O podważaniu wiary w ekonomię

21.08.2012
Nowe wydanie książki Steve’a Keena „Debunking Economics. The Naked Emperor Dethroned?” odpowiada na pytanie co trzeba zrobić dziś, natychmiast, jeśli to tylko jest możliwe by choć częściowo zatrzymać kryzys. Profesor University of Western Sydney proponuje metodę Sherlocka Holmes’a. Jak twierdził słynny detektyw: łamigłówkę można rozwiązać zwracając uwagę na aspekty pominięte przez tych, którzy nie potrafili jej rozwikłać.
Steve Keen 'Debunking Economics. The Naked Emperor Dethroned?', New York, 2011

Steve Keen "Debunking Economics. The Naked Emperor Dethroned?", New York, 2011

Steve Keen "Debunking Economics. The Naked Emperor Dethroned?", New York, 2011

Prof. Steve Keen stwierdza, że szczere wyznanie szefa Fed Bena Bernanke z czerwca 2011 roku: „Nie wiemy dokładnie dlaczego utrzymuje się wolne tempo rozwoju gospodarki” mówi nie tylko o stanie wiedzy w instytucji którą kieruje, ale wielu ekonomistów jako profesji. Niewiele więcej rozumieją politycy.

Steve Keen pokazuje, że bardzo istotnym aspektem pomijanym w większości analiz jest poziom zadłużenia prywatnego, czyli długi gospodarstw domowych. Neoklasyczni ekonomiści uważają, że ten czynnik jest nieistotny. W skali makroekonomicznej nie ma znaczenia kto ma ile długu albo oszczędności. Wzrost długu oznacza tylko przesunięcie siły nabywczej (spending power) z oszczędzającego na pożyczającego. Siła nabywcza zadłużającego się rośnie, a oszczędzającego słabnie, zatem równowaga zostanie zachwiana w skali makroekonomicznej jedynie, gdy wystąpi duża różnica w zachowaniu w relacji oszczędzający i pożyczający. Stąd jedynie dystrybucja długu ma znaczenie, a nie jego poziom czy dynamika. Profesor Keen nie szczędzi czasu ani miejsca, by wyjaśnić ten problem. Nie bez powodu.

Powyższy punkt widzenia prezentuje dziś, przypuszczalnie najbardziej wpływowy ekonomista na świecie, szef Rezerwy Federalnej Ben Bernanke. „To jest sposób myślenia wielu ekonomistów, którzy życzliwie doradzają obecnej administracji” – podkreśla były doradca ds. gospodarczych Baracka Obamy profesor Austan Goolsbee. W sierpniu 2010 r. Obserwator Finansowy gościł na spotkaniu ekonomistów z Benem Bernanke na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Wówczas szef Fed kierując się takim właśnie sposobem rozumowania wyjaśnił dlaczego neoklasyczni ekonomiści odrzucili hipotezę „deflacji długu” (zmniejszenie całkowitego poziomu zadłużenia w gospodarce) jako przyczynę Wielkiego Kryzysu.

Fisher w artykule z 1933 r. zatytułowanym „Zadłużenie i deflacja jako przyczyna wielkich kryzysów” zauważył: „Wielki Kryzys został wywołany najpierw przez nadmierne zadłużenie, a niedługo potem deflację”. Bernanke kompletnie zaprzeczył twierdzeniom Fishera: „Idea Fishera straciła uznanie w kręgach akademickich, ponieważ pojawił się kontrargument, że deflacja długu nie była niczym innym niż redystrybucją z jednej grupy (dłużników) do innej (wierzycieli).” Podobną opinię wyraził podczas tej samej dyskusji profesor Paul Krugman twierdząc, że poziom długu nie doprowadził do globalnego kryzysu finansowego – mogła to spowodować jedynie jego dystrybucja.

Krugman ostatnio powtórzył ten argument: poziom zadłużenia się nie liczy, ponieważ to my sami jesteśmy wierzycielami większej części długu. „Powszechnie myśli się o roli długu w gospodarce tak jak o zadłużeniu wobec drugiej osoby: trzeba zapłacić dużo pieniędzy. Ale to jest błąd! Dług przez nas wytworzony, to pieniądze, które jesteśmy winni nam samym. I ciężar z tym związany nie łączy się z realnym przesunięciem zasobów. Oczywiście nie twierdzę, że wysokie zadłużenie nie może stworzyć problemów – oczywiście może. Ale to jest problem dystrybucji, a nie wielkości długu”.

– Niezbędny jest kontrargument do tego rozumowania. I powinien być już głośno omawiany na wszystkich forach, na których prowadzi się dyskusje na temat polityki gospodarczej – uważa profesor Norman Bailey, były doradca prezydenta Reagana.

Keen buduje w swojej naukowej narracji, często okraszonej anegdotami historycznymi, ów kontrargument. Wskazuje na dwa ostatnie kryzysy. Zanim do nich doszło nastąpił wysoki wzrost zadłużenia gospodarstw domowych. A gdy gospodarka znalazła się w koleinach kryzysu wówczas ten dług mocno spadł. Tak było podczas kryzysu w latach 20. XX wieku w Australii i Stanach Zjednoczonych. I wcześniej, w latach 80. i 90. XIX wieku podczas, odpowiednio, boomu gospodarczego i kryzysu.

Keen dowodzi, że właśnie taka sytuacja ma miejsce teraz. Zadłużenie gospodarstw domowych rosło od 1945 do 2009 roku, a obecnie spada tak gwałtownie, jak nigdy dotąd w dziejach nowoczesnej gospodarki. Poziom zadłużenia gospodarstw domowych w USA jest najniższy od zakończenia II wojny światowej. A tamtejszą gospodarkę dotknął jeden z najpoważniejszych kryzysów, porównywalny z Wielkim Kryzysem.

Keen przytacza przykład Australii, której zadłużenie gospodarstw domowych również obniżyło się w tym samym czasie, ale nie tak drastycznie jak w USA. I obecnie widoczny jest lekki trend wzrostowy. Australia jednak nie odczuła tak boleśnie skutków recesji jak USA. Ale być może dlatego, że australijska gospodarka dostała nauczkę, gdy poziom zadłużenia gospodarstw domowych spadł nadmiernie na początku lat 90. w obawie przed, jak to ujmuje autor, „recesją, która musiała nastąpić”. I rzeczywiście nastąpiła. Była to „najgorszy kryzys jaki zdarzył się w Australii po II wojnie światowej”.

Wniosek? Wzrost poziomu zadłużenia prywatnego, gospodarstw domowych „ma znaczenie, bo zwiększa na popyt i nie odbiera siły nabywczej (spending power) oszczędzającym”. Nowy dług nie jest wyłącznie przesunięciem środków z jednego konta bankowego na inne, ale równoczesnym utworzeniem depozytu i długu przez bank. Jak to ujął Joseph Schumpeter pisząc w czasie Wielkiego Kryzysu: „Problem nie w przesunięciu siły nabywczej, którą ktoś już dysponuje, ale w stworzeniu nowej siły nabywczej z niczego…”

Ten sposób myślenia o długu ma znaczenie w sensie makroekonomicznym: „jego wzrost zwiększa całkowity popyt”. Jest on sumą dochodu i zmiany poziomu zadłużenia. Może ono zostać przeznaczone nie tylko na zakup towarów i usług, ale na inwestycje finansowe – akcje i nieruchomości. A zatem „zmiana poziomu długu ma bezpośredni wpływ na gospodarkę w skali makro i rynek papierów wartościowych”.

Jaka zmiana zatem spowoduje poważne konsekwencje dla całej gospodarki? Gdy zadłużenie rośnie szybciej niż dochód uruchamia się proces wzrostu cen papierów wartościowych i wzrostu długu w szybszym tempie niż dochodu, co zachęca do pożyczania. Rezultatem jest sztuczny boom gospodarczy, który napędza bańka finansowania długiem w papierach wartościowych. Żeby bańka nie pękła zadłużenie musi rosnąć szybciej niż dochód. W tej sytuacji szybkość zadłużenia gwałtownie narasta. A to zjawisko jest gwarancją, że bańka pęknie, bo dług nie może rosnąć w nieskończoność. Profesor Keen podkreśla, że kiedy prędkość narastania zadłużenia spada, boom zamienia się w recesję, choć stopa wzrostu gospodarczego PKB jest stała. I wyjaśnia to matematycznym przykładem.

Załóżmy, że gospodarka, której PKB wynosi 1 bln rośnie z prędkością 10 proc. rocznie, jej realny wzrost wynosi 5 proc., inflacja 5 proc., zadłużenie gospodarstw domowych wynosi 1,25 bln i wzrasta ok. 20 proc. w stosunku rocznym. Stąd całkowite wydatki na towary i usługi wynoszą 1,25 bln: 1 bln z dochodu i 250 mld z 20 proc. zadłużenia. Jeśli w następnym roku poziom długu spowolni i utrzyma się na tym samym poziomie przy wzroście nominalnego PKB (nie wpływa na stopę wzrostu gospodarczego), wówczas wzrost zadłużenia wyniesie 150 mld (10 proc. z 1,5 bln z ostatniego roku). Poziom całkowitych wydatków się nie zmieni, wyniesie 1,25 bln, składając się z 1,1 bln w PKB oraz 150 mln wzrostu zadłużenia.

Jednak dlatego, że inflacja jest na poziomie 5 proc., to następuje spadek o 5 proc. realnego poziomu aktywności gospodarczej, który będzie odczuwalny na rynku papierów wartościowych jak i surowców. Ale jeśli dług przestałby rosnąć wówczas całkowite wydatki w następnym roku wyniosłoby 1,1 bln – byłby to 15 proc. spadek z poziomu w stosunku do roku poprzedniego w wartościach nominalnych i 20 proc. w realnych. Taka sytuacja oznaczałaby, że gospodarka wpadła w koleiny recesji z powodu spadku popytu na usługi i towary, papiery wartościowe, nawet jeśli nie spadłoby tempo rozwoju gospodarczego.

Ten przykład wcale nie odbiega daleko od obecnej sytuacji gospodarczej. Gospodarka nie radzi się z obecnym, długim okresem bezrobocia i spadkami na rynku nieruchomości. Cięcia wydatków i zachęta do zmniejszania zadłużenia nie jest w chwili obecnej receptą na rozwój gospodarczy. Redukcja popytu spowodowana oddłużeniem będzie trwać dopóki będzie spadać poziom zadłużenia gospodarstw domowych. Utrzymywać się będzie tak zwana „recesja bilansowa”, w której chęć sektora prywatnego do zmniejszenia zadłużenia zmniejszy drastycznie popyt przyczyniając się zarówno do recesji gospodarczej jak i spadku cen papierów wartościowych. Taka właśnie sytuacja ma miejsce w Japonii od ponad dwóch dekad.

Jak wskazuje profesor Keen na dobrej drodze do tego celu znajduje się obecnie także Unia Europejska. Keen cytuje japońskich ekonomistów, którzy twierdzą, że wielu ich kolegów na Zachodzie uwierzyło, że kryzys spowodowały deficyty budżetowe. Jednakże według wyliczeń części japońskich ekonomistów bez tych deficytów tempo rozwoju gospodarczego Japonii spadłoby jeszcze bardziej. Bo sektor prywatny wziął kurs na „ostre oszczędzanie” na początku lat 1990-tych i jak dotąd nie zmienił na inny. U progu podobnych decyzji stoi dziś sektor prywatny w Europie.

Profesor Richard Koo z Uniwersytetu Harvarda tłumaczy: choć w latach 1990-2005 wskutek polityki fiskalnej zadłużenie publiczne zwiększyło się o 92 proc. PKB to jednak bez tych działań kryzys byłby poważniejszy. Jeśli chcemy założyć, że bez interwencji rządu PKB Japonii wróciłoby do poziomu sprzed 1985 roku różnica pomiędzy hipotetycznym PKB a realnym wyniosłaby 2000 bln jenów w okresie 15 lat. Inaczej mówiąc japoński rząd wydał 460 bln żeby kupić 2000 bln jenów PKB. Dlatego, że sektor prywatny dokonywał cięć to interwencja nie spowodowała inflacji ani gwałtownego wzrostu stóp procentowych.

Keen radzi Europie, żeby nie kierowała się logiką konsolidacji finansowej: wydaliśmy za dużo, więc musimy wprowadzić oszczędności. Przeciwnie –  gdy spada dług gospodarstw domowych i sektora prywatnego, wówczas dług publiczny powinien wzrosnąć. Dlaczego? Bo zadłużenie gospodarstw domowych i publiczne przesuwają się w przeciwnych kierunkach (ich korelacja wynosi minus 0,31). Ponadto nawet w okresie prosperity europejskiej i amerykańskiej gospodarki od 1955 do 1970 roku zadłużenie publiczne i prywatne rosło. I zmiana długu prywatnego zawsze była większa niż publicznego przed kryzysem (wyjątek stanowi recesja 1990), ale od początku kryzysu poziom długu publicznego spadł o 15 proc. PKB, a prywatnego o 20 proc. w 2010 r.

Profesor Keen na kartach swojej fascynującej książki przedstawia nie tylko instrumenty, które pozwoliły mu na zbudowanie tej narracji kryzysu, ale wiele danych historycznych.

Czytelnik bardziej biegły w matematyce pewnie zechce najpierw zapoznać się z rozdziałem o sposobach pomiaru kapitału czy niemniej ciekawym o roli czasu w procesach gospodarczych. Kolejne karty książki otworzą przed nim skarbiec, w znacznej mierze, pomijanej na współczesnych uczelniach myśli ekonomicznej: Srafiana, Schumpetera i Minsky’ego.

Książka Keena podważa całkowicie sposób myślenia większości decydentów odpowiedzialnych obecnie za stan gospodarek. I – jak podkreśla profesor Michael Hudson z Uniwersytetu Missouri – „prostuje obarczony błędem logicznym sposób myślenia części ekonomistów, którzy zracjonalizowali status quo. (…) Żadna książka nie podważa w takim stopniu wiary w ekonomię”.

Tomasz Pompowski


Tagi


Artykuły powiązane