Islandczycy nie wykazują nadmiernego przywiązania do własnej waluty. Gotowi są nawet zastąpić ją inną, bardziej światową. Sondowali Norwegów i ich koronę, Amerykanów i dolara, a nawet japońskiego jena. Oficjalnie chcą ślubu z euro, ale perturbacje z Grecją nieco ich do tego związku zraziły. Największą dziś ochotę mają na kanadyjskiego loonie.

Ptakiem–symbolem jest w Kanadzie nur, dzielny poławiacz ryb. Po angielsku nur to „loon”, a zdrobniale –„loonie”. Ma go na awersie kanadyjska jednodolarówka. W potocznym języku „loon” to także gbur i nicpoń.

Kryzys zaufania

Zachodni kryzys finansowy największy tumult spowodował na maciupkiej Islandii. Pięć lat temu za jednego dolara amerykańskiego dostawało się ok. 60 koron islandzkich (ISK). W szczycie kryzysu, pod koniec 2008 r. – ok. 150 ISK, czyli 2,5 razy więcej. Teraz kurs wynosi ok. 125 tamtejszych koron za 1 dolara. Z kursem euro było podobnie. Na początku 2007 r. 1 euro kosztowało ok. 85 koron. Dna dosięgnęła islandzka waluta pod koniec 2008 r., kiedy za euro płacono 340 koron i bank centralny Islandii zawiesił kwotowania. Teraz dostaje się ok. 170 koron za jedno euro.

Jeśli chodzi o własną walutę Islandczycy nie wykazują patriotycznego zadęcia. Upadek gospodarczy jakiego doświadczył ten kraj nie ma z tym związku. Jeszcze w 2007 r., czyli na rok przed główną erupcją obecnego kryzysu, ponad połowa Islandczyków była za przyjęciem euro. Wprawdzie w innym badaniu wyszło na odwrót, ale tamtejszy biznes nie przeżywał rozterek – na początku 2008 r. prawie dwie trzecie przedsiębiorców było za przyjęciem w Islandii jakiejś obcej waluty.

Powody były czysto pragmatyczne. Z powodu olbrzymiej inflacji i chwiejności kursów wymiany, niektóre firmy zaczęły płacić pracownikom w dolarach lub euro. Była wśród nich np. firma Össur, produkująca znany w świecie sprzęt rehabilitacyjny.

Gadatliwy pan ambasador

Głosy za porzuceniem íslensk króna, jak brzmi oryginalna nazwa waluty, nie ucichły po przejściu największych fali kryzysu. W lipcu 2009 r. tamtejszy parlament Alþingi przyjął, niewielką większością głosów (33 za, 28 przeciw i 2 głosy wstrzymujące się), uchwałę w sprawie ubiegania się Islandii o członkostwo w Unii Europejskiej i w strefie euro.

Od tego czasu sprawy posuwają się do przodu – nie za szybko, ale systematycznie toczą się negocjacje dotyczące umowy akcesyjnej. Unia nie cieszy się dziś jednak szczególną sympatią mieszkańców wyspy lodów.

Znacznie bardziej przemawia do Islandczyków wizja „federacji” walutowej z Kanadą. Bogaty kraj, prawie bez ludzi i bez ekonomiczno–finansowych ekscesów, dzika przyroda i święty spokój na niemal zupełnym uboczu. Jednak umizgi Islandczyków do Kanady długo nie mogły doczekać się reakcji. Lecz przyszedł czas i na to.

Na początku marca tego roku, w wywiadzie radiowym „wychylił” się z milczącego szeregu pan Alan Bones  – ambasador Kanady w Islandii. Nie powiedział nic wiążącego. Stwierdził „jedynie”, że Kanada nie miałaby nic przeciwko, a nawet „powinna być otwarta na dyskusję, gdyby Islandia wyraziła ochotę” na porzucenie swojej korony i wprowadzenie loonie.

Dzień później miał to powtórzyć podczas oficjalnego wystąpienia na konferencji walutowej w Reykjaviku. Nie zdążył, bo wrzawa wybuchła od razu taka, od Nowej Szkocji po Vancouver, że Ottawa kazała ambasadorowi nie pojawiać się na konferencji i nie odzywać się więcej w tej sprawie. Przedstawiciel rządu federalnego oświadczył ponadto, że „rząd Kanady nie komentuje publicznie kwestii walutowych innych państw”.

Pieniądze jak z parków Disneya

Za to na Islandii żadnych wielkich awantur nie było. Rzecznik MSZ, Ian Trites, stwierdził natychmiast dyplomatycznie, że „jest to kwestia (istotna) dla rządu Islandii i jej obywateli”. Szef opozycyjnej Partii Postępowej, David Gunnlaugsson, przytoczył zaś przytomnie wyniki świeżego badania, według którego 70 proc. ankietowanych popiera loonie.

Zaraz po wypowiedzi ambasadora największy kanadyjski portal informacyjny, The Star, przepytał profesora Uniwersytetu Islandii, Arsaell’a Valfells’a. Ten stwierdził bez ogródek, że: „Nikt tu nie chce naszej waluty. Używać jej, to jak robić interesy w dziecięcych dolarach z parków Disneya”.

Tydzień później głos zabrała Johanna, córka Sigurdara – premier Islandii. Pani Sigurdardottir wygłosiła coś w rodzaju podzwonnego dla rodzimej waluty. Na zjeździe rządzącego Aliansu Socjaldemokratycznego powiedziała, że kraj stoi w obliczu „wyrzeczenia się suwerenności w polityce monetarnej, w wyniku jednostronnego przyjęcia waluty innego państwa lub przystąpienia do Unii Europejskiej (strefy euro)”.

Potrzeby monetarne Islandii zaspokoiło by jakieś 14 mld dolarów kanadyjskich. Podaż pieniądza w Kanadzie wynosi obecnie ok. 1 800 mld dolarów kanadyjskich. Przygarnięcie do siebie Islandii byłoby więc dla Kanadyjczyków mniej odczuwalne niż błąd statystyczny.

Oba kraje, mimo rażącej różnicy potencjałów, są gospodarkami opartymi na zasobach naturalnych, więc w obu koniunktura podąża za cenami surowców. To sprawia, że wspólna waluta nie musiałaby plątać się w strukturalnych dysonansach. Zanim ambasador Bones wyrwał się w radio do odpowiedzi, kanadyjski bank centralny dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie ma nic przeciwko zainstalowaniu dolara kanadyjskiego na Islandii.

Wielka ochota na nicponia

Bardziej niż argumenty do skalkulowania na liczydle grają jednak prawdziwe emocje – na każdego z ok. 300 tys. Islandczyków żyjących na swojej wyspie, przypada podobno jeden Islandczyk mieszkający w Kanadzie. Kanadyjski urząd statystyczny twierdzi, że do etnicznych więzi z Islandią przyznaje się tylko 90 tys. obywateli, ale pierwsza liczba jest bliższa odczuć i uczuć zainteresowanych osób. Ta wielka, w relacji do całkowitej populacji, diaspora to skutek nagłego exodusu sprzed ponad 100 lat. Ucieczkę do Kanady wywołała olbrzymią erupcja wulkanu Askja, położonego w środkowej części wyspy.

W Kanadzie dość często mówi się o tej sprawie z przymrużeniem oka. Dziennikarze bawią się grą słów pisząc o „islandzkich jenach w zamian za nicponie”. Loon to po angielsku również gbur, szaleniec i nicpoń, a yen to nie tylko nazwa japońskich pieniędzy, ale także „wielka ochota”. W jednym zdaniu żart i rzetelna informacja: o wielkiej islandzkiej ochocie na kanadyjskiego dolara.

Kto wie, jak to w końcu będzie? Bez wchodzenia w pogmatwane szczegóły i pomijając lilipucie podmioty prawa międzynarodowego, można przyjąć, że w czterech państwach oficjalnym, prawnym środkiem płatniczym są waluty państw obcych. W Panamie, Ekwadorze i Salwadorze są to dolary USA, a w Czarnogórze euro. Tytułem wtrętu trzeba wszakże napomknąć, że w pewnym sensie jest to jedynie wierzchołek góry lodowej.

Amerykańscy ekonomiści Edgar L. Feige i James W. Dean oceniają na podstawie różnorakich szacunków z zaufanych źródeł (m.in. MFW), że w 2001 r. połowa z będących wówczas w obiegu 580 mld amerykańskich dolarów krążyła lub spoczywała w schowkach znajdujących się poza USA. Dla zachowania precyzji – mowa o kategorii określanej w literaturze jako „foreign cash in circulation outside the banking sector” (FCC). Ci sami profesorowie podają, że w 1999 r. jeden statystyczny Rosjanin miał w gotówce 448 dol. Łotysze mieli nieco mniej – 432 dol. per capita, Kazachowie trzymali po 288 dol., a Polacy po 90 dol.

Do czego prowadzi brak wiary w moc amerykańskiej waluty widać na przykładzie Węgrów, którzy mieli wtedy w kieszeniach po 2 dolary oraz mieszkańców Białorusi, z których każdy zachomikował jedynie 80 centów.

Walutowy konkurs piękności

Na tle tych wszystkich wieści widać, że nie są ci Islandczycy ludem w ciemię bitym. Oficjalnie, chcą brać ślub z euro, choć większość obywateli, obserwując Grecję i inne państwa południa Europy, jest przeciw. Sondowali Norwegów i ich koronę, Amerykanów i zielone, a nawet – tym razem to nie żart słowny – japońskiego jena.

Sebastien Galy z Societe Generale ujął sprawę lapidarnie:

– Niezależna waluta w kraju o ludności średniego kanadyjskiego miasta to zawsze będzie problem.

Przyklaskuje mu prof. Justin Wolfers ze szkoły biznesu Wharton Uniwersytetu Pensylwanii, obecnie na występach gościnnych w Princeton. Wolfers namawia mianowicie Australię, żeby stanęła w szranki z Kanadą w kwestii waluty dla Islandii. Problem z prof. Wolfersem jest wszakże tego rodzaju, ze dotąd znany był on głównie z badań nad dyskryminacją rasową, szczęściem kobiet i karą śmierci. Z drugiej strony można jednak założyć, że jego dorobek przydałby się w ponurym (a może szczęśliwym) dniu egzekucji islandzkiej korony.

Autor jest publicystą ekonomicznym, był szefem redakcji serwisów ekonomicznych PAP. Publikuje w internetowym Studiu Opinii