Demografia zmieni priorytety rozwoju

Z 55 proc. w 2018 r. do dwóch trzecich zwiększy się w najbliższych trzech dekadach liczba ludności świata żyjącej w miastach. Jedynym regionem, gdzie liczba ludności w miastach będzie się kurczyć jest środkowa i wschodnia część Europy. W przyszłości dla jej mieszkańców ważniejsze mogą być szpitale niż szkoły.

ONZ zalicza zwiększanie się udziału ludności miast w łącznej populacji do jednego z czterech globalnych megatrendów – zwraca uwagę Bank Światowy w swoim najnowszym raporcie na temat przyszłych zmian demograficznych (Demographic Trends and Urbanization). Pozostałe megatrendy to nieustanny wzrost liczby ludności świata, starzenie się społeczeństw oraz ponadgraniczne migracje w poszukiwaniu lepszych warunków życia.

Tempo wzrostu liczby ludności świata – w ocenie ekspertów Banku Światowego – będzie w kolejnych dekadach stopniowo wyhamowywać. Nie będzie to jednak oznaczać ograniczenia tempa urbanizacji. Pospieszny wzrost liczby mieszkańców miast następować będzie zwłaszcza w krajach afrykańskich i azjatyckich. Siedem z dziesięciu krajów, w których w najbliższych trzech dekadach najszybciej będzie wzrastać liczba ludności miejskiej znajduje się na kontynencie afrykańskim. Światowe rekordy będą bić Burundi, Nepal i Malawi.

Kurczące się narody

Globalne procesy demograficzne będą jednocześnie coraz bardziej niezrównoważone. W krajach, które osiągnęły już wysoką stopę wzrostu gospodarczego, a wraz z nim wyższy społeczny dobrobyt, wyraźnie spada poziom przyrostu demograficznego. Doświadczyły tego już w latach 70. Australia, Japonia, Ameryka Północna i kraje zachodnioeuropejskie, gdzie przyrost naturalny spadł wówczas poniżej współczynnika zastępowalności pokoleń. Przyjmuje się, ze współczynnik ten wynosi 2,1 narodzin dzieci przypadających na 1 kobietę. Podobnego spadku doświadczyły w tym samym czasie również Chiny, ale był to skutek prowadzonej przez władze świadomej polityki „jednego dziecka”.

Wielki Exodus Europy Środkowo-Wschodniej

Dekadę, dwie dekady później, w latach 80. i 90. w etap ten wkroczyły kolejne kraje, nie tylko bogate – m.in. Korea Południowa, Tajlandia, Kuba. W krajach Dalekiego Wschodu proces kurczenia się liczebności społeczeństw jest już obecnie mocno zaawansowany, co po części może wynikać z przyczyn nie tylko ekonomicznych, ale także politycznych. Na Tajwanie, którego przyszłość wydaje się niepewna, współczynnik zastępowalności społeczeństw – według danych Banku Światowego – spadł już do zaledwie 1,11. W dawnej portugalskiej kolonii Makao, wynosi on 1,19, w Hongkongu – 1,20, w Singapurze – 1,21, w Korei – 1,23.

Lepsza pod tym względem jest sytuacja w krajach europejskich, w których jednak także dzietność kobiet spadła już poniżej wskaźnika zastępowalności pokoleń. Ostatnim krajem europejskim, w którym jeszcze kilka lat temu utrzymywała się ona powyżej poziomu 2,1 była Turcja. W 2019 r. – wedle danych Eurostatu – spadła ona do poziomu 1,88, co i tak może uchodzić za korzystną sytuację demograficzną na tle innych krajów europejskich. Za wyjątkiem być może Francji, gdzie wskaźnik dzietności kobiet wyniósł w tym czasie 1,86. W innych krajach europejskich jest on już niższy i nadal spada. Przykładowo w Irlandii wynosił w 2019 r. 1,71, w Niemczech – 1,55, we Włoszech – 1,26, a w Hiszpanii tylko 1,23.

W Polsce niewielka poprawa

W Polsce – dla porównania – wskaźnik dzietności kobiet jest niższy niż w Irlandii, czy w Niemczech, ale zarazem kraj nasz należy do zdecydowanej mniejszości krajów europejskich, w którym on w ostatnich latach wzrasta (z 1,39 w 2016 r. do 1,44 w 2019 r.). Podobne zwyżki zanotowano w tym czasie przede wszystkim w krajach środkowo i wschodnioeuropejskich, m.in. w Bułgarii, Czechach, Rumunii, Słowacji, Chorwacji i na Węgrzech.

Na marginesie warto zauważyć, że w Polsce wskaźniki dzietności poprawiły się w ostatnich latach przede wszystkim w dużych miastach – we Wrocławiu, Poznaniu, Krakowie, a najsilniej w stołecznej Warszawie – z 1,45 w 2016 r. do 1,58 w 2019 r. Najwyższy w Polsce jego poziom (1,86) notowany był w 2019 r. na Pomorzu, w regionie gdańskim.

W dłuższej perspektywie to wciąż za mało, aby trwale odwrócić spadkowe trendy demograficzne w Europie Środkowej i Wschodniej. W ocenie Banku Światowego najsilniej dotkną one dużych miast naszego regionu. Będzie to konsekwencja szybszego niż w innych częściach świata starzenia się społeczeństw, wynikającego nie tylko z niedostatecznej liczby narodzin, ale także z przenoszenia się do głównego miasta w kraju oraz emigracji do krajów zachodnioeuropejskich.

Znikające małe miasta

W pierwszej dekadzie XXI wieku najsilniej w naszym regionie kurczyła się liczba mieszkańców w miastach Bułgarii, gdzie proces ten nie dotknął jedynie 1 na 20 miast. Niewiele mniejsza skala miejskiej depopulacji dotknęła Rumunię, Bośnię i Hercegowinę oraz Albanię. W Polsce zmniejszyła się w tym czasie liczba mieszkańców aż 53 proc. miast. Podobnie jak w innych krajach wschodnioeuropejskich dotyczyło to przede wszystkim mniejszych ośrodków miejskich.

Perspektywy demograficzne naszego regionu w ocenie Banku Światowego są pesymistyczne. Najsilniej – o ponad 23 proc. w porównaniu z 2010 r. – może zmaleć do 2050 r. liczba ludności Bułgarii. W stolicy kraju, w Sofii, liczba mieszkańców może jednak w tym czasie zwiększyć się o 5,8 proc. Niewiele mniejszy regres (o ponad 20 proc.) spodziewany jest w przypadku Ukrainy, gdzie także nie dotknie on stolicy kraju, Kijowa. Podobnie będzie w przypadku Białorusi, gdzie spadkowi ogólnej liczby mieszkańców towarzyszyć będzie jej wzrost w stolicy kraju – Mińsku.

Inaczej będzie w Polsce, Estonii, Chorwacji, gdzie maleć będzie nie tylko łączna liczba mieszkańców w całym kraju, ale także (chociaż wolniej) także w miastach stołecznych. W Polsce – według prognoz Banku Światowego – liczba mieszkańców zmaleje z 38,3 mln w 2010 r. do 32,4 mln w 2050 r. W Warszawie – w tym samym czasie – z 1,7 do 1,6 mln.

Nowe miejskie wyzwania

Spodziewany spadek liczby ludności krajów i miast rodzi w ocenie ekspertów Banku Światowego niewiele mniejsze wyzwania niż wzrost populacji. Wzrost napotyka na ograniczenia, ale są one na ogół dobrze już rozpoznane. Rozwijające się miasta potrzebują przede wszystkim łatwo dostępnych i tanich terenów nadających się pod budowę osiedli mieszkaniowych, dróg dojazdowych, sprawnej komunikacji, szkół.

Trudniejsza jest sytuacja miast, których liczba ludności – o czym już z góry wiadomo – będzie w przyszłości zmniejszać się, bądź to na skutek starzenia się, bądź też migracji do innych ośrodków miejskich lub innych krajów. Najgorsze co może je czekać to pustka centrów miejskich otoczona niszczejącymi zatomizowanymi osiedlami zamieszkałymi przez ludzi wyłącznie w podeszłym wieku. Lokalnym budżetom – na skutek ubytku najbardziej aktywnych zawodowo podatników – brakować będzie jednocześnie środków na powstrzymanie postępującej degradacji substancji miejskiej.

Czy pandemia zmieni nam miasta i regiony?

Demograficzne trendy wymusiły już w niektórych krajach zmiany w polityce miejskiej. Przykładowo w Niemczech w miastach byłej NRD trwa planowe wyburzanie zdegradowanych osiedli mieszkaniowych i adaptowanie na cele mieszkaniowe położonych bliżej centrów dawnych terenów przemysłowych. Przeobrażeniom takim uległ w ostatnich latach także angielski Manchester. Miasto straciło wiele miejsc pracy, ale na miejscu dawnych fabryk przemysłu lekkiego postały centra wiedzy i kultury przyciągające nie tylko nowych pracowników, ale także turystów.

Zatrzymanie długoterminowych trendów demograficznych jest mało realne. Może to wydawać się dziś trudne do wyobrażenia, ale aby sprostać nowym wyzwaniom wiele miast naszej części Europy będzie musiało stać się bardziej kompaktowymi, z przemyślanymi na nowo centrami swojej aktywności. Jeśli tego zabraknie, miasta te mogą pustoszeć jeszcze szybciej niż dotychczas.

>>> Bank Światowy o rozwoju miast w przyszłości

>>> Eurostat o trendach demograficznych w Europie

Otwarta licencja


Tagi