusili do tego EBC. Jak donosi blog zerohedge, Deutsche Bank namawia klientów na sprzedawania ryzykownych aktywów spodziewając się masakry na rynkach w pierwszej połowie 2012 roku. Goldman Sachs doradza to samo swoim klientom.
Rybiński, który w emocjonalny sposób odmalowuje sytuację na rynkach, pisze 2 grudnia w „Eurogedonie” (post „Trochę uwag na tematy różne”):
Póki co zaczyna się robić groźnie, bo banki przestają sobie nawzajem pożyczać pieniądze, tak jak wtedy gdy upadli bracia Lehman, dla wielu banków jedynym źródłem bieżącego finansowania stał się EBC.  Są olbrzymie oczekiwania rynków, że 8-go lub 9-go coś ważnego się wydarzy. W sytuacji mocno rozbudzonych oczekiwań łatwo o zawód.
Szef polskiego Instytutu Misesa, doktor Mateusz Machaj, zamiast tekstu zamieszcza wywiad, którego udzielił wcześniej, zatytułowany „O rozpadzie strefy euro i jej problemach”. W rozmowie twierdzi, że „obecna strefa euro musi się skończyć”. O przyczynach dzisiejszego kryzysu długu w Unii Europejskich mówi lapidarnie:
„Problemy strefy euro nie wynikają z tego, że funkcjonuje w niej jedna waluta, lecz z tego, że ta waluta jest produkowana politycznie, a nie rynkowo”.
Nie rozwija jednak myśli. Obala natomiast popularny wśród np. ekonomistów niemieckich (np. Max Otte) pogląd, że Unia Europejska przeżywa kłopoty, ponieważ za integracją walutową nie poszła integracja ram gospodarczych:
Różnice gospodarcze między regionami nigdy nie przesądzają o konieczności upadku waluty. Między ludźmi istnieją istotne różnice, a mogą używać jednego pieniądza. Wrocław znacznie się różni od Dąbrowy Chotomowskiej, a jednak używa się w nich tej samej waluty. Podobnie z województwem mazowieckim i świętokrzyskim, albo ze Stanami Zjednoczonymi i Salwadorem. W Czarnogórze powszechnie akceptowanym środkiem wymiany jest waluta euro, a jakoś nie słyszeliśmy o czarnogórskim wkładzie do obecnego kryzysu europejskiego. W wieku dziewiętnastym międzynarodowym pieniądzem był kruszec i łączył ze sobą wiele różnorodnych obszarów gospodarczych, które stawały się coraz bardziej zintegrowane bez ośrodka władzy w stylu Europejskiego Banku Centralnego.
Płynie z tego następujący wniosek: problemy strefy euro nie wynikają z tego, że funkcjonuje w niej jedna waluta, lecz z tego, że ta waluta jest produkowana politycznie, a nie rynkowo.
Machaj wylicza też konsekwencje dzisiejszego kryzysu długu w Unii:
Radykalne przeobrażenie strefy euro jest w świetle jej wewnętrznych konfliktów nieuniknione. Wydaje się, że mamy przed sobą trzy opcje: (1) bankructwo Grecji (zawieszenie spłaty zobowiązań), (2) dalsze opłacanie Grecji przez bogatsze kraje, (3) rozpad strefy euro (gwałtowny lub powolny). Najlepszym rozwiązaniem byłoby urynkowienie pieniądza, choć na to się nie zanosi.
Choć ostatnia aktualizacja bloga na stronach doktora Machaja miała miejsce pod koniec października, tekst jest dziś tak samo aktualny jak przed miesiącem.
Pozostali aktywni blogerzy ekonomiczni zdają się przesypiać kwestię kryzysu Unii Europejskiej. Na analityku Xelion. Doradcy Finansowi Piotrze Kuczyńskim, profesorze Grzegorzu Kołodko, ekspercie DM BOŚ Grzegorzu Zalewskim i analityku CDM Pekao SA Wojciechu Białku groźby S&P i mobilizacja unijnych polityków i urzędników przed zbliżającym się szczytem nie robią większego wrażenia.
Piotr Kuczyński, który bloguje często i trzeba przyznać, że kryzys strefy euro dość obszernie komentuje w prasie drukowanej i radio, nie poświęcił jeszcze tej sprawie posta od miesiąca. W jego witrynie wisi wciąż wpis z 21 listopada poświęcony expose Donalda Tuska („Expose w wersji eksportowej”)!!! Szkoda, bo post z 7 listopada pt. „Drukować, czy nie drukować. Oto jest pytanie” zapowiadał, że Kuczyński może być ciekawym komentatorem eurolandowego przesilenia. Rozważając kwestię „quantitative easing” i wpływu dodruku pieniędzy na gospodarkę w kryzysie, Kuczyński odnotował pierwsze posiedzenie nowego prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi (zastąpił Jeana-Claude’a Tricheta) i pewien wektor zmian w decyzjach banku:
Posiedzenie przyniosło niespodzianki. Bank wystosował pewnego rodzaju wotum nieufności pod adresem Jean-Claude Trichet, byłego prezesa. Okazało się, że Mario Draghi jest zdecydowanym gołębiem, bo stopy już na pierwszym posiedzeniu zostały obniżone o 25 pb. (teraz 1,25 proc.). Podczas konferencji prasowej szef ECB częściowo uzasadnił tę decyzję prawdopodobieństwem znacznego obniżenia prognoza dla strefy euro, która powinna przejść łagodną recesję. Powiedział też, że program skupu obligacji jest tymczasowy. Widać było jednak, że należy spodziewać się kolejnych obniżek stóp, ale na razie nie widać chęci do drukowania euro. Myślę jednak, że z czasem się ona pojawi.
Od kryzysu finansowego w unii i rynków w ogóle przedświątecznie dystansuje się profesor Grzegorz Kołodko. 3 grudnia w swoim poście na www.wedrujacyswiat.pl/blog pisze o kryzysie, który określa dużo poważniejszym:
W czasach, kiedy przez część świata przetaczają się kolejne fale kryzysu finansowego i uwaga koncentruje się na jego gospodarczych i politycznych konsekwencjach, nie można zapominać o dużo poważniejszym kryzysie, w który od lat uwikłana jest globalna gospodarka. O implikacjach nadmiernej eksploatacji środowiska i zgubnych następstwach jego dewastacji wskutek działalności gospodarczej człowieka fachowo i ciekawie pisze Jerzy Witold Pietrewicz w książce pt. „Ochrona środowiska w warunkach globalizacji” (Oficyna Wydawnicza – Szkoła Główna Handlowa w Warszawie, 2011, s. 240).
Drugi ważny dla prof. Kołodko temat to demografia:
Według szacunków ONZ w 83 krajach – w tym w Polsce – kobiety nie rodzą dostatecznie wiele córek, aby utrzymać stan populacji. Na przykład w Hongkongu tysiąc kobiet rodzi zaledwie 547. Jeśli nic się nie zmieni, to one z kolei przyniosą na ten nasz wędrujący świat 299 dziewczynek.
Inny ciekawy bloger Grzegorz Zalewski, zwany filozofem rynku, pisze natomiast o „Zimie wydawców”, czyli zaburzeniach cash-flowu u wydawców książek. Ciekawie pod koniec listopada pisała o tym „Gazeta Wyborcza” relacjonując spór wydawnictw z Empikiem. Zalewski zauważa:
Zabawne. Zwłaszcza, że niepłacenie w terminie jest standardem. Wielu z nas zna pewnie hasła o „odpowiedzialnym biznesie”, „fair trade” (na marginesie znów polecę książkę, w której pokazano, że nie zawsze fair trade jest fair. Pisał o niej Adam Stańczak). Pewnie niejeden Czytelnik nie kupił produktów firm, gdzie donoszono o wykorzystywaniu pracowników. Ale wygląda na to, że łatwiej oburzyć się razem z Naomi Klein, niż zauważyć analogiczne sytuacje na rodzimym rynku. Przeczytałem w ostatnich dniach wiele komentarzy, że „wielki dystrybutor” jest fajny, bo pozwala czytać książki, komiksy i że jest „super pro-klientowski”. Wielu z tych, którzy tak piszą, nie wie (albo nie chce wiedzieć), że te „zużyte” egzemplarze wrócą do wydawcy. Wielki wujek nie ponosi żadnego ryzyka.
Analityk Wojciech Białek cieszy się natomiast wzrostem zaufania optymizmu konsumenckiego (Consumer Confidence Index) u Amerykanów. Indeks urósł o 15 punktów rok do roku w listopadzie:
Ponieważ był to największy tego typu skok w górę nastrojów Amerykanów od 8 lat, zostało to raczej powszechnie zinterpretowane jako pozytywny sygnał dla rynków akcji. Proponuję przejrzeć się bliżej temu zjawisku, bo wnioski, które z tej analizy wypłyną, okażą się mocno zaskakujące.
Następnie na ciekawych wykresach Białek pokazuje, że tak duży wzrost optymizmu konsumenckiego występował zwykle w USA po zakończonych skutecznie kampaniach wojennych. Analityk konkluduje:
Jeśli jednak któremuś z szacownych Czytelników tego blogu kiedyś zdarzy się doradzać któremuś z przyszłych prezydentów USA, to wiedza, że nic tak nie poprawia Amerykanom humoru jak jakaś zwycięska kampania wojenna w którymś z muzułmańskich krajów, może okazać się użyteczna.
Być może analizę Wojciecha Białka powinien skonfrontować ze swoją wiedzą któryś z amerykańskich blogerów. Ci jednak – choć zwykle zainteresowani prawie wyłącznie sytuacją na amerykańskim rynku pracy lub cenami złota – całą swoją uwagę zdają się skupiać obecnie na Europie. O zmianach w Traktacie Europejskim pisze Mike Shedlock (Eurozone Treaty Changes to be Finalized in March, Then a Vote in May, Then Country – Specific Referendums, Then?), portal Calculated Risk (FT Alphaville: Pos-euro currency values), Barry Ritholtz (Do Rating Agencies Still Matter?), inwestor Peter Schiff, naukowcy Kenneth Rogoff (A Gravity test for the Euro), Greg Mankiw (Draghi Deal), a także profesorowie Gary Becker i Richard Posner (The Euro Crisis and Euro Bonds).
Oprac. Katarzyna Kozłowska

Na szczycie omówione mają zostać propozycje zmian traktatowych, które – zdaniem niemieckiej kanclerz Angeli Merkel i francuskiego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego – mają ocalić wspólnotę przed widmem rozpadu i bankructwem kolejnych krajów.

Nasz honor ratuje profesor Krzysztof Rybiński, który zbliżający się szczyt w ogóle zauważa! W poście z 5 grudnia, zatytułowanym „Germanizacja Europy i nadchodzący krach strefy euro”, opisuje pertraktacje, które w minionych dniach miały miejsce pomiędzy Merkel i Sarkozym:

Jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, to po dzisiejszym spotkaniu Merkozy z samym sobą już mieć nie powinien. Decyzje, które zapadły pokazują, że realizuje się w 100% niemiecka wizja Europy. Nie będzie Euroobligacji, będą kary za przekroczenie 3 proc. deficytu w relacji do PKB, nie będzie presji na EBC żeby drukował pieniądze. Wszystkie postulaty Niemiec zostały przeforsowane. Co w zamian dostali Francuzi? Zapewnienie, że prywatni inwestorzy nie będą zmuszani do ponoszenia strat gdyby bankrutował jakiś kraj strefy euro (Grecja ma być wyjątkiem), dzięki czemu banki francuskie mogą znowu przez jakiś czas czuć się bezpiecznie (raczej kilka dni niż miesięcy). To właśnie dlatego rynki dzisiaj rosną, dzięki tej obietnicy, której nie można spełnić, bo ta obietnica przerasta finansowe możliwości strefy euro.

Przypomnijmy, że w poniedziałek 5 grudnia kanclerz Niemiec i prezydent Francji spotkali się w Paryżu, żeby wypracować wspólne stanowisko na szczyt. Merkel chciała, by Komisja Europejska mogła kontrolować budżety państw członkowskich, a także wetować je w przypadku przekroczenia wyznaczonych ram finansowych; a także chce możliwości pozywania do Trybunału Sprawiedliwości krajów łamiących dyscyplinę. Sarkozy domagał się, by kontrolę nad budżetami miała Rada Europejska. Domagał się też zgody na możliwość emitowania euroobligacji przez Europejski Bank Centralny. Po jednym dniu rynkowego entuzjazmu, giełdy we wtorek zapikowały w dół (nawet polski WIG na otwarciu stracił – 0.79 proc.).

Jest to jednak również reakcja rynków na poniedziałkowy komunikat agencji ratingowej S&P, która podała, że kraje eurolandu, cieszące się do tej pory najwyższą wiarygodnością kredytową, czyli Austria, Francja, Niemcy, Holandia, Finlandia i Luksemburg (podobnie jak dziewięć innych krajów europejskich) znalazły się na negatywnej liście obserwacyjnej agencji. Analitycy ci twierdzą, że kraje te nie zrobiły dotąd nic, by powstrzymać rozlewający się w strefie euro kryzys.

Także tę informację komentuje na blogu prof. Rybiński. 5 grudnia w poście zatytułowanym „Pożegnajmy FrAAAncję, AAAustrię, HolAAAndię i kilka innych krajów eurostrefy”, zauważa, że w tle rozgrywek międzyrządowych oraz rozgrywek agencji ratingowych z gabinetami, toczą się spekulacyjne gry:

Rozpoczęła się gra rynków finansowych z rządami, w tej grze agencje ratingowe stoją po stronie rynków. Gra polega na tym, żeby tak nastraszyć rządzących, żeby na szczycie 9 grudnia podjęli decyzję o drukowaniu pieniędzy na masową skalę i zmusili do tego EBC. Jak donosi blog zerohedge, Deutsche Bank namawia klientów na sprzedawania ryzykownych aktywów spodziewając się masakry na rynkach w pierwszej połowie 2012 roku. Goldman Sachs doradza to samo swoim klientom.

Rybiński, który w emocjonalny sposób odmalowuje sytuację na rynkach, pisze 2 grudnia w „Eurogedonie” (post „Trochę uwag na tematy różne”):

Póki co zaczyna się robić groźnie, bo banki przestają sobie nawzajem pożyczać pieniądze, tak jak wtedy gdy upadli bracia Lehman, dla wielu banków jedynym źródłem bieżącego finansowania stał się EBC.  Są olbrzymie oczekiwania rynków, że 8-go lub 9-go coś ważnego się wydarzy. W sytuacji mocno rozbudzonych oczekiwań łatwo o zawód.

Szef polskiego Instytutu Misesa, doktor Mateusz Machaj, zamiast tekstu zamieszcza wywiad, którego udzielił wcześniej, zatytułowany „O rozpadzie strefy euro i jej problemach”. W rozmowie twierdzi, że „obecna strefa euro musi się skończyć”. O przyczynach dzisiejszego kryzysu długu w Unii Europejskich mówi lapidarnie:

„Problemy strefy euro nie wynikają z tego, że funkcjonuje w niej jedna waluta, lecz z tego, że ta waluta jest produkowana politycznie, a nie rynkowo”.

Nie rozwija jednak myśli. Obala natomiast popularny wśród np. ekonomistów niemieckich (np. Max Otte) pogląd, że Unia Europejska przeżywa kłopoty, ponieważ za integracją walutową nie poszła integracja ram gospodarczych:

Różnice gospodarcze między regionami nigdy nie przesądzają o konieczności upadku waluty. Między ludźmi istnieją istotne różnice, a mogą używać jednego pieniądza. Wrocław znacznie się różni od Dąbrowy Chotomowskiej, a jednak używa się w nich tej samej waluty. Podobnie z województwem mazowieckim i świętokrzyskim, albo ze Stanami Zjednoczonymi i Salwadorem. W Czarnogórze powszechnie akceptowanym środkiem wymiany jest waluta euro, a jakoś nie słyszeliśmy o czarnogórskim wkładzie do obecnego kryzysu europejskiego. W wieku dziewiętnastym międzynarodowym pieniądzem był kruszec i łączył ze sobą wiele różnorodnych obszarów gospodarczych, które stawały się coraz bardziej zintegrowane bez ośrodka władzy w stylu Europejskiego Banku Centralnego.

Płynie z tego następujący wniosek: problemy strefy euro nie wynikają z tego, że funkcjonuje w niej jedna waluta, lecz z tego, że ta waluta jest produkowana politycznie, a nie rynkowo.

Machaj wylicza też konsekwencje dzisiejszego kryzysu długu w Unii:

Radykalne przeobrażenie strefy euro jest w świetle jej wewnętrznych konfliktów nieuniknione. Wydaje się, że mamy przed sobą trzy opcje: (1) bankructwo Grecji (zawieszenie spłaty zobowiązań), (2) dalsze opłacanie Grecji przez bogatsze kraje, (3) rozpad strefy euro (gwałtowny lub powolny). Najlepszym rozwiązaniem byłoby urynkowienie pieniądza, choć na to się nie zanosi.

Choć ostatnia aktualizacja bloga na stronach doktora Machaja miała miejsce pod koniec października, tekst jest dziś tak samo aktualny jak przed miesiącem.

Pozostali aktywni blogerzy ekonomiczni zdają się przesypiać kwestię kryzysu Unii Europejskiej. Na analityku Xelion. Doradcy Finansowi Piotrze Kuczyńskim, profesorze Grzegorzu Kołodko, ekspercie DM BOŚ Grzegorzu Zalewskim i analityku CDM Pekao SA Wojciechu Białku groźby S&P i mobilizacja unijnych polityków i urzędników przed zbliżającym się szczytem nie robią większego wrażenia.

Piotr Kuczyński, który bloguje często i trzeba przyznać, że kryzys strefy euro dość obszernie komentuje w prasie drukowanej i radio, nie poświęcił jeszcze tej sprawie posta od miesiąca. W jego witrynie wisi wciąż wpis z 21 listopada poświęcony expose Donalda Tuska („Expose w wersji eksportowej”)!!! Szkoda, bo post z 7 listopada pt. „Drukować, czy nie drukować. Oto jest pytanie” zapowiadał, że Kuczyński może być ciekawym komentatorem eurolandowego przesilenia. Rozważając kwestię „quantitative easing” i wpływu dodruku pieniędzy na gospodarkę w kryzysie, Kuczyński odnotował pierwsze posiedzenie nowego prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi (zastąpił Jeana-Claude’a Tricheta) i pewien wektor zmian w decyzjach banku:

Posiedzenie przyniosło niespodzianki. Bank wystosował pewnego rodzaju wotum nieufności pod adresem Jean-Claude Trichet, byłego prezesa. Okazało się, że Mario Draghi jest zdecydowanym gołębiem, bo stopy już na pierwszym posiedzeniu zostały obniżone o 25 pb. (teraz 1,25 proc.). Podczas konferencji prasowej szef ECB częściowo uzasadnił tę decyzję prawdopodobieństwem znacznego obniżenia prognoza dla strefy euro, która powinna przejść łagodną recesję. Powiedział też, że program skupu obligacji jest tymczasowy. Widać było jednak, że należy spodziewać się kolejnych obniżek stóp, ale na razie nie widać chęci do drukowania euro. Myślę jednak, że z czasem się ona pojawi.

Od kryzysu finansowego w unii i rynków w ogóle przedświątecznie dystansuje się profesor Grzegorz Kołodko. 3 grudnia w swoim poście na www.wedrujacyswiat.pl/blog pisze o kryzysie, który określa dużo poważniejszym:

W czasach, kiedy przez część świata przetaczają się kolejne fale kryzysu finansowego i uwaga koncentruje się na jego gospodarczych i politycznych konsekwencjach, nie można zapominać o dużo poważniejszym kryzysie, w który od lat uwikłana jest globalna gospodarka. O implikacjach nadmiernej eksploatacji środowiska i zgubnych następstwach jego dewastacji wskutek działalności gospodarczej człowieka fachowo i ciekawie pisze Jerzy Witold Pietrewicz w książce pt. „Ochrona środowiska w warunkach globalizacji” (Oficyna Wydawnicza – Szkoła Główna Handlowa w Warszawie, 2011, s. 240).

Drugi ważny dla prof. Kołodko temat to demografia:

Według szacunków ONZ w 83 krajach – w tym w Polsce – kobiety nie rodzą dostatecznie wiele córek, aby utrzymać stan populacji. Na przykład w Hongkongu tysiąc kobiet rodzi zaledwie 547. Jeśli nic się nie zmieni, to one z kolei przyniosą na ten nasz wędrujący świat 299 dziewczynek.

Inny ciekawy bloger Grzegorz Zalewski, zwany filozofem rynku, pisze natomiast o „Zimie wydawców”, czyli zaburzeniach cash-flowu u wydawców książek. Ciekawie pod koniec listopada pisała o tym „Gazeta Wyborcza” relacjonując spór wydawnictw z Empikiem. Zalewski zauważa:

Zabawne. Zwłaszcza, że niepłacenie w terminie jest standardem. Wielu z nas zna pewnie hasła o „odpowiedzialnym biznesie”, „fair trade” (na marginesie znów polecę książkę, w której pokazano, że nie zawsze fair trade jest fair. Pisał o niej Adam Stańczak). Pewnie niejeden Czytelnik nie kupił produktów firm, gdzie donoszono o wykorzystywaniu pracowników. Ale wygląda na to, że łatwiej oburzyć się razem z Naomi Klein, niż zauważyć analogiczne sytuacje na rodzimym rynku. Przeczytałem w ostatnich dniach wiele komentarzy, że „wielki dystrybutor” jest fajny, bo pozwala czytać książki, komiksy i że jest „super pro-klientowski”. Wielu z tych, którzy tak piszą, nie wie (albo nie chce wiedzieć), że te „zużyte” egzemplarze wrócą do wydawcy. Wielki wujek nie ponosi żadnego ryzyka.

Analityk Wojciech Białek cieszy się natomiast wzrostem zaufania optymizmu konsumenckiego (Consumer Confidence Index) u Amerykanów. Indeks urósł o 15 punktów rok do roku w listopadzie:

Ponieważ był to największy tego typu skok w górę nastrojów Amerykanów od 8 lat, zostało to raczej powszechnie zinterpretowane jako pozytywny sygnał dla rynków akcji. Proponuję przejrzeć się bliżej temu zjawisku, bo wnioski, które z tej analizy wypłyną, okażą się mocno zaskakujące.

Następnie na ciekawych wykresach Białek pokazuje, że tak duży wzrost optymizmu konsumenckiego występował zwykle w USA po zakończonych skutecznie kampaniach wojennych. Analityk konkluduje:

Jeśli jednak któremuś z szacownych Czytelników tego blogu kiedyś zdarzy się doradzać któremuś z przyszłych prezydentów USA, to wiedza, że nic tak nie poprawia Amerykanom humoru jak jakaś zwycięska kampania wojenna w którymś z muzułmańskich krajów, może okazać się użyteczna.

Być może analizę Wojciecha Białka powinien skonfrontować ze swoją wiedzą któryś z amerykańskich blogerów. Ci jednak – choć zwykle zainteresowani prawie wyłącznie sytuacją na amerykańskim rynku pracy lub cenami złota – całą swoją uwagę zdają się skupiać obecnie na Europie. O zmianach w Traktacie Europejskim pisze Mike Shedlock (Eurozone Treaty Changes to be Finalized in March, Then a Vote in May, Then Country – Specific Referendums, Then?), portal Calculated Risk (FT Alphaville: Pos-euro currency values), Barry Ritholtz (Do Rating Agencies Still Matter?), inwestor Peter Schiff, naukowcy Kenneth Rogoff (A Gravity test for the Euro), Greg Mankiw (Draghi Deal), a także profesorowie Gary Becker i Richard Posner (The Euro Crisis and Euro Bonds).

Oprac. Katarzyna Kozłowska

Artykuły powiązane


Popularne artykuły