Europa: federacja, konfederacja czy sojusz z USA?

29.04.2013
Daje o sobie znać grzech pierworodny integracji europejskiej, czyli fakt, iż był to projekt elit, a nie społeczeństw. Dziś, gdy silne przywództwo tak bardzo jest wskazane, prawdziwych liderów i wizjonerów nie ma. Idziemy w Unii od kryzysu do kryzysu, ale dokąd zmierzamy – nikt, poczynając od Brukseli, nie wie.

Bogdan Góralczyk


Deficyt władzy i koncepcji to bodaj największa obecnie bolączka kontynentu. Brakuje też solidnej, rzeczowej debaty. Górują emocje, odzywa się populizm, a co gorsza, nawet eksperci i znani fachowcy dzielą się w podstawowych kwestiach, np. co do roli euro. Jedni, idąc w ślad za szefem Europejskiego Banku Centralnego (EBC) Mario Draghi, desperacko bronią tej waluty, inni, chyba w większości, uznają ten projekt za całkowicie chybiony i nieudany, a na pewno przedwczesny.

W sensie politycznym przesłanie jest jednak jasne, bo wynika z dyspozycji Angeli Merkel: „Koniec euro, to koniec UE”. Co potwierdziła w grudniu 2012 r. Wielka Czwórka: M. Draghi, Herman van Rompuy, Manuel Barroso i Claude Junkers w raporcie „W kierunku faktycznej Unii Gospodarczej i Walutowej”. Jej zdaniem, kolejny krok to ściślejsza integracja i wspólne, ponadnarodowe Ministerstwo Finansów, w ślad za EBC.

Ponadnarodowy twór

Tym samym Komisja Europejska i najważniejsi politycy w Unii potwierdzają, iż nadal zamierzają stosować się do poprzedniego scenariusza, dobrze opisanego w teorii neofunkcjonalistów (Ernst Haas, David Mitrany). Powiadali oni, że ostatecznym celem tego integracyjnego projektu ma być ponadnarodowy byt, jakaś nowa, nie do końca zdefiniowana, polityczna federacja.

Znakomicie. Szkopuł w tym, gdzie znaleźć społeczne poparcie dla takiego projektu? Czy ktokolwiek może dziś wskazać choćby jedno europejskie społeczeństwo, które chętnie pomysły Wielkiej Czwórki by wspierało? Zlekceważono w Brukseli poważny sygnał ostrzegawczy, jakim było odrzucenie projektu wspólnej Konstytucji przez społeczeństwa najpierw Francji, a potem Holandii. Nie wyciągnięto z tej porażki należytych wniosków i nie rozpoczęto przyspieszonej budowy wspólnej świadomości europejskiej. Pozostano w narodowych opłotkach.

W sensie stricte ekonomicznym, pod naciskiem kryzysu, dla integracji zrobiono więcej. Świadczą o tym Dwupak, Sześciopak, Pakt Fiskalny oraz realne projekty unii bankowej, a nawet gospodarczej. Tyle tylko, że tworzą je nadal elity, a społeczeństwa patrzą na to wszystko z coraz większym zaniepokojeniem, często z irytacją. Dochodzi do zderzenia (dobrze opłacanych) technokratów, przywiązanych do zarządzania, a nie kreślenia wizji, z charyzmatycznymi liderami, lubującymi się właśnie w takich śmiałych wizjach. Społeczeństwa wolą tych drugich.

Rezultat tego starcia znakomicie uchwycił brytyjski ekspert Mark Leonard: na tej ścieżce kroczenia od traktatu do traktatu i od kryzysu do kryzysu stało się jasne, iż „integracja jest i konieczna, i niemożliwa”.

Renacjonalizacja

Wchodząc do UE byliśmy przekonani, że Zachód da nam modernizację i wzrost, zamiast tego mamy kryzys i recesję, co eurosceptykom każe stawiać pytanie: Czy nie wkroczyliśmy w ślepą uliczkę?

Każdy kryzys obniża poziom zaufania. Dlatego pojawili się politycy, ugrupowania i partie próbujące zbić polityczny kapitał na tym, co się dzieje. Ich lista stale się wydłuża i jest co najmniej niepokojąca: Marie Le Pen, Geert Wilders, „Prawdziwi Finowie” Timo Soiniego, nacjonaliści katalońscy z Konwergencji i Związku, Alexis Tsipras w Grecji.

Więcej, wewnątrz Unii pojawiły się władze państw, w mniejszym lub większym stopniu, kwestionujące dotychczasowy kierunek i formę integracji, by wskazać Davida Camerona, władze czeskie i wreszcie jawnie niewierzącego w taką integrację jak dotąd Viktora Orbána. Węgierski premier wręcz szuka rozwiązań na Wschodzie, a nie Zachodzie, a idące ślad za nim media sprawiły, że społeczeństwo węgierskie, jeszcze do niedawna wspierające integrację europejską, w większości stało się dziś eurosceptyczne.

Albowiem w odpowiedzi na projekty ponadnarodowe płynące z Brukseli, pojawiły się, przede wszystkim z racji rosnącego bezrobocia i spadku tempa wzrostu a nawet recesji, narodowe lub nacjonalistyczne i populistyczne kontrpropozycje. Mówią o Europie Ojczyzn, każą między bajki włożyć mrzonki o Stanach Zjednoczonych Europy.

Jedni chcą Europy ponadnarodowej, drudzy międzyrządowej, a przepaść między nimi szybko rośnie. Federacja zderzyła się z konfederacją. Punktów spójnych brak.

Płacą wszyscy

A propozycje Brukseli, Berlina lub EBC, bo to jest właśnie, po załamaniu się tandemu Merkozy, Instytucjonalna Trójka wewnątrz UE, nastroje renacjonalizacji jeszcze podsycają. Nie może bowiem być tak, że koszty obsługi nadmiernych długów spadają, jak w Grecji czy na Cyprze, na społeczeństwa, a niemieckie czy francuskie banki, które podejmowały tam nietrafione decyzje, wiedząc o prawdziwej sytuacji na tamtejszych rynkach, mają teraz z tego wirażu wychodzić obronną ręką. One przecież też ponoszą odpowiedzialność za tamtejszą nadmierną konsumpcję i spekulacyjne inwestycje.

Składając winę tylko na społeczeństwa objęte kryzysem, szukając w nich kozła ofiarnego, Instytucjonalna Trójka dodatkowo wzmaga radykalizm i społeczny opór wobec siebie. Wykorzystują to natychmiast politycy, którym Bruksela doczepia etykietkę populistów i nacjonalistów, a własne społeczeństwa coraz chętniej uznają za bohaterów twardo broniących narodowych interesów.

Owszem, mogą prounijni ministrowie wykrzykiwać, że „suwerennością nie nakarmimy obywateli, ani nie zmodernizujemy kraju”, ale w oczach coraz bardziej radykalizującej się opinii publicznej, wychodzą wobec swych oponentów jedynie na kuglarzy i prestidigitatorów, bowiem ta opozycja postrzega modernizację inaczej, właśnie jako (od)budowę państwa narodowego i obronę własnego przemysłu czy usług.

Rację ma inny brytyjski ekspert od spraw UE, Charles Grant, gdy pisze: „Poczynania unijnych przywódców – centralizacja polityki gospodarczej i debata o unii politycznej – jeszcze bardziej zmniejszają atrakcyjność UE w oczach Brytyjczyków. Im dalej UE odchodzi od zasad dość ograniczonego klubu ekonomicznego, do którego wstępowali Brytyjczycy, tym bardziej stają się oni wobec niej podejrzliwi”. Problem w tym, że chodzi nie tylko o Brytyjczyków, to zjawisko niejako uniwersalne, unijne, obserwowane na całym kontynencie, także w Polsce.

Gdzie pójdą Polacy?

Polska ma zgryz. Już widać pęknięcia. Nie tylko między federalistami a konfederalistami, ale też, co dla Warszawy istotniejsze, w stosunku do strefy euro. W naszej debacie, jak na wyzwania stanowczo zbyt niemrawej, pojawiają się nowe linie podziału. Jedni powiadają, że tylko szybkie wprowadzenie euro daje szansę na prawdziwą modernizację i pozostanie w elitarnym klubie. Drudzy, wręcz przeciwnie, uważają, iż wejście teraz do strefy euro to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Ani my nie jesteśmy gotowi na przyjęcie euro, ani strefa euro nie jest teraz w takim stanie, by przyjmować państwo tak duże, jak Polska (to nie Łotwa).

Wydaje się, że ci drudzy mają więcej racji. Jest bowiem logika w tym, co pisze Leszek Pawłowicz: „Polska, wstępując dziś do unii bankowej, znalazłaby się w paradoksalnej sytuacji. Przekazałaby kompetencje nadzorcze na szczebel federalny, nie miałaby jednak dostępu do funduszy federalnych w sytuacji kryzysowej”.

Dlatego najlepszym, jak się wydaje, scenariuszem dla nas, choć to też podlega emocjonalnym ocenom i interpretacjom, byłoby konsekwentne modernizowanie państwa własnymi siłami i przy wsparciu innych, zwalczanie stanowczo zbyt wysokiego bezrobocia, a przy tym baczne śledzenie tego, co się w strefie euro dzieje. Powinniśmy być gotowi wstępować do niej jutro, choć być może wejdziemy dopiero za parę lat, wtedy, gdy uznamy, iż nam się to naprawdę opłaca. Dzisiaj, w czym nawet jesteśmy wyjątkowo zgodni, jest na to zdecydowanie za wcześnie, i to z wielu względów, które są przedmiotem ostrych kontrowersji.

Strefa euro nie jest bowiem tym, czym była UE gdy do niej wstępowaliśmy. Ucieczki przed debatą o narodowe referendum przed przystąpieniem do euro też nie ma. Tyle, że dzisiaj jego wynik, co znamienne, jest raczej łatwy do przewidzenia – negatywny. Co zrobią prounijni politycy, jak przekonają społeczeństwo, by zmieniło zdanie? Znów, jak bumerang, wraca kwestia przywództwa i kryzysu elit opowiadających się za ponadnarodową integracją.

Czy się to komu podoba, czy nie, kryzys, a jest on przecież głęboki i strukturalny, a nie koniunkturalny, sprzyja przeciwnikom integracji i euro, uderzającym w narodowe tony.

Sojusz z Ameryką

Świat stał się globalny, a Europa właśnie traci globalna perspektywę. Brakuje jej wizji i wielkich pomysłów. Brakuje przywództwa. Grzęźniemy, podczas gdy inni, na przykład ci spod znaku „wschodzących rynków” czy BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Republika Południowej Afryki), a nawet powolnie wychodzące z zapaści USA, prą naprzód.

Z punktu widzenia globalizującego się świata przesłanie jest jasne: Europa jest zbyt rozczłonkowana i rozdrobniona, by poradzić sobie w z globalnymi wyzwaniami. Powinna iść razem i jednoczyć się. Ona tymczasem robi dokładnie odwrotnie i coraz bardziej ulega, dzięki błędom wszystkich, począwszy od Instytucjonalnej Trójki, naporowi sił narodowych. Miast się łączyć, coraz bardziej się dzielimy. Tymczasem renacjonalizacja, to prosta droga do marginalizacji.

Dlatego, kto wie, czy najciekawszy pomysł nie wykluwa się właśnie na naszych oczach w postaci – ponoć mających rozpocząć się już w czerwcu br. – negocjacji nad strefą wolnego handlu z USA. Choć nie będzie łatwo, bo ścieżka ma być szybka, ten pomysł ma przynajmniej znamiona ucieczki do przodu. Miast pogrążać się w eurosklerozie, lub w dywagacjach o federacji, do której nasze społeczeństwa nie są gotowe, możemy zająć się obroną zagrożonych interesów Zachodu. Przynajmniej będzie zbożny cel.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test