Polityka niezdrowej żywności

16.10.2014
Płatki kukurydziane powinniśmy jeść tak rzadko jak czekoladę – twierdzą eksperci ds. żywienia. Tymczasem w amerykańskich rządowych wskazówkach znalazły się na takiej samej pozycji jak chleb. To efekt pracy lobbystów z koncernów spożywczych. Jak to ujęła dr Luise Light, zalecenia dietetyczne dla Amerykanów zostały sprzedane temu, kto zapłacił najwięcej.

Według amerykańskich przepisów żywieniowych parę łyżek sosu pomidorowego to odpowiednik porcji warzyw (CC BY-NC-ND Lila Symons)


„Kongres USA uznał, że pizza to warzywo” – głosiły nagłówki amerykańskich gazet w 2011 r. W tym nieco przejaskrawionym komentarzu chodziło o to, że Kongres zablokował próbę zmiany sytuacji, w której w szkolnym posiłku 1/8 miseczki pasty z pomidorów uważa się za równoznaczną połowie miseczki warzyw (jako finansowane z podatków jedzenie w szkolnych stołówkach musi zawierać wymaganą ilość warzyw). W efekcie kawałek pizzy uznano w federalnych przepisach za równoznaczny miseczce warzyw.

Kongres decyduje

Nic nowego. Jak piszą Alex Mayyasi, Rohin Dhar, Zachary Crockett, Dan Abramson i David Raether w książce „Everything Is Bullshit: The greatest scams on Earth revealed” (Wszystko to bzdura: Największe na świecie przekręty ujawnione), podobny problem pojawił się już w 1981 r. Nagłówki prasowe głosiły wówczas, że rząd USA zakwalifikował keczup do warzyw. Faktycznie z sugestii administracji Ronalda Reagana wynikało, że produkty takie jakie keczup powinny być traktowane jak warzywa. Po tym, jak dziennikarze wyśmiali tę koncepcje, nie stała się ona obowiązującym prawem. Za rządów prezydenta USA Baracka Obamy powrócono do tego pomysłu i wprowadzono go w życie.

Dlaczego informacje na temat klasyfikacji produktów żywnościowych budzą tak żywe reakcje? Otóż każda taka zmiana może zmniejszyć zyski dużych koncernów spożywczych, które dostarczają produkty do stołówek. Dlatego wydały one (w szczególność firmy Schwan i ConAgra, które miały kontrakty na dostawę pizzy i frytek do szkolnych stołówek) 5,6 mln dol. na lobbing, by zmiany nie spowodowały zmniejszenia ich zysków. W efekcie ostatnio kongres USA przyjął ustawę, która zabrania finansowania przez Amerykańskie Ministerstwo Rolnictwo działań, które mogłyby ograniczyć albo zlikwidować uprzywilejowaną pozycję frytek i pasty pomidorowej w szkolnych posiłkach.

Piramida zysków

Szkolne stołówki to dla lobbystów tylko miejsce jednej z bitew. Prawdziwa wojna rozegrała się o domowe nawyki żywieniowe Amerykanów. Jak pisze Marian Nestle w książce „Food Politics: How the Food Industry Influences Nutrition and Health” (Polityka żywnościowa: Jak przemysł spożywczy wpływa na nawyki żywieniowe i zdrowie) w 1992 r. amerykańskie Ministerstwo Rolnictwa przygotowało tzw. piramidę żywienia, czyli obrazkowe zalecenia, jakie produkty i w jakiej ilości trzeba spożywać. Wskazówki opracował zespół pod kierownictwem eksperta ds. żywienia dr Luise Light. Według ich zaleceń u podstawy piramidy powinny się znajdować warzywa i owoce, tymczasem w wersji ministerstwa znalazły się tam produkty zbożowe.

Eksperci zalecali trzy, cztery porcje produktów zbożowych dziennie, w wersji ministerstwa było ich 6–11. W ministerialnej piramidzie było znalazły się tylko dwie, trzy dzienne porcje owoców i warzyw, choć eksperci zalecali pięć do dziewięciu porcji. Co więcej, przetworzone produkty (takie jak płatki kukurydziane), które zespół dr Light umieścił na szczycie piramidy razem z czekoladą, w wersji ministerstwa znajdowały się u jej podstawy.

Wydaje się jednak, że ostatnio wpływy lobbystów koncernów spożywczych słabną, ponieważ w ujawnionej w 2011 r. nowej wersji piramidy żywienia, tym razem przedstawionej w formie talerza, produkty zbożowe już nie dominują. Razem z warzywami zajmują po 30 proc. miejsca. Nabiał i mięso dostały po 20 proc. Co ciekawe, na stronie internetowej polskiego Instytutu Żywności i Żywienia ciągle prezentowana jest wersja piramidy, w której produkty zbożowe stanowią podstawę.

Powstaje jednak pytanie: dlaczego nie ma lobbystów szpinaku, marchewki czy brokułów, którzy mogliby swoimi akcjami zrównoważyć wpływ lobbystów niezdrowego jedzenia?

Otóż przetworzone jedzenie jest sprzedawane pod markami, które dzięki kampaniom reklamowym pozwalają koncernom osiągać na ich sprzedaży wysokie zyski. Dzięki tym zyskom firmy spożywcze mają zdecydowanie więcej pieniędzy na lobbing niż producenci warzyw i owoców. Na przykład produkująca m.in. płatki śniadaniowe amerykańska firma Kellogs na każdym 1 dol. wydanym przez konsumentów na jej produkty ma 41 centów zysku brutto, a cała warta jest ponad 24 mld dol. Producentom nieprzetworzonych warzyw i owoców bardzo rzadko udaje się wypromować marki i sprzedawać własne produkty drożej Mówiąc wprost, żaden z nich nie będzie płacił za reklamy, na których skorzystają także wszyscy jego konkurenci.

Przemysł przetworzonej żywności jest także bardzo skoncentrowany, podczas gdy producenci warzyw i owoców zwykle rozdrobnieni. Większość przetworzonej żywności sprzedawanej także w polskich supermarketach produkuje zaledwie kilka międzynarodowych koncernów (m.in. Pepsico, Mars, Kraft czy Nestlé). Niektórzy nazywają je nawet kompleksem przemysłowo-spożywczym (to nawiązanie to kompleksu przemysłowo-militarnego, sieci powiązań między politykami a firmami zbrojeniowymi w USA).Jeżeli więc rząd USA próbuje promować zdrową żywność, to uderza w interesy jednych z najpotężniejszych firm świata.

Wygrywa ten, kogo stać

Nic zatem dziwnego, że – jak podaje organizacja Center for Responsive Politics – producenci przetworzonej żywności wydali w 2013 r. na lobbing w USA około 40 mln dol., podczas gdy producenci warzyw i owoców 4,8 mln dol., z tym że wśród trzech najwięcej wydających na lobbing producentów warzyw i owoców są firma produkująca pomidory dla sieci restauracji fast food oraz organizacja National Potato Council, która chroni interesy hodowców ziemniaków na frytki.

Mechanizm promowania przez największe koncerny spożywcze żywności niesprzyjającej zdrowiu można było zobaczyć w Polsce na przykładzie margaryny, której reklamami zalewane od lat są media. Jej naturalny odpowiednik – masło – reklamowany jest rzadko. Dlaczego? Dlatego, że produkcja masła – jak podała w jednym z wywiadów prof. Grażyna Cichorz – jest nawet siedem razy tańsza od produkcji masła. Co więcej, nie jesteśmy w stanie „wyczuć” procesu starzenia się tłuszczu roślinnego, co pozwala dłużej go przechowywać (w przeciwieństwie do zjełczałego masła, które od razu można poznać). W efekcie na margarynie firmy zarabiają znacznie więcej niż na maśle i mają pieniądze, by ten produkt promować.


Tagi


  • Łukasz D pisze:

    „Dlatego, że produkcja masła – jak podała w jednym z wywiadów prof. Grażyna Cichorz – jest nawet siedem razy tańsza od produkcji masła.”

  • kudziu pisze:

    Stwierdzenie w powyższym artykule:” Dlatego, że produkcja masła – jak podała w jednym z wywiadów prof. Grażyna Cichorz – jest nawet siedem razy tańsza od produkcji masła.” jest masłem maślanym. :)

Dodaj komentarz


trzy − 3 =

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane