„Kim jest John Galt?”

22.01.2016
Czy przedsiębiorcy to rzeczywiście herosi zmagający się z biurokracją i kłodami rzucanymi przez rząd, którzy marzą o wolności gospodarczej i krzyczą w stronę polityków „ pozwólcie nam działać”? Tak widzi ich wielu zwolenników wolnego rynku. Ale biznesmeni z natury nie są antyrządowi - im bogatsi, tym łatwiej dostrzegają zalety państwa. Ku szkodzie ogółu.

Elon Musk: "Dotacje nie są konieczne, ale się przydają" (CC BY-NC JD Lasica)


W 1957 r. ukazała się w Stanach Zjednoczonych niezwykła powieść, która na wiele lat podbiła serca Amerykanów. W 1991 r. Bilioteka Kongresu usytuowała ją zaraz za Biblią pod względem wpływu, jaki to opasłe tomisko (ponad 1100 str.) wywarło na ich życie. Domyślacie się o jaką książke idzie?

Herosi i mity

Mowa o „Atlasie Zbuntowanym”, którego autorką jest Ayn Rand, filozofka i czołowa propagatorka kapitalizmu w USA drugiej połowy XX w. „Atlas…” to nie tylko wciągająca powieść, lecz także manifest światopoglądowy autorki.

W niesprecyzowanej przyszłości świat zdryfował w stronę socjalizmu. Jest jednak jeszcze garstka ludzi stawiających opór socjalistycznej nawale: to wielcy przemysłowcy, naukowcy, artyści i wynalazcy, ludzie bez reszty oddani swojej pracy, wręcz się z nią utożsamiający.

Te wybitne jednostki mówią jednak w końcu „basta!” i za namową tajemniczego Johna Galta (który, jak się w końcu okazuje, jest genialnym inżynierem-wynalazcą) ogłaszają strajk. Znikają, pozostawiając swoje firmy na pastwę losu. Łatwo się domyślić, co dzieje się z gospodarką. Już i tak ledwo kulała, teraz dotyka ją paraliż. Widać już, kto jest Atlasem, który dźwiga świat: kreatywne, przedsiębiorcze umysły, wielcy biznesmeni, którym Rand przypisuje cechy herosów kwalifikujące do stawiania im pomników. Są nie tylko innowatorami. Są też w tym, co robią bezkompromisowi, nieugięci, dążą do pełnej wolności i niezależności – są więc antytezą biurokratów z rządu, dla których liczą się dwa argumenty: siły i przekupstwa.

– Dla Rand biznesmen wchodzący w układy z państwem to czarny charakter – przyznaje dr Walter Block, ekonomista z Uniwersytetu Loyoli w Nowym Orleanie, który obracał się kiedyś w środowisku skupionym wokół Rand.

Jego zdaniem istnieją kapitalistyczni bohaterowie, ale przyznaje, że nie są oni tak częstym okazem, jak to sobie jego niegdysiejsza intelektualna idolka zamarzyła. Tymczasem wielu zwolenników wolnego rynku wciąż wykazuje emocjonalne przywiązanie do tytanów biznesu, które skutkuje ich niebezpiecznym idealizowaniem.

W rzeczywistości z kapitalistami jest może nawet mniej różowo niż sądzi dr Block i znacznie bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że to – oczywiście, statystycznie rzecz biorąc – oportuniści, którzy swoje poglądy na rząd i państwo wykuwają w zależności od warunków.

„Hardkorowych” leseferystów, którzy bezkompromisowo unikaliby jakichkolwiek koneksji z rządem, jest wśród nich niewielu, a nawet ci, którzy głoszą wolnorynkowe hasła, nie mają oporów, by przy pierwszej lepszej okazji porzucić głoszone ideały, wchodząc w korzystne kontrakty z państwem.

Uwikłani

To, że takie postawy w biznesie są standardem potwierdza praca „Czy nierówności majątkowe wpływają na wzrost”, którą w zeszłym roku opublikowali dwaj ekonomiści Jan Svejnar z Uniwersytetu Columbia i Sutirtha Bagchi z Uniwersytetu Villanova. Zbadali rankingi najbogatszych ludzi świata przygotowywane przez magazyn „Forbes” (edycje z lat 1987, 1992, 1996 i 2002) i wśród umieszczonych w nich osób zidentyfikowali 154 miliarderów, o których bezspornie można stwierdzić, że istotnie wzbogacili się dzięki swoim powiązaniom z rządem. W przypadku jednych chodziło o zwykłe kolesiostwo, w przypadku innych, o takie ukierunkowanie swojej działalności biznesowej, by zgarniać jak najwięcej kontraktów rządowych. Jedni wzbogacili się legalnie, inni nielegalnie – w każdym razie w wielu przypadkach można założyć, że gdyby nie rząd, pozostaliby biznesmenami zaledwie średniego formatu i nie dorobiliby się miliardów.

Svejnar i Bagchi podają trzy konkretne przykłady takich przedsiębiorców.

Rodzina Birla, jedyna nowa pozycja z Indii na liście globalnych miliarderów przed 1996 r. Swoją pozycję budowała w oparciu o wpływy w państwowej administracji i lukratywne kontrakty, które dziwnym trafem podpisywał z nią raz po raz nacjonalistyczny rząd.

Indonezyjski magnat Prajogo Pangestu. Ten zarobił krocie, gdy, jak piszą ekonomiści, „agencje rządowe pomogły jego handlującej drewnem firmie stać się jedną z najważniejszych korporacji na rynku. Jego Barito Group dostało od rządowych banków miliard dolarów pożyczek, najwięcej ze wszystkich firm w całym kraju. Konsorcjum Barito skorzystało dodatkowo, gdy rząd pozwolił mu w 1992 r. na przesunięcie spłaty 460 mln dolarów długu na kolejne millenium.”

Michaił Fridman, rosyjski oligarcha, najpierw pomógł Borysowi Jelcynowi wygrać re-elekcję, a potem w zamian przyjmował od prezydenta wota wdzięczności w postaci prywatyzowanych za śmieszne pieniądze państwowych firm.

Do listy najbardziej jaskrawych przykładów możnaby też śmiało dorzucić chociażby Meksykanina Carlosa Slima, który od lat znajduje się na podium rankingu Forbesa a który fortunę zrobił dzięki prywatyzacji państwowego monopolisty telekomunikacyjnego Telemexu. W tej prywatyzacji nie byłoby nic dziwnego, gdy hojny rząd meksykański nie pozwolił mu należności spłacać w ratach z przyszłych przychodów firmy. Mocno skoligacony z państwem jest też słynny inwestor Warren Buffett, który ze względu na zasobność portela i słabość do publicznych występów uchodzi za bezwzględny autorytet inwestycyjny. Trudno podważać skuteczność jego biznesowej strategii, skoro przyniosła mu ona (wg Forbesa) 60 mld dolarów. Buffett, by zarabiać te miliardy, gra jednak polityką – zarobił wielkie pieniądze w trakcie kryzysu inwestując w banki, bo wiedział, że rząd ruszy im na pomoc. Sam to zresztą otwarcie przyznał.  We wrześniu 2008 r. zainwestował 5 mld dolarów w bank Goldman Sachs, a potem skutecznie lobbował za przyjęciem słynnego TARP-u, czyli pakietu antykryzysowego, dzięki któremu Goldman Sachs otrzymał 10 mld rządowej pożyczki – zauważa Peter Schweizer na łamach magazynu „Reason.”

Skala żerowania na państwie w okołokryzysowych czasach była w USA tak duża, że postanowili zająć się nią badacze z Universytetu Michigan. Przeanalizowali oni beneficjentów TARP-u i wyszło im, że firmy ułożone z politykami miały znacznie większe szanse na antykryzysową stymulację, a także, że – o ironio! – średnio i tak radziły sobie na rynku w końcu gorzej niż te, które nie miały politycznych wpływów.

Mamy także sporo przykładów współpracy biznesu z rządem na krajowym podwórku. Weźmy przykład bardzo wyrazisty: postać zmarłego niedawno Jana Kulczyka, który przez lata zajmował szczyt listy najbogatszych Polaków. Kulczyk podkreślał w wywiadach, że jest zwolennikiem wolności gospodarczej, niskich podatków i jak najmniejszej ilości państwa w gospodarce. Poglądy słuszne i prawe. Tyle, że jeden z największych „deali” w swojej karierze zrobił odkupując firmę od jednego państwa, by sprzedać je innemu. Mowa o Telekomunikacji Polskiej, która przy wydatnym udziale Kulczyka przeszła pod władanie Francuzów z France Telecom.

Młodzi, gniewni, wyrachowani

Chloe Sorvino, dziennikarka „Forbesa”, podkreśla, że dobrze skoligaceni z rządem miliarderzy to zaledwie ok. 13 proc. wszystkich w roku 1987 r., 11 proc. w 1992 r. i 1996 oraz 4 proc. w 2002 r. Czy to znaczy, że wyolbrzymiamy problem, skoro w porywach jedynie co 10 miliarder szuka wsparcia u polityków? Cóż, nie wszyscy bywalcy list najbogatszych, nawet nie większość z nich, zaprzedali duszę państwu. To oczywiste. Oczywiste jest też, że podobnie ma się sytuacja w przypadku miliarderów, jak i milionerów, czy biznesmenów działających na małą skalę.

Problem leży raczej w gotowości statystycznego przedsiębiorcy, by w razie, gdy akurat będzie to dla niego korzystne, udać się do urzędnika „po pomoc”. A wydawać by się mogło, że ci, którzy z państwem mają od czasu do czasu na pieńku, na co dzień narzekają na rządowy fiskalizm, biurokrację, doświadczenia tego typu powinny ustawiać wybitnie w kontrze do państwa i budzić radykalizm, prawda? W praktytyce zachowują oni dalece posunięty pragmatyzm.

Nie bądźmy gołosłowni. Świeża dość sprawa z Polski: tzw. „protest busiarzy”. Właściciele polskich firm z branży samochodowych przewozów pasażerskich nie wytrzymywali konkurencji z zagranicznym Polskim Busem i postanowili pozbyć się konkurenta, wykorzystując fakt, że faktyczną władzę nad tym, kto, czym i gdzie może jeździć mają marszałkowie województw. Busiarze pod pozorem zwalczania nieuczciwej konkurencji doprowadzili do zawieszenia części połączeń Polskiego Busa. Choć nadmierne regulacje często uderzają w nich samych, to bez skrupułów wykorzystali je w walce z konkurentem. Wolny rynek poszedł na bok.

Każdy już chyba słyszał o samochodach elektrycznych Tesla, które produkuje i sprzedaje bez pośrednictwa dilerów założyciel firmy Elon Musk (majątek 12,4 mld dolarów). To nie spodobało się dilerom do tego stopnia, że postanowili pozwać Teslę o „nieuczciwe praktyki”, a w międzyczasie zaczęli lobbować za przyjęciem prawa, które zakazywałoby producentom aut sprzedaży bezpośredniej. Udało im się to np. w kwietniu tego roku w Zachodniej Wirginii. Czy te smutne dla Muska perypetie wywołały u niego antyrządowy nastrój? W końcu to właśnie władze na życzenie dilerów utrudniają mu prowadzenie biznesu, a po człowieku, który co rusz przypomina, że „rząd nie ma własnych pieniędzy, tylko zabiera je ludziom”, możnaby spodziewać się, że od dawna jest zadeklarowanym libertarianinem, a ostatnie perypetie tylko go w tym utwierdzą, prawda?

Otóż, nie. Żaden szczery libertarianin nie przyjąłby przecież rządowej dotacji. Tymczasem trzy firmy Muska (Tesla, SolarCity i SpaceX) przyjęły dotację o łącznej wartości niemal 5 mld dolarów. Przyparty do muru w tej sprawie Musk odpowiada: „Dotacje nie są konieczne, ale się przydają”. No, tak. Przydają się. Może potraktował je jak wyrównanie strat wywołanych wyżej opisywanym zakazem?

W każdym razie jego lakoniczna odpowiedź mówi dużo o autonomii i bezkompromisowości biznesmenów, które to cechy tak bardzo chciała widzieć w nich Ayn Rand.

Źródło nierówności w narodach

Tylko, czy to, że biznesmeni to z natury oportuniści musi być złe? Sądzić tak byłoby jednak głupstwem. Nie będzie złe, jeśli społeczeństwo będzie tej postawy świadome, konstruując instytucje państwa. Już Adam Smith zauważał, że przedsiębiorcy mają na względzie głównie własny interes i należy kierować się w stosunkach z nimi zasadą ograniczonego zaufania. Jeśli skrępujemy ich „chciwość” dobrym prawem, będzie ona miała dla ogółu skutki pozytywne. Interes własny „niechcący” przełoży się na interes wspólny.

Więc to nie w przedsiębiorcach tkwi problem, tylko w tych, którzy – wychodząc z prawdziwego założenia, że przedsiębiorcy pomagają rozwojowi gospodarczemu – chcą im sprzyjać. Ta postawa nazywana jest probiznesową i, jak pisze amerykański ekonomista Donald Boudreaux na swoim blogu CafeHayek.com, sprowadza się często do rozdawania przysług i przywilejów politycznie ustawionym firmom.

– A wszystkie te przywileje koniec końców skutek mają taki, że zwykły konsument płaci więcej za produkty i usługi – uważa Boudreaux.

Ze wspomnianych przez mnie wcześniej dociekań ekonomistów Svejnara i Bagchi wynika, że im więcej tak pojętej probiznesowości w danym państwie, tym poważniejszym staje się problem nierówności społecznych.

– To nierówności majątkowe, a nie nierówności dochodowe redukują wzrost gospodarczy. Ma to jednak statystyczne znaczenie tam, gdzie najbogatsi gromadzą majątek dzięki politycznym konseksjom. Tam, gdzie takie zjawisko nie zachodzi, nierówności majątkowe nie oddziałują na dynamikę wzrostu. Należy więc brać pod uwagę źródła i naturę źródła pochodzenia majątku – niuansują naukowcy.

W „Atlasie Zbuntowanym” wielokrotnie pada pytanie „Kim jest John Galt?”. Nikt tego nie wie i pytanie to staje się pytaniem retorycznym symbolizującym kwestie bez odpowiedzi.

A gdyby zadać je w kontekście naszego artkułu? „Kim jest John Galt?”, kim jest ten biznesmen-heros, który niczego nie chce i nie bierze od państwa? Ten, którego majątek nie jest źródłem szkody dla ogółu? Czy ktoś taki w ogóle istnieje?

Na szczęście tak, niemniej to wyjątki. Osoby, które działają czasami nawet wbrew własnej przedsiębiorczej naturze i własnemu, wąsko i materialnie pojętemu interesowi. Zasługują one na odrębny artykuł.


Tagi


  • eresz pisze:

    Bezwględne wykorzystywanie przez przedsiębiorców rządowego wsparcia jest poważnym arguementem przeciw rosnącej roli w gospodarce.

  • Iza pisze:

    Prawda jest taka, ze w biznesie nie ma sentymentów, a Kulczyk nie przekroczył prawa. Miał prawo kupić i miał prawo sprzedać. To proste, zupełnie nie wiem po co ta dyskusja

  • [ja!] pisze:

    Iza: „Kulczyk nie przekroczył prawa. Miał prawo kupić i miał prawo sprzedać. To proste, zupełnie nie wiem po co ta dyskusja”
    ———————————————————————————————————————————————
    No właśnie dyskusja ma służyć ustaleniu, jak wielkie patologie przynoszą gospodarce specjalne oferty dostępne wyłącznie dla wybranych oligarchów zaprzyjaźnionych z władzą („Jasio” dla Millera), po specjalnie niskiej dla nich cenie lub przy wspaniale jednostronnie skonstruowanej umowie, których „biznesowa błyskotliwość” w skrajnych przypadkach polega na kupowaniu niemal żywej gotówki: każdy milion do kupienia za 100.000 — ale tylko dla oligarchy dobrze żyjącego z aktualną władzą. A to wszystko oczywiście kosztem społeczeństwa, które za to płaci.

Dodaj komentarz


trzy × 3 =

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane