Terytorium na garnuszku

03.04.2014
Krym może być kolejnym tworem na światowej mapie, który jako samodzielny podmiot gospodarczy nie ma sensu. Musi być podłączony pod większy organizm, jak świadczą inne tego typu przypadki. Ich przegląd warto zacząć od terytoriów uzależnionych od Rosji nazywanych „sierotami po ZSRR”.

Prof. Bogdan Góralczyk


Pierwszy, który przychodzi na myśl i o którym teraz najgłośniej, to Naddniestrze, czyli licząca nieco ponad 0,5 mln mieszkańców, głównie Rosjan i Mołdawian, Naddniestrzańska Republika Mołdawska.

>> Zobacz również: Historia pokazuje, że brak statusu państwa szkodzi gospodarce

Naddniestrze

Powstała w wyniku konfliktu zbrojnego tuż po rozpadzie ZSRR i w dużej mierze garnizonem wojskowym pozostała (co upodabnia ją nieco do Krymu). Obszar wyłonił się jako rosyjska enklawa, bo napłynęło tu wielu Rosjan do pracy w przemyśle ciężkim, metalurgii i elektrowniach, na których opierała się gospodarka związkowej republiki Mołdawii, dziś samodzielnego państwa. Stalownie w Benderach czy fabryki uzbrojenia nadal istnieją, ale mocno zardzewiały.

Naddniestrze jest jeszcze biedniejsze od niebogatej Mołdawii i bez wątpienia należy do najbiedniejszych obszarów w całej Europie – dochód na głowę mieszkańca około 500 dol.

Młodzi stamtąd uciekają – albo idą w szarą strefę, głównie przemyt –  narkotyków,  tytoniu, a gdy trzeba to i broni (duże składy w Kołbasnej OBWE nakazała zamknąć już dawno, ale jak dotąd nikt jej nie posłuchał). Zdemobilizowani żołnierze w znoszonych mundurach, gangsterzy i przemytnicy zapełniają krajobraz tego dziwnego tworu, który po aneksji Krymu pierwszy wyrwał się z petycją o ponowne przyłączenie do Rosji.

Nie wiadomo, czy Kreml ten niewielki (4163 km kw.) i całkowicie zaniedbany gospodarczo obszar zechce formalnie przejąć, bo może to być kosztowna operacja. Wydaje się, że ten skansen przemysłu po dawnym ZSRR, wielki magazyn równie przestarzałej broni oraz oaza przemytu ( i tym samym źródło możliwej destabilizacji w regionie) nadal będzie skazany na wegetację.

Abchazja i Osetia Południowa

Poza Rosją Naddniestrze uznają tylko dwa podmioty – równie dziwne jak ono i też utworzone przez „matkę Rosję” po konflikcie z Gruzją w 2008 roku. To Abchazja i Osetia Południowa. Dwukrotnie większa od Naddniestrza Abchazja też w żadnej mierze nie jest samodzielnym podmiotem gospodarczym. Izolowana na arenie międzynarodowej i poza Rosją uznawana tylko przez Wenezuelę i Nikaraguę oraz dwie egzotyczne wyspy na Pacyfiku – Nauru i Tuvalu, od chwili oderwania jej od Gruzji jest skazana na stałą pomoc ze strony Federacji Rosyjskiej (aż 64 proc. obrotów handlowych; drugim partnerem jest Turcja – 18 proc.). Dowodem uzależnienia od Rosji jest przejście na rosyjskie ruble (w Naddniestrzu też używane, choć w obrocie są tam bodaj wszelkie waluty). Ponadto ponad połowa środków budżetowych tego tworu pochodzi z Rosji.

Abchazja to teren rolny. Eksportuje się stąd herbatę, mandarynki, orzechy włoskie czy tytoń. Przemysłu tu niewiele poza instalacjami wojskowymi i elektrowniami na rzekach granicznych z Gruzją. Poziom życia – porównywalny z Naddniestrzem, o ile nie niższy, dochód szacowany na 400–500 dol. na głowę mieszkańca.

Bez wsparcia Rosji nie utrzymałaby się też znacznie mniejsza enklawa –położona wysoko w górach Osetia Południowa (3900 km kw.). Tu z kolei podstawą gospodarki jest wypas owiec i pasterstwo oraz uprawy zbóż. Obszar jest jeszcze biedniejszy niż dwa pozostałe (dochody rzędu 300 dol. rocznie). Z raptem 22 zakładów przemysłowych odziedziczonych po ZSRR działa zaledwie siedem (największy z nich zatrudnia 130 osób). Większość z nich pracuje na rzecz stacjonujących tu oddziałów wojskowych. Już w 2009 r. Rosja zapowiedziała specjalny fundusz w wysokości 10 mld rubli na „modernizację” obszaru, potem jednak okazało się, że i to zbyt mało. Do obu tworów z 2008 r. trzeba sporo dokładać.

Górski Karabach

Kaukaz to także Górski Karabach, do dziś nierozstrzygnięty przedmiot sporu między Armenią i Azerbejdżanem. Jak dotychczas gotowość uznania go wyraził jedynie Urugwaj, natomiast formalnie uznają go – a jakże by inaczej! – Naddniestrze, Abchazja i Osetia Południowa. Ciekawostką jest to, że nie uznaje go nawet główny sponsor, jakim jest Armenia. A jest to obszar zdominowany przez Ormian (ponad 95 proc. ludności), jednak nawet ONZ wiąże go raczej z Azerami.

Ogłoszona we wrześniu 1991 r. niepodległość stała się przedmiotem krwawej wojny, a gospodarka do dziś jest podporządkowana celom wojskowym. Własna armia, szacowana na 20 tys. oficerów i żołnierzy, jest poważnym obciążeniem dla tego niezmiernie biednego terenu. To ciągle obszar sprawiający wrażenie strefy frontowej. Są tu jednak, w przeciwieństwie do innych omawianych miejsc, surowce naturalne, wydobywa się na dużą skalę miedź, a nawet złoto.

Sponsorem Górskiego Karabachu jest Armenia, czego dowodem waluta w obiegu – armeński dram, jak też niemal pełna dominacja armeńskich banków na rynku. Obszar jest bogaty w zabytki i potencjalnie bardzo ciekawy turystycznie, jednak wszechobecność wojska sprawia, iż z tych atutów niestety bardzo mało się korzysta. Choć odnowione lotnisko w Stepanakercie zaczyna bardziej odważnych, także z Polski, już przyjmować.

Kurdystan

Nieopodal, po drugiej stronie Kaukazu rozpościera się jeszcze dziwniejszy obszar: Kurdystan. Kurdowie mieszkają aż w czterech państwach: Iraku, Iranie, Syrii i Turcji, jednakże tylko na obszarze Iraku wyłonił się twór o znamionach autonomii, a nawet państwowości – obejmujący trzy prowincje Region Kurdystanu, zwany też Kurdystanem Południowym (albo irackim) ze stolicą w Irbil (Hewler). Ten obszar też wyłonił się z konfliktu zbrojnego w 1991 r., kiedy to siły kurdyjskie wyparły stąd wojska irackie. Stałe walki sprawiły, że w 2005 r. władze w Bagdadzie uznały jego autonomię, ale tylko autonomię, nic więcej.

Kurdowie są narodem licznym, mniej więcej odpowiadającym liczbie Polaków. Fakt, że jest on rozsypany po terytoriach czterech państw, na dodatek o różnych odmianach islamu sprawia, że na obszarze autonomii ścierają się interesy wszystkich, a przede wszystkim Irańczyków i Turków. Biją się oni także o główne źródło tutejszych dochodów, jakim jest ropa naftowa (szacunki mówią o potencjalnych rezerwach rzędu 45 mld baryłek). Poza tym jest to region rolniczy i ciekawy turystycznie, z czego jednak, jak w Górskim Karbachu, ze względu na trwały konflikt i częste zamachy bombowe korzysta się w bardzo ograniczonym stopniu. Mimo przeciwności losu powszechnie uważa się ten obszar za jeden z najlepiej rozwiniętych w całym ciągle targanym wewnętrznymi sprzecznościami (głównie wojna szyitów z sunnitami) Iraku.

Cypr

Z innych organizmów, którym warto byłoby się przyjrzeć, na uwagę zasługuje przede wszystkim turecki Cypr formalnie zwany Turecką Republiką Cypru Północnego. On też wyłonił się z wojny, jeszcze w 1974 r., chociaż niepodległość formalnie ogłosił dopiero w listopadzie 1983 r. Jest znacznie większy od wszystkich wyżej wymienionych obszarów, ale też bez porównania mniejszy od Krymu.

Ten twór też jest całkowicie zależny od metropolii. Ocenia się, że Ankara co roku kieruje tam około 1,5 mld dol. w formie subsydiów. Pieniądzem w obiegu jest turecka lira. Poza Turcją tego tworu nie uznaje nikt. Niepewność co do przyszłości i stałe napięcie wynikające z podziału wyspy sprawia, iż tutejsza gospodarka jest podporządkowana w dużej mierze stacjonującym tu garnizonom wojska, zarówno lokalnym, jak i przysłanym z Turcji.

Ten obszar jest już bez porównania bardziej rozwinięty, o czym świadczy blisko 70 proc. dochodów płynących z usług, w tym turystyki. Dochody, przekraczające 15 tys. dol. na głowę, porównywalne z poziomem Polski, też są nieporównanie wyższe od tych na terytoriach proradzieckich. Na wysokim poziomie jest również tutejsza edukacja, co sprawia, że na tutejsze uczelnie kieruje się wielu studentów z Turcji, a nawet z regionu.

Duże wsparcie finansowe ze strony Ankary i prawdziwy boom gospodarczy w Turcji w ostatnich latach sprawiły, że Cypr Północny rozwijał się w minionej dekadzie bardzo dynamicznie, czasami przekraczając nawet 10 proc. wzrostu PKB w ciągu roku. Chociaż nikt tego otwarcie nie mówi i tak jest pewne, że taki właśnie jest zamysł Ankary: ponieważ Cypr grecki i sama Grecja po 2010 r. popadały w poważne tarapaty, trzeba zrobić wszystko, by udowodnić, że cześć turecka kwitnie. Lokalna ludność, szybko rosnąca i sięgają już 300 tys., czerpie z tego garściami, ale przyszłość obszaru nadal pozostaje niejasna i niepewna. Kwestia ta jest także jednym z kluczowych elementów uniemożliwiających Turcji zakończenie rozpoczętych już w 2005 r. negocjacji o członkostwie w UE.

Anektując Krym, Rosja powołuje się na „wspólne korzenie” i rosyjską większość wśród mieszkańców. W tym sensie mówi o „jednoczeniu rosyjskich ziem”. Dobrymi punktami odniesienia dla przyszłości Krymu mogłyby więc być także państwa podzielone, takie chociażby jak Jemen czy Sudan, lub oddzielony od Chin Tajwan.

Z tego pobieżnego przeglądu płynie jeden generalny wniosek: obszary przyłączane siłą, będące wynikiem zbrojnych konfliktów nie są przez lata, a nawet dziesięciolecia samodzielne gospodarczo. Wymagają stałej troski i wielkich nakładów ze strony centrali, czy będzie nią Moskwa, Ankara czy Erywań. Nic nie wskazuje na to, by przypadek Krymu różnił się od pozostałych. Moskwa będzie musiała zapłacić za Krym grube miliardy – i to dolarów, nie tylko rubli. To nie będą tylko obiecane przez premiera Miedwiediewa podwyżki emerytur i pensji w budżetówce. To muszą być ogromne środki na modernizację. A i tak nie ma gwarancji, że ludzie poczują się „częścią wielkiego państwa”.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test