Bezemisyjna energia wiatrowa za grube miliony dopłat

13.06.2013
Budowa farm wiatrowych na Bałtyku może przynieść wymierne korzyści gospodarce, ale siłownie nie powstaną, jeśli nie dopłacą do nich odbiorcy energii. I to słono.

Północna Walia (CC By ND alh1)


Europejska energetyka wiatrowa na morzu dopiero się rozwija i dysponuje dziś potencjałem ok. 5 GW. To aż tyle, ile największa elektrownia na węgiel brunatny na Starym Kontynencie w Bełchatowie, ale ciągle nawet nie 1 proc. wszystkich elektrowni. Wkrótce ma się to zmienić.

Europejskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej prognozuje, że do 2025 r. moce zainstalowane na morzu wzrosną do ok. 85-90 GW. Ponieważ ze względu na wysokie koszty technologii prąd wytworzony przez takie wiatraki jest dwa i pół razy droższy od energii wytworzonej konwencjonalnymi metodami, czyli z węgla, gazu lub atomu, do sektora trzeba będzie dopłacić.

Trzeba, bo w 2008 r. kraje Unii Europejskiej umówiły się, że ograniczą emisję CO2 podnosząc udział odnawialnych źródeł energii. Będzie to możliwe m.in. przy współudziale morskich elektrowni wiatrowych (MEW).

Jak zapowiada Ministerstwo Gospodarki, jeszcze w te wakacje światło dzienne ujrzy finalny projekt polskiego systemu wsparcia zielonego sektora, który obejmie także morskie farmy. Ponieważ wysokość dopłat zadecyduje o przyszłości wiatraków na Bałtyku, branża przeszła do medialnej ofensywy.

(infografika Darek Gąszczyk/CC BY-NC-SA by Snurb)

Korzyści

Na początku czerwca Ernst & Young opublikował raport (zamówiony przez Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej), z którego wynika, że Polska stoi przed wyjątkową szansą.

W opracowaniu pt. „Morska energetyka wiatrowa – analiza korzyści dla polskiej gospodarki oraz uwarunkowań rozwoju” autorzy policzyli, że osiągnięcie 6 GW mocy na Bałtyku w 2025 r. będzie oznaczać 73,8 mld zł wartości dodanej dla naszej gospodarki z łącznych nakładów inwestycyjnych mogących wynieść prawie 83 mld zł. Z tego 52,1 mld zł (63 proc.) będzie dotyczyło zakupów od przedsiębiorstw zlokalizowanych w Polsce. 14,9 mld to bezpośrednie przychody sektora finansów publicznych, z czego 12,2 mld zł trafi do budżetu centralnego, a 2,7 mld zł to przychody podatkowe dla samorządów. Samo uniknięcie emisji około 40 mln ton CO2 oznacza oszczędności w wysokości ok. 1,6 mld zł.

E&Y w swoim raporcie rozpatruje także alternatywne scenariusze rozwoju MEW. Drugi zakłada budowę 3,5 GW na morzu do 2025 r., a trzeci – 1 GW. W obu przypadkach skala nakładów jest również znacząca i wynosi odpowiednio 49,7 mld zł i 15,0 mld zł. Scenariusz 2 wygeneruje wartość dodaną na poziomie ok. 34,6 mld zł, a scenariusz 3 ok. 13,4 mld zł, co stanowi jedynie 18 proc. wartości dodanej w przypadku budowy 6 GW. Z analizy raportu wynika jednak, że tylko realizacja scenariusza numer 1 gwarantuje w polskim otoczeniu efekt skali zapewniający optymalne korzyści dla gospodarki.

Autorzy raportu prognozują, że realizowanie zamówień w powiązanych sektorach z morską energetyką wiatrową w optymalnym scenariuszu przełoży się na powstanie 31,8 tys. nowych miejsc pracy w latach 2012-2025. „Sektor offshore może mieć znaczący wpływ na polski rynek pracy, w szczególności w czasie trwania fazy inwestycyjnej. Najwięcej z nich może powstać w przemyśle elektromaszynowym – ok. 5,1 tys. etatów. W transporcie morskim, przemyśle stoczniowym i portowym, czyli w obszarach dotkniętych już w znaczącym stopniu spowolnieniem gospodarczym, prognozuje się powstanie ok. 5 tys. etatów. Podając za przykład Wielką Brytanię szacuje się, że na każdy MW mocy w fazie budowy przypada ponad 17 etatów (ekwiwalent pełnych jednostek etatowych), natomiast w fazie operacyjnej – ok. 0,5 – 1 etatu” – czytamy w raporcie.

Korzyści zostały oszacowane przy użyciu modelu Leontiefa (tzw. modelu input-output) i zaprezentowano je z uwzględnieniem efektów bezpośrednich (wynikających ze zmiany wolumenu produkcji i wartości dodanej sektora morskiej energetyki wiatrowej), pośrednich (wynikających z wpływu MEW na inne sektory gospodarki powiązane łańcuchem dostaw) i indukowanych (wynikających ze zwiększenia wydatków konsumpcyjnych pracowników przedsiębiorstw z branży MEW i przedsiębiorstw powiązanych).

Skracając wyliczankę autorów raportu do jednego koronnego argumentu za rozwojem MEW, sektor ten ma szansę stać się jednym z ważnych elementów gospodarki, który może przynieść korzyści stanowiące około 0,6 proc. PKB średniorocznie w perspektywie do 2025 r. Korzyści z morskiej energetyki wiatrowej mają płynąć razem z wytwarzanym w nich prądem jeszcze przez następnych 20 lat.

PSEW podaje, że rozwój energetyki morskiej należy również traktować jak szansę na ożywienie przemysłu – szczególnie stoczniowego, maszynowego i elektrotechnicznego.

– Na rozwoju sektora morskiej energetyki wiatrowej mogą zarobić liczni polscy przedsiębiorcy, nie tylko zlokalizowani w województwach nadmorskich. Polskie firmy, które już teraz „zdobywają” ten rynek – mówi Wojciech Cetnarski, prezes stowarzyszenia.

Wśród nich jest już m.in. stocznia CRIST, która buduje specjalistyczne jednostki do montażu i obsługi farm offshore; produkująca wieże GSG Towers; Polimex-Mostostal – tworzy konstrukcje stalowe dla sektora offshore. Produkcję na terenie szczecińskiej stoczni Gryfia na potrzeby MFW planuje również spółka KSO, będąca konsorcjum Bilfinger, Crist i Fundusz Mars.

– Szereg technologii wykorzystywanych w morskiej energetyce wiatrowej ma charakter innowacyjny, więc może przyczynić się do skokowej modernizacji zaangażowanych w nią przedsiębiorstw produkcyjnych i budowlanych oraz transferu do Polski najnowszych technologii – podkreśla Cetnarski.

Haczyk

Zapowiadany boom ma jedną wadę. Prognozowany jednostkowy koszt wytworzenia energii w 2020 r. może wynieść ok. 694 zł/MWh. Przyrost mocy do 6 GW i rozwój technologii w perspektywie kolejnych pięciu lat pozwoli zejść do poziomu ok. 615 zł/MWh, czyli o ok. 11 proc. Na dzień dobry jednak powstanie luka przychodowa w wysokości ok. 495 zł/MWh.

Podobnie jak ma to miejsce w krajach rozwijających energetykę na morzu, czyli w Danii, Niemczech i w Wielkiej Brytanii, opłacalność biznesu będą musiały zapewnić dopłaty systemowe. Autorzy raportu nie ukrywają tej kwestii.

Na potrzeby wyliczeń, E&Y wykorzystał dane z opublikowanego w październiku 2012 r. projektu ustawy o OZE. Zawarty w nim tzw. współczynnik korekcyjny ma wynieść 1,8. Oznacza to, że wsparcie wyniesie 1,8 razy cena zielonego certyfikatu, który potwierdza produkcję energii ze źródeł odnawialnych (w 2012 r. był on wart blisko 300 zł za megawatogodzinę, ale w ostatnich miesiącach w wyniku nadwyżki na rynku już tylko połowę tej kwoty).

– Jeśli parlament uchwali ustawę odpowiednio szybko, nic nie będzie stało na przeszkodzie, byśmy w 2020 r. zobaczyli pierwsze polskie farmy wiatrowe – twierdzi prezes PSEW.

Ale nie za darmo. W przypadku zainstalowania w Polsce 6 GW mocy w MFW w latach 2020-2025 r., całkowity koszt wsparcia systemu może wynieść ok. 2,9 mld zł średniorocznie, czyli w sumie 17,4 mld zł. W kolejnych latach płacić trzeba będzie nadal, bo wciąż obowiązujący projekt zakłada utrzymanie wsparcia przez okres 15 lat, ale nie dłużej niż do 2035 r.

Poziom subwencji jest jednak trudny do oszacowania, bo ustawodawca chce sobie zagwarantować możliwość manipulowania współczynnikiem korekcyjnym co 5 lat. Zakładając jednak, że pozostanie na niezmienionym poziomie, moc farm na Bałtyku po 2025 r. się nie zwiększy i będą one pracować z pełną produktywnością przez ok. 3,7 tys. godz. w roku, to ostrożnie szacowany poziom wsparcia finansowanego z kieszeni odbiorców energii dla właścicieli farm przez następne 10 lat sięgnąć może 40-50 mld zł.

(infografika Darek Gąszczyk)

Niemcy zaczną cięcia

Zdaniem ekspertów branża morskich wiatraków w nowym projekcie ustawy o OZE nie ma szans nawet na powtórkę wskaźników zaproponowanych w ubiegłym roku.

Taki scenariusz wpisuje się w to, co dzieje się dziś praktycznie w całej Europie. Kolejne kraje ograniczają lub planują zmniejszyć strumień subwencji dla OZE.

Jak pisze w raporcie Ośrodek Studiów Wschodnich (OSW), tydzień temu Peter Altmaier, minister środowiska RFN, ostrzegł w liście do szefów resortów środowiska krajów związkowych, iż cały niemiecki system wsparcia odnawialnych źródeł energii może zostać uznany za niezgodny z prawem UE (naruszający prawo konkurencji) i jako taki będzie podlegał karze. Peter Altmaier proponuje więc jak najszybsze wprowadzenie ograniczenia skali dopłat.

12 czerwca podczas konferencji w Berlinie kanclerz Angela Merkel zapowiedziała, że reforma systemu wsparcia dla zielonych elektrowni jest jedną z najpilniejszych kwestii do załatwienia w najbliższym czasie. Na początek Berlin chce udobruchać Brukselę zmniejszając skalę dopłat płynących do właścicieli wiatraków i paneli słonecznych.

Dzięki systemowi dopłat do OZE ponad 2,2 tys. firm oszczędza rocznie łącznie 2,4 mld euro – pisze OSW. Ulgi te umożliwiały firmom ochronę przed znacznym wzrostem cen prądu w związku z wprowadzaniem OZE do systemu.

(infografika DG/CC BY-SA Slaunger)

(infografika DG/ CC BY-NC OZinOH)

Astronomiczne pieniądze na razie działają jednak na wyobraźnię inwestorów w Polsce. Najbliżej budowania wiatraków na Bałtyku są: PGE, największa grupa energetyczna w Polsce kontrolowana przez Skarb Państwa, Polenergia kontrolowana przez Kulczyk Investments, finansowy wehikuł Jana Kulczyka, Orlen oraz belgijski inwestor Deme. Te cztery firmy dysponują pozwoleniami na wznoszenie sztucznych wysp na morzu. Z informacji krążących po rynku wiadomo, że wydatki na przygotowania do budowy morskich farm wiatrowych tej czwórki liczone są już w setkach milionów i łącznie przekroczyły 300 mln zł.

Blisko 100 mln zł z tego w postaci opłat za przyznane decyzje lokalizacyjne zasiliło budżet państwa. Część inwestorów planujących podbój Bałtyku, widząc że wyścig ma już liderów, powoli zaczęła się wycofywać z biegu, nie chcąc ponosić wydatków. Na początku czerwca  „Rzeczpospolita” doniosła, że z morza rezygnuje portugalski EDP. Ponoć plany porzuciła także hiszpańska Iberdrola, która nie zdołała nawet uzyskać pozwoleń na wznoszenie sztucznych wysp na morzu, a bez tego nie można się ubiegać o decyzję  środowiskową.

– Jest prawdopodobne, że mające doświadczenie w morskiej energetyce wiatrowej firmy wrócą na polski rynek, ale już jako członkowie większych konsorcjów z udziałem polskich inwestorów – mówi Paweł Puchalski, szef biura analiz DM BZ WBK.

Czy do wiatrakowego boomu w ogóle dojdzie okaże się w najbliższych tygodniach, kiedy Ministerstwo Gospodarki opublikuje projekt ustawy o OZE.

– Jej kształt będzie kluczowy dla przyszłości sektora. System musi być stabilny i dawać podstawy do rozwijania projektów. Z drugiej strony musi także dopingować do zmniejszania kosztów inwestycyjnych – mówi Maciej Stryjecki z Fundacji na rzecz Energetyki Zrównoważonej.

Na pewno potencjału morskich farm wiatrowych w Polsce nie uda się zrealizować bez warunków prawnych zapewniających stopę zwrotu odpowiadającą ponoszonemu ryzyku. Niezbędne wydatki na system wsparcia dla inwestorów, należałoby porównać z korzyściami obliczonymi przy pomocy rachunku ciągnionego. Chyba, że rząd uzna, iż nie warto nawet próbować.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test