Innowacje, czyli gdy lepsze jest wrogiem dobrego

06.03.2016
Innowacyjność to wspaniały efekt połączenia stanów ducha, pieniędzy i gospodarki. Ducha nam nie brakuje, ale w kasie polskich firm środków jest za mało. Stan trzeciego elementu jest niejednoznaczny. Wskaźniki makroekonomiczne są wprawdzie całkiem przyzwoite, ale warunki do prowadzenia biznesu nie zachęcają przedsiębiorców do intensywnego szukania nowych produktów i rozwiązań.

Infografika DG


Słowo innowacje weszło w Polsce do czołówki bardzo często używanych, tyle że nie opisuje rzeczywistości, a – zazwyczaj – stało się uniwersalnych wytrychem.  Jeden z ambitniejszych ponoć portali elektryzuje czytelników wieścią, że „Nasz kraj znalazł się w gronie 10 najbardziej innowacyjnych rynków pizzy – na 8. miejscu. W 2015 roku 4 proc. wszystkich nowych rodzajów włoskiej potrawy wprowadzonych do obrotu na świecie, miało swoja premierę nad Wisłą…” Co rusz odpalane są takie sztuczne ognie, a tymczasem pospolitość świata innowacji w Polsce skrzeczy.

Poziom rozwoju gospodarczego i zaawansowania technicznego jako niezbędnych warunków innowacyjności oddaje dość dobrze wskaźnik tzw. wydajności surowcowej poszczególnych państw. Koncept zasadza się na oczywistych różnicach wartości rynkowej produktów o różnym stopniu przetworzenia: podkowa wykuta z żelaza na Podlasiu przez kowala będzie zaledwie ułamek wartości części silnika wyprodukowanego w Niemczech z tej samej ilości surowca przetopionego na stal.

W całej Unii z jednego kilograma surowców powstają produkty warte ok. 2 euro. Na czele klasyfikacji jest Luksemburg z wynikiem 4 euro za kilogram. Innowacyjność tego mocarnego w przetwarzaniu na więcej warte liliputa przejawia się jednak głównie w tworzeniu i obsłudze produktów finansowych oraz rajów podatkowych. Tuż za nim jest Holandia, która ma przemysł i usługi na najwyższym światowym poziomie, ale też konfekcjonuje, pakuje i rozsyła po bogatym świecie kwiaty sprowadzane z tzw. ciepłych krajów, zarabiając na tym nawet kilkadziesiąt razy więcej niż dostają za swoje róże kenijscy m.in. ogrodnicy.

Polska jest pod względem wydajności surowcowej w ogonie Europy. Z jednego kilograma materiałów uzyskujemy zaledwie 60 eurocentów. Od Holandii dzieli nas zatem ponad 6 długości, a od będących na 9. miejscu Niemiec prawie 3,5 długości. Wyprzedzamy w UE jedynie cztery kraje, co chwały polskiemu przemysłowi i usługom nie przynosi (im więcej drogich usług, tym wpływ przeróbki materiałów na rozmiary PKB mniejszy i wydajność surowcowa wyższa).

Infografika DG

Niska produktywność polskiej gospodarki jest przede wszystkim skutkiem ogromnych zaległości rozwojowych w wyniku II wojny i półwiecza księżycowej ekonomii w PRL. Ostatnie ćwierćwiecze nie należy do straconych, ale też odrobić mogliśmy znacznie więcej dystansu. Według danych OECD, wydajność Polaków liczona wartością PKB wytworzonego w ciągu jednej przepracowanej godziny wzrosła z 8,8 dolarów według parytetu siły nabywczej (PPP) w 1994 r. do 29,9 dol. w 2014 r., a więc 3,4 razy. Była to najwyższa poprawa w klubie państw bogatych i aspirujących do bogactwa.

W krótszym okresie (lata 2000-2014) nasze tempo poprawiania się spadło. Wzrost wydajności był w Polsce wolniejszy, bo zwiększyła się ona 2,23 razy. Daliśmy się wyprzedzić trzem państwom europejskim nie należącym do OECD: Rosji (wzrost trzykrotny), Litwie (prawie trzykrotny) i Łotwie (ponad dwuipółkrotny), a także trzem „klubowiczom” z naszego regionu: Estonii (wzrost 2,8 razy), Słowacji (2,4 razy) i Węgrom (2,33).

Za polskie zwolnienie w ostatnich latach odpowiada w jakiejś części tzw. efekt bazy. Otóż, dość łatwo skoczyć 1,5 metra, ale przeskoczenie 2 metrów wymaga treningu, samozaparcia i codziennego reżimu, np. żywieniowego. Polskie rządy zachowują się zaś jak rozkapryszony młodzian (od 1989 r. minęło ćwierć wieku), który zamiast treningu woli „koks”, np. w postaci mitycznego impulsu popytowego, chciałby już wreszcie „pożyć”, więc popuszcza pasa (budżetowego) i daje upust różnym (populistycznym) ciągotom. Rezultat jest taki, że odrabiamy wprawdzie dystans, ale jeśli porównywać wartości bezwzględne, to ciągle, pospołu z Chile i Meksykiem, zamykamy w OECD peleton. Nasze 30 dolarów PKB na godzinę pracy to jedna trzecia osiąganych w przewodzącym stawce Luksemburgu (92 dolary) i połowa wyniku notowanego w Niemczech (65 dolarów).

Ważnego kontekstu dostarcza Korea, gdzie tak mierzona produktywność wynosi jedynie 31 dolarów na godzinę pracy. Wynik niewiele lepszy od Polski nie oznacza jednak zacofania gospodarczego, lecz jest rezultatem przodownictwa w OECD pod względem liczby godzin przepracowanych przez pracownika w ciągu roku. Z 2124 godzinami Korea jest druga za Meksykiem (2228 godzin rocznie). Obie dane zestawione razem świadczą o tym, że Korea zawdzięcza swój niesłychany sukces gospodarczy nie tylko innowacjom, lecz również mrówczej pracowitości, dzięki której coraz częściej wygrywa światowy wyścig intelektualno-inżynierski.

Polacy też pracują bardzo długo – ponad 1900 godzin rocznie, podczas gdy nasi sąsiedzi zza Odry najkrócej w OECD (1371 godzin), z tym że Niemcy najpierw tworzą najwydajniejsze maszyny świata, a potem sami na nich pracują, tymczasem u nas najważniejszy jest przysłowiowy śrubokręt. O stanie ducha innowacyjności w Polsce i poprawie stanu polskiej gospodarki można zatem mówić, że mocni jesteśmy głównie w zawołaniach, apelach, hasłach i pocieszeniach, którymi tak uwielbiamy wycierać sobie gębę, bo to łatwiejsze niż sensowne ruszanie głową i rękami.

Na innowacje stać największych

Najpierw o kosztach dostępu do technologii i praktyki, dzięki którym pojawiłyby się kiedyś – być może – jakakolwiek istotniejsze, rodzime kompetencje innowacyjne.

Jednym z filarów współczesności jest coraz to bardziej filigranowy i mimo to wydajniejszy układ scalony zwany z angielska chipem. Dzięki nieustannemu postępowi w jego miniaturyzacji powszechne stały się np. smartfony. Dołączenie przez Polskę do grona państw, firm i zespołów doskonalących ten koncept wydaje się niemożliwe. Uruchomienie samej tylko wytwórni chipów kosztuje dziś ponad 6 mld dolarów, czyli tyle, ile wynieść mają w 2016 r. dochody polskiego budżetu z podatku dochodowego od przedsiębiorstw – PIT.

Chiny ogłosiły w 2014 r. program zgromadzenia 100 – 150 mld dolarów środków prywatnych i państwowych na wielki plan zbudowania własnego przemysłu półprzewodników. Rok później rząd dodał do tego kolejne zadanie – za 10 lat, tj. do 2025 r. 70 proc. chipów instalowanych w Chinach ma pochodzić z rodzimych wytwórni.  Nie wiadomo, czy plan zostanie wykonany, ale warto tu dodać, że od strony zysków to biznes bardzo kiepski. Prawdziwe pieniądze zarabiają na chipach praktycznie wyłącznie Koreańczycy z Samsunga i SK Hynix. Eksperci z McKinsey podali ostatnio, że w każdej dziedzinie związanej z chipami (kości pamięci lub procesory, projektowanie, wytwarzanie, konfekcjonowanie) tylko jedna, góra dwie firmy zgarniają wszystkie zyski, a reszta tylko traci pieniądze.

Zaledwie sto lat temu człowiek mógł jedynie patrzeć w niebo, a dziś każdy może patrzeć sobie z nieba na ziemię. Rozwój lotnictwa pokazuje jednocześnie jak rozkręca się spirala barier i kosztów. Bardzo biedna i zacofana Polska mogła przed drugą wojną światową zajmować dość dobre miejsce na mapie innowacyjności w lotnictwie, bo było ono jeszcze w powijakach, a postęp wymagał przede wszystkim sprawnych głów, przyrządów kreślarskich oraz prostych maszyn i narzędzi. Dzisiejsze samoloty kumulują natomiast większość współczesnych cudów techniki.

Najpopularniejszym rodzajem silnika w lotnictwie komunikacyjnym jest obecnie odrzutowy, turbowentylatorowy, dwuprzepływowy. Upraszczając, można powiedzieć, że siła odrzutu napędzająca samolot pasażerski zależy w dużym stopniu od długości łopat wirującego wentylatora, ale im dłuższe łopaty i większy silnik, tym potężnieją siły oddziałują na maszynerię i wyższe jest prawdopodobieństwo, że całość rozleci się w kawałki. Jeszcze w ubiegłym wieku firma Pratt & Witney uznała, że zwiększenie wydajności takich silników oraz zmniejszenie zużycia paliwa możliwe byłoby, gdyby konstrukcję uzupełnić o skrzynię biegów regulującą obroty wentylatora w zależności od fazy lotu i potrzeb. Zadanie było ogromne, bo skrzynia musiała ujarzmiać 30 tys. KM mocy wytwarzanej momentami przez takie silniki. Silniki ze skrzynią biegów są już dostępne – można je zamówić dla airbusów A320neo. Dzięki nim zużycie paliwa spada o 15 proc., co w przeliczeniu na jedną maszynę daje roczne oszczędności rzędu 1,5 mln dolarów.

Upowszechnienie tego rozwiązania stoi jednak pod znakiem zapytania, bo linie lotnicze podchodzą z wielką nieufnością do wszystkich dodatków mogących dodać kolejne rodzaje ryzyka do eksploatacji samolotów. Dla rozważań o warunkach innowacyjności istotne jest, że prace nad silnikiem ze skrzynią biegów (nazwa handlowa PurePower) trwały 20 lat, kosztowały firmę 10 mld dolarów, a nad Pratt & Witney stale ciąży ryzyko, że weszli ze swym konceptem w ślepą uliczkę.

Środki publiczne versus prywatne

Rozpracowanie zadania dotyczącego innowacyjności rozpoczynać należy zatem od źródeł pokrycia kosztów. Źródła mogą być publiczne (z podatków) i prywatne. Głębsze i wydajniejsze są te drugie, bo przy publicznych podstawowym priorytetem jest w polskiej rzeczywistości minimalizowanie ryzyka i/lub dokumentowanie należytej staranności przy jego unikaniu, bo za drzwiami laboratorium czai się inspektor NIK, a ewentualnie prokurator. Nie warto zatem ulegać mirażom szybkiej i skutecznej innowacyjności wszczepianej za publiczne pieniądze.

W Japonii i Korei Płd., tj. państwach uchodzących słusznie za najbardziej innowacyjne, aż trzy czwarte wydatków na badania i rozwój (B+R) pokrywane są przez sektor prywatny. Inna sprawa, że tu i tam sektor ten korzysta dość obficie ze wsparcia państwa, co jednak nie zmienia wymowy tych danych. Jeśli pominąć szczególny przypadek Chin (też trzy czwarte), to na trzecim miejscu była w 2015 r. Słowenia (68,4 proc.), a na czwartym miejscu Niemcy (65,4 proc.).

Są dwa jedynie państwa, w których aż trzy czwarte środków pochodzi z budżetu. Są to innowacyjne zuchy na opak, czyli Argentyna i Meksyk. Za nimi duży dystans i grupa na czele z Grecją, która wydawała na ten cel głównie pieniądze pożyczone – jak zdawało się Grekom – na „święty nigdy”.

Do absolutnych wyjątków należą państwa finansujące B+R w znaczniejszym stopniu z kapitału zagranicznego. Takim wyjątkiem jest Izrael (48,8 proc.) czerpiący ze związków z diasporą żydowską, ale także ze swoich wielkich sukcesów na polu rozwoju technologii. Udziałem zagranicznym wynoszącym jedną trzecią cieszy się Luksemburg, ale jest to bardziej efekt tamtejszego raju podatkowego niż rzeczywistej działalności badawczo-rozwojowej. Zauważalny udział środków zagranicznych w finansowaniu szeroko rozumianej innowacyjności w Czechach i na Słowacji jest zapewne skutkiem rozmiarów tamtejszych sektorów motoryzacyjnych będących własnością wielkich koncernów zachodnich i dalekowschodnich.

Polska jest w zestawieniach OECD znacznie gorzej niż przeciętniakiem. Na badania i rozwój przeznaczamy zaledwie 0,9 proc. PKB, a per capita 235 dolarów rocznie, tj. jedną siódmą tego co liderujący Szwajcarzy (1700 dolarów) i jedną szóstą wiceliderów z Korei i USA (po ponad 1400 dolarów). Nasze „dokonania” na polu finansowania innowacyjności dają nam wśród państw członkowskich OECD szóste miejsce od końca. Kapitał prywatny wykłada u nas na B+R 39 proc. całości środków, państwo – 45,2 proc., kapitał zagraniczny – 13,4 proc. (reszta to inne źródła krajowe).

Pełne zestawienia porównujące wydatki można znaleźć tutajtutaj.

Co nas powstrzymuje

Potencjał finansowy polskiego sektora przedsiębiorstw jest raczej mikry. Według NBP, w styczniu 2016 r. depozyty krajowych przedsiębiorstw w bankach wyniosły 237,1 mld zł, czyli zaledwie 60 mld dolarów. Jeden gigant innowacyjny – Apple ma na koncie już ponad 200 mld dolarów wolnych środków, tyle co całe jednoroczne PKB Czech.

Nie chodzi jednak o to, żeby żądać od polskiej gospodarki stawania w szranki z największymi mocarzami; gorzej że w grudniu 2008 r. depozyty polskich firm miały wartość 148 mld zł, a w grudniu 2010 r. – 183 mld zł. Minimalna inflacja ustąpiła ostatnio deflacji, więc spory wzrost wartości depozytów nasuwa wniosek o niskiej skłonności przedsiębiorstw do inwestowania, mimo że patrząc po wskaźnikach makroekonomicznych, nie dzieje się w Polsce źle. Co zatem wstrzymuje firmy przed ruszeniem po owoce, które kiedyś dojrzałyby, gdybyśmy zadbali o to inwestując więcej, odważniej i sprawniej?

Jest w tym spora doza generalizacji, ale firmy nie inwestują dość intensywnie lub skupiają się na prostym odtworzeniu majątku, gdy obawiają się przyszłości, gdyż nie wiedzą co wymyśli za chwilę państwo, żeby je najpierw postawić do pionu, a potem skrzętnie wydrenować. Nasze państwo potrzebuje zaś coraz więcej na górników, rolników i jakże wielu innych „pokrzywdzonych przez Balcerowicza i jego przybocznych”. A za chwilę będzie potrzebować na kolejne dodatki i przywileje  rozrzucane – jak marzył szef FED Ben „Helicopter” Bernanke – ze śmigłowca.

Długofalowe inwestycje, a takie są inwestycje z myślą o przyszłych i niepewnych korzyściach z innowacji wymagają poczucia pewnego jutra. Przedsiębiorstwa zaufają odleglejszej przyszłości, gdy doczekają się sprawnego i przewidywalnego systemu prawnego, żeby w rozsądnym tempie i trybie rozstrzygać spory nieuniknione w każdej działalności, a innowacyjnej w szczególności. Będą chętniej podejmować ryzyko inwestycyjne, gdy czytelne staną się reguły relacji z fiskusem, gdy przestanie je dręczyć nawałnica mętnego, kulawego i niespójnego prawa produkowanego na strzepnięcie palca. Gospodarka może być więc wyzwolona jak niegdysiejsi niewolnicy lub krępowana, by ją zniewolić, po to żeby słuchała tego, czy innego pana z jego widzimisię. To jest wybór podstawowy.

W oczekiwaniu na warunki optymalne, które sami sobie stworzymy, warto przyjrzeć się osiągnięciom króla zupy pomidorowej i ketchupu. Henry John Heinz zbił fortunę i zbudował koncern, który przetrwał półtora wieku w świetnej formie, bo pospolite rzeczy robił niepospolicie dobrze, powtarzając przy tym stale, że to jest właśnie droga do sukcesu. Jeśli nie stać na prawdziwe innowacje, lepiej skupić się na lepszej jakości – i cenie –  tego co robią inni.


Tagi


  • [ja!] pisze:

    Tak. To już kolejny bardzo dobry tekst, choć tym, co jest jego siłą (dane statystyczne), jest zarazem pewną jego słabością (schematyczność podejścia) — ekonomiczno–zdroworozsądkowo–statystyczne podejście do tematu wzrostu innowacyjności.
    ———————————————————————————————————————————————
    Tymczasem mówiąc do ludzi z umysłami zafałszowanymi przez PRL (grube, samoodnawiające się pokłady — memetyczna blokada zamkniętego obiegu PRL-owskich memów będących źródłem — poprzez samopotwierdzanie równie sfałszowanego otoczenia — absolutnego przekonania o własnej nieomylności [zawsze szczere zdziwienie, albo 1000 usprawiedliwień na pytanie, dlaczego rzeczywistość, choćby porównanie do liderów innowacyjności, nie potwierdzają owych urojeń]) niezbędne jest zawsze zaczynanie od podstawowych odpowiedzi na absolutnie kluczowe pytania.
    ———————————————————————————————————————————————
    Postęp nauki jest tak duży, że dziś odpowiedzi udziela… medycyna, w szczególności zaś neurobiologia. Dzięki temu wiemy, że ludzkie myślenie jest dobrem niezwykle rzadkim w przyrodzie, gdyż jest bardzo kosztowne, a zatem uruchamiane jest dopiero wówczas, gdy jest to absolutnie konieczne, po wypróbowaniu najpierw naprawdę wszystkich innych możliwości, z próbami stosowania imitacji prawdziwego myślenia włącznie.
    ———————————————————————————————————————————————
    W rezultacie same innowacje to rzecz, która jest wprowadzana jako ostatnia możliwa, gdy naprawdę nie da się już inaczej. Innowacja to wyzwanie rzucenia się na niepewność i ogromne ryzyko niepowodzenia, dlatego powstają one wyłącznie w środowisku maksymalnie konkurencyjnym — jedynie tam bez innowacji naprawdę nie da się już inaczej: bądź innowacyjny lub giń! Nigdy i nigdzie nie stworzy tego np. urzędnik dbający głównie o możliwość dorobienia na boku oraz bezpieczeństwo swoich własnych 4 liter…
    ———————————————————————————————————————————————
    Biorąc powyższe pod uwagę, mając w kraju wciąż jeszcze ogromną lukę cywilizacyjną, o wiele bardziej sensownym jest naturalny rozwój imitacyjny — niezwykle tanie kopiowanie cudzych innowacji przynoszących niemal pewne i niemal natychmiastowe zyski, zamiast karmienia przez urzędników kompletnie przez nich nierozumianego „bożka innowacyjności” stosami pieniędzy podatników, z których głównie powstają kolejne „stare rody”, a cała innowacyjność ogranicza się do kombinowania jak uszczknąć tych gigantycznych pieniędzy i nie wpaść.
    ———————————————————————————————————————————————
    Dopiero gdy wolny rynek idąc autentycznie optymalną ścieżką rozwoju (a nie teoretycznie, wg czyjegoś widzimisię) dojdzie do krawędzi możliwości imitacyjnego, sam w idealnym momencie, w najlepszy możliwy sposób i w dokładnie najlepszych miejscach zacznie sypać rynkowo odpowiednią innowacyjnością jak z rękawa. Praktycznie żaden zasób niezbędny do powstawania innowacyjności nie jest w zasięgu państwa i jego urzędników. Wymieńmy pokrótce:
    ———————————————————————————————————————————————
    ▌▌● 1. Rynkowy przymus powodowany dotarciem do granic możliwości rynkowych — przynależność do technologicznej czołówki światowej.
    ▌▌● 2. Zgoda na ponoszenie ogromnego ryzyka.
    ▌▌● 3. Wolność myślenia i podejmowania swobodnych decyzji.
    ▌▌● 4. Zapas czasu/stabilności otoczenia (polityczno-prawna niestabilność otoczenia makroekonomicznego jest odpowiednikiem oczekiwania, że biznes będzie generował innowacje rozwiązujące problemy stwarzane np. przez pogodę wyłącznie dzisiejszego dnia. Podobnie niestabilność makroekonomiczna generuje wyłącznie „biznesy 5-minutowe”, działające na zasadzie: „natychmiastowy zysk i w nogi!” (żadnych inwestycji! żadnych innowacji! [a państwowe „innowacje”, w tak zmiennym otoczeniu i przy całej swojej nieefektywności są z góry pieniędzmi wyrzuconymi w błoto]).
    ▌▌● 5. Myślenie wyłącznie potrzebami rynku.
    ▌▌● 6. Specjalistyczna wiedza dostępna jedynie liderom rynku.
    ▌▌● 7. Kapitał (wolna nadwyżka pozostająca po wykorzystaniu bardziej wydajnych możliwości).

  • silesius pisze:

    Redaktor Cipiur w świetnej formie jak zawsze. Jego publicystyka w epoce bełkotu gospodarczego rodem z PiS i PO jest nadzieją na edukację ekonomiczną społeczeństwa i lepszą przyszłość. Prosimy o więcej ! :-)

  • [ja!] pisze:

    Widzę, że na liście zabrakło jeszcze jednego czynnika, absolutnie kluczowego w rzeczywistości ostatnich lat, którego znaczenie może się już tylko nasilać, mianowicie kryterium czasu, szybkości działania — w krytycznym stopniu niedostępnych logice działań administracyjnych.
    ———————————————————————————————————————————————
    Dziś cały cykl życia produktu jest krótszy, niż proces jego wdrażania metodami urzędniczymi — innowacja wchodzi, zarabia, a chwilę później zabija ją nowa, jeszcze lepsza innowacja (pagery, strony WAP, odtwarzacze mp3, MySpace, netbooki, AOL, encyklopedie CD, elektroniczne translatory, długa, długa lista w niemal każdej współczesnej dziedzinie).
    ———————————————————————————————————————————————
    Tylko dzięki zmianie ekipy rządzącej mamy szansę na chwilę zajrzeć pod podszewkę do prawdziwej efektywności „wspierania innowacyjności” przez państwo — dowiedzieć się o milionowych zakupach sprzętu komputerowego, który jeszcze nierozpakowany — już nadaje się do wyrzucenia, czy o wielomilionowych „innowacyjnych” projektach informatycznych, które nie ujrzały (i zapewne już nigdy nie ujrzą) światła dziennego.
    ———————————————————————————————————————————————
    Patrząc na podobne „sukcesy” „państwowej innowacyjności” (cóż za oksymoron!), a nawet „sukcesy inaczej” państwowych projektów tylko imitacyjnych np. budowy elektrowni jądrowej, albo projektu Galileo, należy przypuszczać, iż gdyby państwowe konsorcjum dostało zadanie wymyślenia Facebooka (jeszcze przed jego powstaniem), to po przepaleniu pieniędzy porównywalnych z projektem Galileo, bądź kapitalizacją akcji Facebooka, już w 2020 roku ujrzałaby światło dzienne pierwsza, kompletnie niedziałająca strona testowa, by po latach sypania kolejnymi setkami milionów zyskać swoich pierwszych pięciu wiernych użytkowników.
    ———————————————————————————————————————————————
    Zatem jeszcze raz dla porządku — kluczowe czynniki rozwoju innowacyjności (niemal żaden z nich praktycznie niedostępny państwu i jego urzędnikom):
    ▌▌● 1. Rynkowy przymus powodowany dotarciem do granic wzrostu znacznie tańszymi i bardziej niezawodnymi metodami — przynależność do rynkowej czołówki światowej.
    ▌▌● 2. Zgoda na ponoszenie ogromnego ryzyka.
    ▌▌● 3. Wolność myślenia i podejmowania nieskrępowanych decyzji.
    ▌▌● 4. Myślenie wyłącznie potrzebami rynku.
    ▌▌● 5. Zapas czasu/stabilności otoczenia (polityczno-prawna niestabilność otoczenia makroekonomicznego jest odpowiednikiem oczekiwania, że biznes będzie generował innowacje rozwiązujące problemy stwarzane np. przez pogodę wyłącznie dzisiejszego dnia. Podobnie niestabilność makroekonomiczna generuje wyłącznie „biznesy 5-minutowe”, działające na zasadzie: „natychmiastowy zysk i w nogi!” (żadnych inwestycji! żadnych innowacji! [a państwowe „innowacje”, w tak zmiennym otoczeniu i przy całej swojej nieefektywności są z góry pieniędzmi wyrzuconymi w błoto]).
    ▌▌● 6. Kryterium pierwszeństwa i kryterium czasu — całkowicie nieosiągalne w logice działań administracyjnych.
    ▌▌● 7. Specjalistyczna wiedza dostępna jedynie liderom rynku.
    ▌▌● 8. Bezpieczeństwo prawne ochrony innowacji — koszt, szybkość i skuteczność jej egzekucji w sądzie i przez komorników.
    ▌▌● 9. Kapitał (wolna nadwyżka pozostająca po wykorzystaniu bardziej wydajnych możliwości).

  • Krzysztof pisze:

    Polecam grupę na FB o patologiach w polskiej nauce:

    WYCIĄGANIE GRANTÓW NA PSEUDONAUKOWE BADANIA

Dodaj komentarz


8 + = szesnaście

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane