Złota rezerwa na trudne czasy
Kategoria: Polityka pieniężna
Malcolm Sawyer (©Archiwum własne)
To uruchamianie rynku i procesów konkurencji w tych dziedzinach życia, w których dawniej ich nie było.
Faktem jest, że jego użycie bywa często luźne, nieprecyzyjne i nienaukowe, co rodzi sporo nieporozumień. Niemniej to może być termin naukowo zdefiniowany i do wykorzystania w ekonomicznej analizie.
Jestem w obozie krytyków rozszerzania rynku na niewłaściwe dziedziny.
Tak. Z pewnym niewielkim zastrzeżeniami, można tak powiedzieć. Ten neoliberalny rys wyostrzył się zwłaszcza w ciągu kilku ostatnich dekad. Dawniej np. unijna polityka rynku pracy nie była wcale taka neoliberalna.
Faktycznie jest taki argument na lewicy, że dopóki Unia Europejska była projektem w miarę neutralnym ideologicznie, można było w nim uczestniczyć, ale od chwili wejścia na ścieżkę neoliberalną, brexit stał się usprawiedliwionym ruchem. Ja tego stanowiska nie popieram. To Wielka Brytania bowiem, będąc członkiem UE, była elementem pchającym ją w stronę neoliberalizmu, szczególnie w kwestii ograniczenia pomocy publicznej. Nasz rząd jej nie udzielał i chciał podobnej wstrzemięźliwości na kontynencie.
Możliwe, że osłabi Citi, ale nie osłabi neoliberalizmu. Myślę, że polityka rządu Borisa Johnsona będzie jeszcze bardziej neoliberalna niż dotąd, ze względu na to, że skrzydło torysów popierające deregulację i liberalizację rynku pracy jest bardzo silne. Nie znaczy to jednak, że będzie całkowicie neoliberalna – Johnson zapowiedział np. szeroko zakrojone inwestycje infrastrukturalne.
Przede wszystkim neoliberalizm i finansjalizacja to paralelne zjawiska gospodarcze. Rosły w siłę od końca lat 70., przez lata 80. i okres rządów Thatcher i Reagana.
To było sprzężenie zwrotne. Neoliberalizm uwalniał sektor finansowy z ograniczeń, pozwalając mu szybko rosnąć, w wyniku czego sektor finansowy uznał neoliberalizm za sojuszniczą ideologię.
Owszem, zdarzały się. W USA sektor finansowy rósł w relacji do PKB od lat 80. XIX w. do wybuchu I wojny światowej i potem w latach 20. XX w., co skończyło się Wielką Depresją w 1929 r. To był koniec pierwszej ery finansjalizacji. Dzisiaj mamy drugą erę.
W pewnym sensie.
Wszystko zależy na jakim etapie tego procesu się znajdujemy. Z początku stymuluje on wzrost gospodarczy, zwiększając stopę oszczędności i inwestycji. Ale to tylko z początku, potem następuje owo oderwanie od produkcji.
O sektorze finansowym zwykło się uważać, że to mechanizm dostarczania bankowych usług oszczędnościowych, które służą za podstawę do inwestycji. To sektor finansowy decyduje, na jakie inwestycje te środki zostaną wydane i na jakie wydane nie zostaną. Nie jest jednak w tych decyzjach doskonały, często dyskryminuje małe przedsiębiorstwa, kobiety, konkretne grupy społeczne. Przekazywanie im środków uznaje się za zbyt ryzykowne i szuka alternatywnych metod inwestycji. Tak właśnie powstały i rozwinęły się w ciągu ostatnich dwóch dekad instrumenty pochodne. Są to aktywa o tyle specyficzne, że chociaż mogą generować potężne zwroty, to jednocześnie nie są bezpośrednio powiązane z żadnymi konkretnymi inwestycjami, z budowaniem wzrostu.
Oczywiście, te produkty są dostępne, ale finansjalizacja sprawia, że bywają niebezpieczne. Gospodarstwa domowe łatwo np. wpadają w spiralę zadłużenia, co w 2008 r. wywołało kryzys.
Wcale nie jest jasne, czy takie fundusze naprawdę stymulują inwestycje. Można argumentować, że tak naprawdę są to wehikuły służące do wyprowadzania zysków, w postaci dywidend, od firm, w których wykupiły udziały. Pytanie, czy to służy poprawie działania tych firm, czy po prostu wzbogaceniu się inwestorów? Niektórzy zwracają uwagę, że dynamika wzrostu nowych przedsiębiorstw dzisiaj zmniejsza się, co może być argumentem za tą druga tezą.
W realiach standardu złota trudno byłoby sobie wyobrazić finansjalizację w skali, z jaką mamy do czynienia dzisiaj, czyli w systemie fiat money. System bankowy pozwalający tworzyć pieniądze bankom komercyjnym jest idealnym gruntem dla rozrostu sektora finansowego. Gdy zakładasz gdzieś depozyt, czy bierzesz pożyczkę, pomagasz bankom tworzyć nowy pieniądz i rosnąć. Niemniej nie jest tak, że fiat money nas na finansjalizację skazuje. To już zależy od tego, jak uregulujemy rynek.
Patrząc na rozrost sektora finansów od lat 80 XX w. do dzisiaj, trzeba stwierdzić, że trend po kryzysie 2008 r. uległ wypłaszczeniu.
Patrzę na to jak na systemową stabilizację. Jeśli suma oszczędności i inwestycji w gospodarce nie rośnie, oznacza to, że dalsze zwiększanie rozmiaru systemu finansowego nie ma sensu, osiągnął jakiś górny limit. To, że jego aktywa nie rosną już tak szybko, nie znaczy, że się nie zmienia. W ciągu ostatniej dekady zmianie uległ np. sposób przeprowadzania transakcji, czy aranżowania płatności – mieliśmy do czynienia z cyfryzacją tych procesów. To sprawiło z kolei, że banki ograniczyły zatrudnienie i zaczęły zamykać swoje oddziały, przesuwając swoją działalność w sferę wirtualną. Czasochłonny i zasobochłonny proces dostosowania się do nowych realiów mógł wpłynąć na tempo wzrostu sektora finansowego.
Regulacje pomogły uspokoić rynek derywatów, ale także były odzwierciedleniem pewnej korekty w modelu zakładającym dużą wolność dla świata finansów. To wyłom w neoliberalnej doktrynie.
Myślę, że to kroki we właściwym kierunku. Nie obserwowałem co prawda z tak wielką uwagą procesu wdrażania regulującej finanse ustawy Dodda-Franka w USA, ale popieram próbę oddzielenia bankowości komercyjnej od inwestycyjnej.
Może to być jeden z jej aspektów w tym sensie, że wycena tych spółek zależy nie tyle, od tego, co produkują, czy kogo zatrudniają, ale od oczekiwania, że ich akcje po prostu będą rosły i że kiedyś w przyszłości zaczną przynosić zyski. Przed pęknięciem bańki dotcomowej żartowano, że im większe straty przynosi firma, tym więcej będzie warta na giełdzie. Optymizm był wówczas zbyt duży…
Myślę, że wtedy miało to bardziej masowy charakter. Dzisiaj chyba nie mamy podobnej sytuacji. Są wysoko wyceniane firmy, które nie przynoszą zysku, ale trudno jednoznacznie stwierdzić, że w końcu przynosić go nie zaczną. Dzisiaj każda firma to osobna historia. Nie występuje chyba zjawisko owczego pędu w takim stopniu, jak 20 lat temu.
Główny nurt przyjął, że instytucje i rynki finansowe działają efektywnie, a wyceny giełdowe są dobrym odzwierciedleniem dostępnych na rynku informacji i dobrze przewidują przyszłe zyski. Twierdzenie o finansjalizacji nie jest z tym poglądem spójne.
Uświadomiono sobie, że system finansowy może sam z siebie być niestabilny i że to właśnie może być przyczyną kryzysów. Innymi słowy, że nie jest zawsze efektywny.
Wskazuje pan na istotne napięcie w unijnej polityce. Unia kapitałowa zapewne wzmocni sekurytyzację, czyli przekształcanie wierzytelności w produkty do handlu. W wizji, którą ma Bruksela, ma to wzmocnić rozwój gospodarki UE, ale w praktyce może to zwiększyć jej podatność na kryzysy.
Jako makroekonomista i badacz polityki fiskalnej chciałbym np., żeby Europejski Bank Centralny przesunął ciężar swojej polityki jeszcze bardziej w stronę polityk stabilizujących sektor finansowy oraz wspierających politykę środowiskową UE. Dobrze byłoby też, gdyby UE zaczęła wspierać fiskalnie aktywność ekonomiczną swoich członków z pomocą Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Konieczne jest postawienie kropki nad i w kwestii pełnej unii bankowej, bo bez tego strefa euro będzie działać w sposób nieoptymalny.
Można tak powiedzieć. Problemem w UE jest to, że jej budżet to zaledwie 1 proc. PKB wszystkich członków, czyli za mało, by organizować politykę przemysłową na dużą skalę.
– rozmawiał Sebastian Stodolak
Prof. Malcom Sawyer – brytyjski ekonomista z University of Leeds, autor dziesiątek książek i artykułów naukowych, teoretyk i krytyk zjawiska finansjalizacji w gospodarce.