Warto przeczytać: USA znów, jak wschodzący rynek

16.12.2017
W publikacjach na świecie w tym tygodniu przebijały zwłaszcza trzy tematy: niedokończona unia bankowa strefy euro, która przynosi analizy i pytania czy Unia Europejska miałaby się lepiej gdyby wybrała trzecią drogę, USA, które doczekały się opinii „wschodzącego rynku” i przyszłość rynku pracy.


Desmond Lachman z American Enterprise Institute twierdzi, iż Ameryka obecnie ma wszelkie cechy wschodzących gospodarek. Ekonomista przywołuje swoje kilkunastoletnie doświadczenie z pracy dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kiedy analizował kraje wschodzących rynków. Wizyta w Rosji była dla niego szokiem, bo zobaczył, jak grupa młodych oligarchów bogacąc się wiodła gospodarkę do ruiny.

Czy patrząc na gabinet Donalda Trumpa składający się miliarderów, pisze Lachman, i predylekcję Trumpa do promowania regresywnych polityk w dziedzinie ochrony zdrowia i podatków, naprawdę można powiedzieć, że Ameryka różni się od Brazylii, Rosji czy Ukrainy? Czy patrząc, jak finansiści z Goldman Sachs zajmują kolejne kluczowe ekonomiczne stanowiska w państwie (od 20 lat) istotnie można powiedzieć, że Wall Street nie ma nadmiernego wpływu na politykę gospodarczą USA? Brak wolnorynkowej konkurencji i dominacja rynku przez kilka dużych konglomeratów, co jest charakterystyczne dla wschodzących gospodarek, charakteryzuje też dzisiejsze Stany. Amazon, Apple, Facebook i Google po prostu wykupują wyłaniającą się konkurencję.

USA potrzebują wzmocnienia fundamentów swojej gospodarki i polityki, uważa Mohamed El-Erian. Jeśli inwestorzy finansowi mieliby pisać listy do Świętego Mikołaja, na pewno chcieliby, aby przyszły rok był podobny do odchodzącego. A powinni życzyć sobie, by w 2018 roku poprawiły się tak wyniki gospodarcze, jak i polityka państwa. W ten sposób potwierdziłyby obecne wyceny aktywów i jednocześnie stworzyły podwaliny pod większe zyski, pisze El-Erian.

Ekonomista dowodzi, że trwająca hossa nie jest podręcznikowym przykładem – zwykle bowiem wzrostowi cen aktywów na giełdzie towarzyszy spadek cen rządowych obligacji. Ale nie w 2017 roku. Ceny długoterminowych lokat skarbu USA wzrosły od stycznia. Do tego dochodzi gwałtowny wzrost kryptowaluty bitcoin. Było to możliwe dzięki pięciu czynnikom: od zsynchronizowanego wzrostu gospodarczego na świecie, przez prowzrostowe polityki w USA, umiejętną normalizację polityki monetarnej Fed, atrakcyjność pasywnych produktów inwestycyjnych aż po kontynuację zasilania finansowego gospodarek przez banki centralne Japonii, Unii Europejskiej i Chin. Wszystkie te czynniki mogą jednak szybko zmienić sytuację na nieprzyjemną, jeśli załamie się trend poprawy ekonomicznych i politycznych warunków na świecie.

Rezerwa Federalna zapowiedziała zacieśnianie polityki pieniężnej – trzy podwyżki stóp procentowych na przyszły rok i rozwijanie programu zmniejszania stanu posiadania w bilansie. Zdaniem blogujących ekonomistów MFW taki kurs może w zmniejszyć przepływ kapitału na rynki wschodzące o 70 mld dol. rocznie przez najbliższe dwa lata (od 2010 r. średnio rocznie na te rynki wpływał 240 mld dol.).

W Europie galimatias w temacie unii bankowej. Financial Times pisze, że jej budowa zatrzymała się ponieważ Niemcy i Holandia chcą najpierw uczynić banki superbezpiecznymi, czyli dać klientom gwarancje, że ich pieniądze będą bezpieczne nawet w wypadku niewypłacalności banku.

W pierwotnym planie unia bankowa miała być budowana stopniowo – najpierw ograniczenie ryzyka, następnie połączony nadzór, połączona restrukturyzacja systemu i dopiero na końcu ubezpieczenie depozytów. Pierwszy krok jeszcze nie jest dopełniony, co denerwuje wielu niemieckich finansistów, a nawet polityków (wbrew stanowisku ich europejskich reprezentantów). Jak to wyjaśnił jeden z polityków partii Angeli Merkel „Bruksela raz po raz kwestionuje przyjęte plany i chce wprowadzać coś nowego”.

Również ekonomiści argumentują, że priorytetem powinno być zakończenie samego tworzenia unii. Stefano Micossi ze School of European Political Economy LUISS pisze, że po dopięciu samej unii mechanizm ubezpieczenia depozytów mógłby zafunkcjonować natychmiast jeśli tylko Europejski Mechanizm Stabilności zapewniłby płynność krajowym systemom gwarancji depozytów.

Wartość kredytów zagrożonych (lub niespłacanych) jakie posiadają banki strefy euro to wciąż ponad 800 mld euro. Są skoncentrowane we Włoszech, Portugalii, Irlandii i na Cyprze. Desmond Lachman z American Enterprise Institute ostrzega, że mogą one spowodować kolejny kryzys podobny do greckiego. W jego opinii MFW popełnił kolosalny błąd na początku kryzysu w Grecji diagnozując przyczynę jako problem z płynnością, podczas gdy w istocie był to problem z wypłacalnością.

Dani Rodrik z Harvardu idzie dalej w analizie trendu unifikowania się Europy i pyta czy w ogóle Europa potrzebuje fiskalnej i politycznej unii? Przekonanie, że tak rośnie zarówno wśród konserwatystów jak i progresywnych polityków europejskich. Rodrik przywołuje byłych ministrów finansów Niemiec i Grecji – Wolfganga Schäublego i Yanisa Varoufakisa, reprezentujących dwie strony konfliktu o zadłużenie Grecji.

Obaj uważają, iż dla utrzymania wspólnej waluty konieczna jest unia polityczna. Różnica pomiędzy ich wizjami polegała na tym, czemu unia ta miałaby służyć. Niemiecki minister przekonywał, że pozwoliłaby na wymuszenie dyscypliny fiskalnej wszystkich krajów, Varoufakis odwrotnie – polityczne połączenie pozwoliłoby na rozluźnienie uścisku kredytodawców.

Rodrik uważa jednak, że lepsza dla Europy byłaby alternatywa mniej ambitna niż polityczna federacja, czyli oddzielenia prywatnych finansów od publicznych. Prywatne mogłyby szybko zintegrować się na poziomie Europy, publiczne mogłyby być pozostawione krajom. Rodrik nie jest osamotniony w tym przekonaniu i cytuje Martina Sandbau z Financial Times’a i Barry’ego Eichengreena z uniwersytetu Berkeley. Sandbau chce wykluczyć wykupowanie bankrutujących banków przez rządy, a Eichengreen uważa, że renacjonalizacja publicznych finansów zdusi populizm w Europie.

Często powracający w dyskusjach temat to przyszłość rynku pracy. Barry Eichengreen z Berkeley pisze, że chociaż wielu wierzy, iż postęp technologiczny niszczący miejsca pracy przyspiesza, to brak na to dowodów. Eichengreen pisze, że w rzeczywistości tzw. całkowity wskaźnik produktywności, który najlepiej sumuje tempo postępu zmian technologicznych, jest od 2005 roku w stagnacji, tak w USA jak i innych zaawansowanych krajach. „Bezpieczne” miejsca pracy są nadal bezpieczne, bo roboty nie zastąpią lekarzy, prawników czy profesorów akademickich. Tezy Eichengreena wspierają także młodzi ekonomiści z uniwersytetu w Bonn. Skonstruowali nowy wskaźnik automatyzacji. Pokazuje on, że jak dotąd automatyzacja stworzyła w USA więcej miejsc pracy niż zniszczyła.

Do tego samego przekonania dowody przywiodły także Laurę Tyson z Berkeley i Susan Lund z McKinsey Global Institute. Piszą, że, naturalnie, automatyzacja zmieni każdy aspekt gospodarki w najbliższych latach, ale nie jest to równoznaczne z nastaniem keynesowskiego „technologicznego bezrobocia”. Istotnie, w zależności od tempa automatyzacji, proces wymusi zmianę charakteru pracy i przyswojenia sobie nowych umiejętności u od 75 mln do 375 mln pracowników na świecie. Na to właśnie powinny przygotować się rządy, tworząc programy dostosowawcze. Postęp technologiczny powinien być jednak widziany jako przynoszący ludzkości nadzwyczajne korzyści.

 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test