• Witold Kwaśnicki

Niebezpieczny Piketty w odwrocie

05.12.2015
Od półtora roku nie gasną emocje wokół książki Kapitał XXI w. Zmasowana krytyka tez Thomasa Piketty’ego zaczęła wpływać na jego poglądy i łagodzić pierwotne stanowisko. Mleko się jednak rozlało. Marksiści i socjaliści już stale będą powoływać się na książkę Piketty’ego, nie zważając na jego późniejsze publikacje, ani nie przyjmując uwag krytyków jego teorii.

Thomas Piketty "Kapitał w XXI wieku" (Fot. Wydawnictwo Krytyki Politycznej)


O książce Thomasa Piketty’ego Kapitał w XXI wieku stało się głośno po opublikowaniu jej angielskiego tłumaczenia w marcu 2014 r. Oryginalne francuskie wydanie ukazało się w 2013 roku, a polskie tłumaczenie w 2015 r.

Początkowo książka spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem, sprzedawała się jak ciepłe bułeczki, przez pierwsze miesiące było w modzie pokazać się, że się ją kupiło (podobno na świecie sprzedano ponad 1,5 mln egzemplarzy). Czy jednak tylu ludzi ją przeczytało? Wiele wskazuje na to, że nie. Te moje prywatne obserwacje zgodne są ze statystykami czytania zakupionych na Amazon.com książek w formacie Kindla – książka Piketty’ego znajduje się na szarym końcu tych niedoczytanych.

To przypomina mi historię jakiej doświadczyłem będąc studentem na początku lat 70. ubiegłego wieku. W 1969 roku wydana została w Polsce książka Jamesa Joyce’a Ulisses (równie gruba i trudna w odbiorze jak książka Piketty’ego; tłumaczenie Ulissesa zajęło Maciejowi Słomczyńskiemu 13 lat). Posiadanie Ulissesa było wtedy w modzie. We Wrocławiu, gdzie wtedy studiowałem, wciąż widziałem ludzi chodzących z tą książką, ale powszechnie wiedziano, że tylko niewielu ją przeczytało. Wydaje się, że podobnie jest z książką Piketty’ego.

Są jednak tacy co przeczytali (choć niektórzy przyznają się, że zajęło to im szmat czasu – Jeffrey Frankel pisze, że zajęło mu to 5 miesięcy). Po entuzjastycznej fali zachwytu nad książką Piketty’ego (publicysta Rafał Woś, czy prof. Elżbieta Mączyńska), coraz częściej zaczęły się pojawiać krytyczne głosy o książce Piketty’ego.

W ogromnym skrócie, najważniejsze tezy książki Piketty’ego to tzw. dwa fundamentalne prawa kapitalizmu. Pierwsze:

Natomiast tzw. drugie fundamentalne prawo kapitalizmu Thomas Piketty opisuje tak:

(Thomas Piketty Kapitał w XXI wieku, str. 70-75, wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2015)

 

Całość rozważań Piketty’ego sprowadza się do tego, co przytaczane jest najczęściej w dyskusji (zwłaszcza publicystycznej) wokół jego książki i stało się symbolem „teorii Piketty’ego”, mianowicie, że stopa zwrotu z kapitału przewyższa stopę wzrostu gospodarczego, czyli r>g (co Piketty nazywa „siłą podstawowej dywergencji”). Zatem, zdaniem Piketty’ego, nieuchronny jest stale zwiększający się poziom nierówności dochodowej i majątkowej w społeczeństwie kapitalistycznym. Tego też najczęściej dotyczy krytyka. Nie sposób wszystkich tych krytycznych głosów przedstawić, ograniczę się jedynie do przedstawienia kilku.

Chris Giles w artykule  opublikowanym 23 maja 2014 roku w Financial Times przedstawił wiele zasadniczych błędów dotyczących danych w modelach Piketty’ego. Giles wykazał m.in., że dane, które zamieszcza Piketty, są inne niż w źródłach, na które się powołuje. Skorygowane przez Gilesa wykresy pokazują, że np. w przypadku Wielkiej Brytanii, Europy i Stanów Zjednoczonych, w ostatnich 50 latach nierówności nie rosły (tak jak to sugeruje Piketty), ale malały.

Martin Feldstein w artykule w Wall Street Journal 14 maja 2014 r., stwierdza, że „dane zaprezentowane przez Piketty’ego nie pasują do siebie”, a Alan Reynolds w artykule opublikowanym w tym samym dzienniku kilka tygodni później zadaje pytanie „Dlaczego dane Piketty’ego dotyczące bogactwa są bezwartościowe?”. Mark Gongloff na stronach Huffington Post stwierdza, że „dane Thomasa Piketty’ego dotyczące nierówności zawierają „niewyjaśnione błędy”. Natomiast Phillip Magness w doskonale udokumentowanym artykule, przyglądając się danym używanym przez Piketty’ego, dochodzi do wniosku, że Piketty tak długo torturował swoje dane aż w końcu wyszło mu to czego oczekiwał.

Wydaje mi się, że naturalnym oczekiwaniem jest, by w książce ekonomisty mającej w tytule „Kapitał” powinna znaleźć się solidna definicja kapitału i, choćby krótka, dyskusja o tym, jak różnie kapitał rozumiany jest przez różnych ekonomistów. Tymczasem w książce Piketty’ego nie znajdujemy opisu czym dla niego jest kapitał. Za takowy trudno uznać bardzo ogólne uwagi w sekcji zatytułowanej „Co to jest kapitał”. Thomas Piketty sam dyskredytuje się jako ekonomista pisząc: „Dla uproszczenia wykładu będziemy używać słów ”kapitał” i „majątek” wymiennie jako synonimów”. Gdyby student na egzaminie powiedział mi coś takiego, z pewnością dostałby dwóję. Dlatego zgadzam się z opinią George Reismana, że „choć rzekomo książka poświęcona jest studium kapitału i jego stopie zwrotu, Piketty podchodzi do tematu najwidoczniej nie przeczytawszy uprzednio ani jednej strony twórczości Ludwika von Misesa czy Eugena von Böhm-Bawerka, dwóch wiodących teoretyków w tej dziedzinie.”

W książce nie ma ani jednego nawiązania do któregokolwiek z tych autorów. Jest jednak aż 70 odniesień do twórczości Karola Marksa. Eugen von Böhm-Bawerk, napisał „Kapitał i zysk z kapitału”, jako kontynuację i uzupełnienie teorii Carla Mengera. Pisząc o kapitale trudno nie odnieść się do tego monumentalnego dzieła (nawet dla ekonomisty spoza kręgu szkoły austriackiej). >>Polskie tłumaczenie pierwszego tomu

George Reisman rozwinął swoje krytyczne uwagi o książce Piketty’ego i umieścił je na swoim blogu pod znamiennym tytułem Kapitał Piketty’ego: Zła teoria/Destrukcyjny programCurtis S. Dubay i Salim Furth podważają natomiast zasadność założeń stosowanych przez Piketty’ego w jego modelach. Jednym z tych założeń jest stałość stopy oszczędności. Prowadzi to do wniosku, że bogaci za mało wydają, co powoduje, że popyt w gospodarce nie nadąża za produkcją.

Dubay i Furth zwracają uwagę na to, że ta podstawowa i najczęściej cytowana relacja Piketty’ego  r>g (stopa zwrotu z kapitału jest większa niż stopa wzrostu gospodarczego) była znana od dawna i wcale nie musi być przyczyną rosnących nierówności. Powołują się oni na badania Larry’ego Summersa, byłego sekretarza skarbu za prezydentury Billa Clintona i doradcy Baracka Obamy, z których wynika, że bogaci wydają wystarczająco dużo, by skonsumować w ten sposób swoje dochody z inwestycji.

W opublikowanym niedawno wydaniach Cato Journal (Vol. 35, No. 1, Winter 2015 oraz No. 3, Fall 2015) także znajdujemy kilka bardzo ciekawych analiz odnoszących się do książki Piketty’ego. Thomas H. Mayor w artykule Income Inequality: Piketty and the Neo-Marxist Revival także wykazują błędność tezy, że r>g prowadzi do większej nierówności dochodów. Zwraca on uwagę, że u Piketty’ego stopa zwrotu z kapitału r nie mierzy faktycznego tempa wzrostu kapitału, ponieważ nie bierze pod uwagę takich czynników jak:

  1.  wydatki inwestycyjne,
  2. podatki płacone od dochodów z inwestycji,
  3. indywidualne spożycie z tegoż dochodu,
  4. wydatki na cele charytatywne.

W jesiennym wydaniu Cato Journal, Robert Arnott, William Bernstein i Lillian Wu rozprawiają się z „mitem dynastycznego bogactwa” i wykazują, że, wbrew temu co twierdzi Piketty, bogaci stają się biedniejsi. Natomiast Robert C. Jones wykazuje ogrom błędów poczynionych przez Piketty’ego z punktu widzenia współczesnej teorii finansów i rynku finansowego.

By nie powstało wrażenie, że zbyt często powołuję się na zwolenników liberalizmu wskażę również na dwie potężne krytyki pracy Thomasa Piketty’ego dokonane przez znanych ekonomistów głównego nurtu. Per Krusell i Anthony A. Smith, używając neoklasycznych argumentów, sieją poważne wątpliwości czy sformułowane przez Piketty’ego tzw. „drugie prawo kapitalizmu” jest naprawdę tak fundamentalne. Daron Acemoglu i James A. Robinson, znani w Polsce m.in. z książki Dlaczego narody przegrywają, w opublikowanym niedawno artykule w Journal of Economic Perspectives pt. Powstanie i upadek ogólnych praw kapitalizmu, wykazują, że zarówno podejście Piketty’ego do problemu nierówności, jak i wyznawana przez niego teoria ekonomii są niewłaściwe. Dochodzą oni do wniosku, że sformułowane przez Piketty’ego „ogólne prawa mają niewielką moc wyjaśniającą”.

Powinniśmy spojrzeć na kapitalizm, jak na kolarski peleton, z którego od czasu do czasu wyrywają się ci, co są bardziej przebiegli, silniejsi, mający siłę przywódczą (to ten jeden procent najbogatszych). Na nich skupia się Piketty.

Nie zwraca uwagi na „ogon peletonu”, który jest bardzo istotny, który w ostatnich 200 czy 300 latach wzbogacił się w nie mniejszym stopniu niż ci bogaci. Jak pokazuje doświadczenie kolarskie, ale też doświadczenie z rozwoju kapitalizmu (chociażby prace Simona Kuznietsa) nawet koniec peletonu bardzo często dogania czołówkę i na metę wjeżdżają wszyscy razem.

Także na łamach Obserwatora Finansowego ukazało się wiele artykułów wskazujących na słabości teorii Piketty’ego. Przed rokiem w artykule Piketty i jego rentierzy książkę skrytykował Jeffrey Frankel. Piotr Aleksandrowicz przywołał zaś punkt widzenia znanego ekonomisty z Ameryki Południowej Hernanda de Soto, specjalizującego się w analizach problemów rozwojowych w krajach zwanych kiedyś krajami III świata.

Wszystkie te krytyki wydają się docierać do Thomasa Piketty’ego i wpływać na jego poglądy. W dwóch opublikowanych przez niego w 2015 roku artykułach About Capital in the Twenty-First Century oraz Putting Distribution Back at the Center of Economics Reflections on Capital in the Twenty-First Century znajdujemy wiele sformułowań wyrażających jego coraz bardziej ostrożne i miękkie stanowisko, a nawet wycofywanie się z pewnych sformułowań zawartych w „Kapitale w XXI wieku”. Chciałoby się powiedzieć: cóż z tego? Mleko się rozlało i wszelakiej maści marksiści i socjaliści już stale będą powoływać się na książkę Piketty’ego, nie odwołując się do jego późniejszych publikacji i nie przyznając racji krytykom teorii Piketty’ego.

W pierwszym artykule znajdujemy takie sformułowania jak: „Podkreślam, od początku, że dysponujemy zbyt małą liczbą danych historycznych, aby móc wyciągać jakieś ostateczne wnioski i sądy”, „Nie uważam r>g jako jedynego lub nawet podstawowego narzędzia pomocnego do analizy zmiany dochodów i bogactwa w XX wieku, lub do prognozowania ścieżki nierówności w dwudziestym pierwszym wieku. Z pewnością nie wierzę, że r>g jest użytecznym narzędziem do dyskusji o rosnące nierówności dochodów z pracy: inne mechanizmy i zasady są tutaj znacznie bardziej istotne. (…) Pozwólcie mi najpierw powiedzieć bardzo wyraźnie, że r>g pewnością nie jest problemem samym w sobie. Rzeczywiście, nierówność r>g odnosi się do równowagi w stanie ustalonym z najbardziej popularnych modeli ekonomicznych, w tym modeli reprezentatywnego agenta, gdzie każdy jest właścicielem równej części kapitału akcyjnego. (…) Więc jaki jest związek między r-g i nierównością bogactwa? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wprowadzić dodatkowe składniki do podstawowego modelu tak by nierówność wynikała w pierwszej kolejności. (…) Optymalne formuły podatkowe stają się dość skomplikowane i trudne do kalibracji. W mojej książce proponuję prostą regułę po to by myśleć o optymalnych stawek podatkowych dotyczących bogactwa”.

Natomiast w drugim artykule Piketty, częściowo powtarzając się, pisze m.in.: „(…) sposób, w jaki dostrzegam związek między r>g oraz nierówności bogactwa często nie jest poprawnie rozumiane w dyskusji wokół mojej książki, nawet w dyskusjach zawodowych ekonomistów. Nie uważam r>g jako jedynego lub nawet podstawowego narzędzia pomocnego w rozważaniach dotyczących zmiany dochodów i bogactwa w XX wieku, lub do prognozowania ścieżki nierówności dochodu i majątku w XXI wieku. Zmiany instytucjonalne i szoki polityczne – które możemy w dużym stopniu uznać za endogeniczne względem zjawiska nierówności i procesu rozwoju jako takiego – odegrały ważną rolę w przeszłości, i prawdopodobnie ich wpływ utrzyma się w przyszłości. Ponadto, na pewno nie wierzę, że r>g jest użytecznym narzędziem do dyskusji o rosnącej nierówności dochodów z pracy – inne mechanizmy i zasady są znacznie bardziej istotne, na przykład, popyt i podaż w sferze umiejętności i edukacji. Jednym z moich głównych wniosków jest to, że istnieje znaczna niepewność co do tego jak nierówności dochodów i bogactwa mogą wzrosnąć w XXI wieku, oraz to, że potrzebujemy większej przejrzystości i lepszej informacji na temat dynamiki dochodów i bogactwa tak, by można było dostosować politykę i instytucje do zmieniającego się środowiska. (…) Nieustannie odnoszę się do wielu innych instytucji i polityk publicznych, które odgrywają znaczącą rolę w analizie historycznej dynamiki nierówności w okresie ostatnich trzech stuleci, w ponad 20 krajach.

Podkreślam znaczenie instytucji edukacyjnych (w szczególności odnośnie równego dostępu do reprezentujących wysoki poziom szkół i uniwersytetów) oraz instytucji fiskalnych (zwłaszcza chaotycznego, progresywnego opodatkowania dochodów, spadków i bogactwa). Inne przykłady istotnych czynników to: rozwój nowoczesnego państwa opiekuńczego; systemy monetarne, centralna bankowość i inflacja; reguły panujące na rynku pracy, płace minimalne i układy zbiorowe; praca przymusowa (niewolnictwo); kolonializm, wojny i rewolucje; wywłaszczenia, fizyczne zniszczenie i prywatyzacje; zarządzanie korporacyjne i prawa udziałowców; czynsze i kontrola cen (takie jak zakaz lub ograniczenia lichwy); deregulacja sektora finansów i przepływy kapitałowe; polityka handlowa; zasady dziedziczenia i majątkowe ustroje prawne; polityka płodności; i wiele innych. (…) Różnica między r i g z pewnością nie jest jedynym istotnym mechanizmem analizy dynamiki bogactwa nierówności. (…) Ponadto, pogląd, że stopa zwrotu z kapitału r jest stale wyższe niż tempo wzrostu gospodarczego g sam w sobie nie mówi nic o nierównościach majątkowych.

Książka Piketty’ego jest nudna i ciężka do czytania, jest po prostu przegadana. Nawet odwołania do Balzaka nie czynią ją interesującą. W jednym z paneli dyskusyjnych o książce Piketty’ego do którego zostałem zaproszony, brał udział prof. Ryszard Bugaj (chyba przez przypadek obaj siedzieliśmy po skrajnych stronach stołu, co wydało mi się dosyć symboliczne). Profesor Bugaj powiedział, że zastanawia się nad tym czy książka Piketty’ego nie odegra podobnej roli, jak słynna książka Johna Maynarda Keynesa „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza”. Pomyślałem sobie wtedy: „No tak, przy obu, czytając je, przeżywałem podobne katusze. Oby tak się nie stało i książka Piketty’ego nie uzyskała status książki Keynesa, bo jeśli tak będzie, to wyrządzi ona takie same szkody”.

Daleko ważniejsze jest jednak to, że książka Piketty’ego jest intelektualnie niebezpieczna, bo przekazuje błędne przekonania w otoczce dużej liczby danych, sprawiających wrażenie naukowości. Używając określenia Frédérica Bastiata i Henry Hazlitt jest to doskonały przykład złej ekonomii, która proponuje „drogę na skróty” i proste odpowiedzi na skomplikowane problemy. Odważę się postawić tezę, że z proponowanych przez Piketty’ego „fundamentalnych praw kapitalizmu” zostanie tyle, co na przykład z tzw. spiżowego prawa płacy – historia pokaże, że są one nieprawdziwe, a interesować się nimi będą jedynie historycy myśli ekonomicznej.

W każdej sytuacji staram się znaleźć jakieś pozytywne strony. Dlatego pozwolę sobie na odrobinę optymizmu. Można potraktować książkę Piketty’ego jako prognozę ostrzegawczą, tak, jak to stało się z prognozami Malthusa w jego teorii ludnościowej, czy pierwszym raportem dla Klubu Rzymskiego pt. „Granice wzrostu”. Warunek jest jednak jeden, musimy być tego świadomi! Prognoza jest zła, ale może mieć pozytywne efekty w sferze zmiany świadomości ludzi. W długim okresie, spokojna, krytyczna dyskusja może być pożyteczna.

Dlaczego ludzie tak bardzo nie lubią, kiedy inni bogacą się oferując im produkty i usługi, które z chęcią kupują? Dlaczego akceptują to, że ogromne pieniądze są w dyspozycji instytucji publicznych (np. ZUS), które marnują te pieniądze, a sprzeciwiają się temu, by Carnegie, Rockefelerowie, Morganowie, Czarneccy, Filipiakowie, Brzoskowie posiadali duże pieniądze, pomnażali je i wykorzystywali dla dobra społeczeństwa? Dlaczego nie akceptują poglądu – mającego swe korzenie w początkach XVIII wieku (dość wspomnieć opublikowaną w 1714 roku „Bajkę o pszczołach” Bernarda de Mandeville „Fable of the Bees: or, Private Vices, Public Benefits”, pol.: Bajka o pszczołach, czyli wady prywatne – zyskiem publicznym) – że w warunkach rynkowych dbałość o własny interes (widoczna w generowaniu zysku) przekształca się w korzyści społeczne.

Zróbmy pewien eksperyment myślowy. Mamy dwa społeczeństwa. Jedno społeczeństwo stawia na cel egalitaryzm – tam rozrzut pomiędzy bogatymi i biednymi jest niewielki. W drugim społeczeństwie ten rozrzut jest bardzo duży. Oczywiście, to egalitarne społeczeństwo w analizie statycznej jest bardzo sprawiedliwe, lepsze itd. Natomiast zapominamy, że to jest system dynamiczny i powinniśmy patrzeć, co się będzie działo przez kolejnych 50 lat.

Co się po takim czasie okazuje? Obydwa społeczeństwa rozwijały się całkiem dobrze. Pierwsze społeczeństwo egalitarne rozwijało się średnio w tempie 2 procent rocznie. Społeczeństwo nieegalitarne rozwijało się szybciej tylko o 1 procent – w tempie 3 procent. Po 50 latach to daje o 40 proc. większe PKB. W którym społeczeństwie jest lepiej żyć? W tym egalitarnym (np. Korea Północna, Niemcy Wschodnie, Białoruś), kiedy ten trochę biedniejszy nie ma wielkich powodów by zazdrościć temu bogatszemu, czy w tym tzw. niesprawiedliwym (np. Korea Południowa, RFN, Estonia), kiedy ten biedniejszy patrzy z zazdrością na tego bogatego, ale i tak ma więcej niż ci w społeczeństwie egalitarnym?

W tym kontekście wspomnę bardzo krótko o dwóch postaciach: żyjącym ponad sto lat temu Thomasie Edisonie i zmarłym w 2013 roku George’u Mitchellu. Edison znany jest przede wszystkim z wynalezienia żarówki, ale gdyby nie jego ogromne pieniądze (zarobione na wielu innych wynalazkach) z pewnością elektryfikacja przebiegałaby inaczej, a na pewno wolniej. To on zaangażował swój ogromny prywatny kapitał w zbudowanie pierwszych elektrowni, zelektryfikowanie Manhattanu – przekopanie wszystkich ulic Manhattanu po to, by dostarczyć elektryczność do każdego domu (w 1892 roku założył Edison Electric Light Company, która w 1911 roku przekształciła się w istniejącą do dzisiaj General Electric). Elektryfikacja uznana została przez inżynierów amerykańskich za największą innowację XX wieku.

Mitchell był synem greckich imigrantów, jest przykładem tzw. self-made mana. Jego majątek w 2013 roku szacowano na ok. 2 mld dolarów, doszedł do niego własną pracą, a dorobił się go głównie jako niezależny producent ropy i gazu. Jego firma Mitchell Energy & Development Corp. jest na liście 500 największych przedsiębiorstw Fortune 500. Na cele charytatywne i różnego rodzaju programy obywatelskie (np. edukacyjne) wydał ponad 400 mln dolarów (większość w ramach Cynthia and George Mitchell Foundation). Wydał także miliony dolarów z własnych pieniędzy próbując opracować metodę ekstrakcji ropy i gazu skał łupkowych i to w okresie, kiedy praktycznie wszyscy zrezygnowali z tego wyścigu, nie wierząc w możliwość opracowania opłacalnej metody wydobycia gazu łupkowego. W roku 1998 roku , a miał wtedy 79 lat, jego firma w końcu opracowała przełomową technologię, która doprowadził do obecnego boomu. Jak się szacuje, dzięki jego technologii amerykańskie społeczeństwo zyskało ponad bilion dolarów.

Warto zauważyć, że większość łupkowych zasobów gazu i ropy jest poza granicami Stanów Zjednoczonych, zatem korzyści dla całego świata będą prawdopodobnie wielokrotnie wyższe. Wydanie milionów dolarów na poszukuje odpowiedniej technologii było bardzo ryzykowne, ale zapewne opłaciło się Mitchellowi. Z całą jednak pewnością można powiedzieć, że w stosunku do korzyści całego społeczeństwa, sam Mitchell i jego zespół inżynierów otrzymali bardzo niewiele w zamian. On zbudował biznes, ale inni ludzie otrzymali korzyści.

Doświadczenie Mitchella nie jest czymś wyjątkowym, to przecież naturalna strona aktywności rynkowej, kapitalizmu. Twórcy nowoczesnego świata, od czasów Rewolucji przemysłowej końca XVIII wieku, zazwyczaj otrzymywali znikomo małą ilość bogactwa, jakie tworzyli.

Prof. Witold Kwaśnicki jest kierownikiem Zakładu Ogólnej Teorii Ekonomii na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Jego zainteresowania badawcze to ekonomia ewolucyjna, procesy innowacyjne, teoria wzrostu gospodarczego, historia myśli ekonomicznej. Autor trzech książek i wielu artykułów.


Tagi


  • [ja!] pisze:

    „Dlaczego ludzie tak bardzo nie lubią, kiedy inni bogacą się oferując im produkty i usługi, które z chęcią kupują? Dlaczego akceptują to, że ogromne pieniądze są w dyspozycji instytucji publicznych (np. ZUS), które marnują te pieniądze, a sprzeciwiają się temu, by Carnegie, Rockefelerowie, Morganowie, Czarneccy, Filipiakowie, Brzoskowie posiadali duże pieniądze, pomnażali je i wykorzystywali dla dobra społeczeństwa?”
    ———————————————————————————————————————————————
    To akurat jedno z najprostszych pytań, dlatego na nie odpowiem. Za tę ułomność odpowiada błąd ludzkiej psychologii — każdego innego człowieka jesteśmy traktować jako „takiego mnie” (wręcz posuwamy się w tym daleko za daleko, stosując projekcję i wszystkich innych traktując jak nas samych, o takim samym umyśle, możliwościach, motywacjach…), natomiast państwo i jego instytucje — twory ludzi, tracą ten ludzki wymiar. No i to porównanie do osób, które odniosły sukces jest bardzo nieprzyjemne, gdy się bardziej w nie zagłębiać — staje się czasem wręcz nie do wytrzymania, w skrajnych wypadkach motywując do zabójstw, czy wręcz tworzenia ideologii dla terroryzmu (— „Grab zagrabione!”), a w powszechnej normie ten ból łagodzony jest fałszywą atrybucją większości nakładającej na ludzi sukcesu jak najgorsze wytłumaczenia tego faktu. To pozwala poczuć się lepiej, pozbyć się bólu. Ta liczna grupa o fałszywej świadomości jest zarazem klientelą ugrupowań lewicowych i lewicowych ekonomistów najlepiej trafiających w proste objaśnienia rzeczywistości swojej klienteli (— „Trzeba ludziom rozdać pieniądze, dużo pieniędzy, to stworzą popyt, dzięki któremu wzrost gospodarczy będzie jeszcze większy!”).
    ———————————————————————————————————————————————
    Nie-ludzie na tyle tracą atrybut swojego ludzkiego pochodzenia, że nieprzypadkiem producenci — kiedy im to wygodne — starają się wręcz „uczłowieczać” swoje produkty, nadawać twarz nie tylko zabawkom, ale i samochodom itp. produktom, dzięki którym dostają one opiekę, przywiązanie i emocje, jakie należne byłyby samym ludziom.
    ———————————————————————————————————————————————
    Aby trwać w tym wielce korzystnym dla nielicznej elity władzy stanie własność państwowa za część posiadanych środków każdego dnia kształtuje umysły posiadanych przez siebie obywateli. Proces zaczyna się już od przedszkola, szkoły, a następnie trwa przez miejsca pracy, codzienne zarządzanie życiem i rozrywkami organizowanymi za część zabranych pieniędzy oraz codzienną opłaconą propagandę.
    ———————————————————————————————————————————————
    Dodatkowo, dzięki korzystnemu sprzężeniu zwrotnemu udało się przerobić ludzi na kibiców danego państwa, podobnie jak klubów sportowych, które podobnie konkurują z innymi państwami — ich bogactwo w tym momencie staje się wręcz pożądane, tym bardziej, że następuje psychologiczne poczucie współwłasności obywatela z państwem (przy jednocześnie zerowym faktycznym współdecydowaniu). Jak działa psychologia można lepiej zrozumieć obserwując byty pośrednie — idoli mas, którzy mimo że są ludźmi, to mogą być obłędnie bogaci i nie będzie budzić to większych oporów ze strony ich fanów i wyznawców.
    ———————————————————————————————————————————————
    ———————————————————————————————————————————————
    „szybciej tylko o 1 procent” — szybciej o 1 pp.
    ———————————————————————————————————————————————
    „Po 50 latach to daje o 40 proc. większe PKB.” — mnie na szybko wyszło jeszcze większe: +63% (egalitarne o 39% MNIEJSZE od wolnorynkowego) — przy przewadze +1 p% po 50 latach procentu składanego różnica wręcz MUSI BYĆ WIĘKSZA od +50%.

  • Aleksander Piński pisze:

    A skąd założenie, że wzrost nierówności powoduje wyższy wzrost gospodarczy? Z najnowszych badań OECD wynika coś dokładnie przeciwnego. Średnio wzrost wskaźnika Ginii o 3 pkt powodował w ciągu ostatnich 20 lat spadek średniego rocznego wzrostu PKB o 0,35 proc. Analitycy OECD podają, że na przykład PKB Wielkiej Brytanii jest ze względu na wzrost nierówności 9 proc. niższy, niż byłby, gdyby nierówności nie wzrosły.

  • ms pisze:

    Artykuł jest niezwykle, wręcz oburzająco jednostronny. Autor ogranicza się do wyliczenia krytyk Piketty’ego nie wspominając nic o odpowiedziach autora na poszczególne zarzuty (jak np. dotyczące artykułu w FT: http://www.voxeu.org/article/factual-response-ft-s-fact-checking). Ponadto, dziwią określenia o „pozorze naukowości” wobec autora regularnie piszącego do najbardziej prestiżowych periodyków ekonomicznych o restrykcyjnym poziomie selekcji przez prof. Kwaśnickiego, którego artykuły „naukowe” (przejrzałem kilka ostatnich lat) nawet nie otarły się o ten poziom i zasypują polskie, nieczytane czasopisma lub dość „egzotyczne” periodyki zagraniczne w stylu Zhurnal Economicheskoj Theorii. Kończący „eksperyment myślowy” jest dobrany z żenującymi przykładami (Koree) podczas gdy oś sporu (egalitaryzm vs. duże nierówności) przebiega raczej na linii Dania vs. USA. W Namibii też są duże nierówności dochodowe, ale wolałem nie przeciwstawiać tego Szwecji.

  • zenek pisze:

    ZUS nie marnuje tylko ma bardzo niskie koszty, o wiele niższe procentowo niż OFE, mimo że ZUS robi więcej niż OFE, wypłąca emerytury, organizuje badania, komisje lekarskie i 100 innych rzeczy

    Skąd założenie że PKB rosnie wolniej w krajach egalitarnych? A szwecja?

    „Calvin B. Hoover w tekście z 1957 r. pisał, że co prawda oficjalne radzieckie statystyki gospodarcze są fałszowane, ale i tak „Związek Radziecki notował wzrost gospodarczy dwa razy wyższy niż jakikolwiek kapitalistyczny kraj kiedykolwiek osiągnął w dłuższym okresie i trzy razy wyższy, niż średnie tempo wzrostu PKB USA”

    „Jak pisze Paul Bairoch w wydanej w 1981 r. książce „The Main Trends In National Economic Disparities Since The Industrial Revolution” w latach 1925–1929 PNB (Produkt Narodowy Brutto) rósł średnio o 6 proc. rocznie, a w latach 1929–1938 – o 4,3 proc. (dane z zachodnich szacunków, nie ze stalinowskiej propagandy). Był to w tym czasie najlepszy wynik na świecie (a trzeba pamiętać, że zawierał w sobie okres Wielkiego Kryzysu, w czasie którego PKB w wielu krajach spadał). Dla porównania Niemcy postrzegane wówczas jako prymus gospodarczy (chwalił je nawet Winston Churchill) rozwijały się w tempie odpowiednio: 2,4 proc. i 4,2 proc., USA zaś: 2,3 proc. i -1,3 proc., natomiast Francja: 2 proc. – 0,4 proc.
    Po zakończeniu wojny tempo wzrostu nie słabło. Słynny brytyjski historyk ekonomii Angus Madison (1926–2010) podawał, że w latach 1928–1970 Związek Radziecki rósł najszybciej na świecie (zaraz po Japonii). „

  • […] zostaną pewne warunki, to żadna osoba lub grupa osób nie jest w stanie kontrolować rynku. Prof. Witold Kwaśnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego zaznaczył, że przez całą swą historię ludzkość była biedna i […]

  • JerzyB pisze:

    Słusznie panie profesorze, wymienione tutaj kraje egalitarne Korea Północna, Niemcy Wschodnie, Białoruś jest równie uprawnione jak wymienianie krajów gdzie panuję wolnośc gospodarcza w kolejności Somalia, Haiti oraz Burkina Faso. Nie jestem ekonomistą, ale mogą potwierdzieć, że Pikettego czyta się cieżko, z lubością podkreśla pan, ile to razy cytował Marksa ale zarazem pomija pan fakt, że często go krytykuję, co pasuje do teza przyjętej przez pana o tym, że jest to książka dla Marksistów oraz socjalistów. Mówi pan o korzyściach płynących z kapitalizmu sugerując, że Piketty liczy na jego upadek, co nie jest prawdą. Nawet Lech Wałęsa rozumie, że dzisiejszy krytycy kapitaluzmu nie chcą obalać systemu, tylko go zmieniać. Troche wstyd, że rozumie to gość, który nie przeczytał w życiu żadnej książki, a pan nie. Wspomina pan o fruktach płynących od ludzi tworzących nowe innowacje. To piękne. A czy korzystają przy tym z tego co tworzy państwo? Przychodzą mi na myśl chociażby Uniwersytety, gdzie znajduja naukowców, którzy są w stanie pomysły ludzi z pomysłem i pieniędzmi przekuć w rzeczywistośc. Pomija pan także fakt negatywnych konsekwencji dla wszystkich (nie tylko bogatych) Przypomnie Zatoke Meksykańską. Myśli pan, że rybołóstwo tam się ma teraz dobrze ? Turyści zwiedząjąc ropne miejsce na wybrzeżu USA ? Zresztą jest też wiele biznesów, gdzie robi się pieniądze a ludzie niewykazują się żadną innowacją, nie robią wiele dla społeczeństwa, a czasami wręcz szkodza. Na przykład kompanie tytyoniowe albo alkoholowe. Nie wszyscy krytycy kapitalizmu mają złe intencje panie Profesorze. Zapewniam

  • G pisze:

    Świetny artykuł. Brawo!!!

  • umiarkowany optymista pisze:

    Ale to jest dawno opisane, ze spolecznosci z duzymi nierownosciami maja mniejszy kapital spoleczny, sa mniej spojne (zawisc, wrogosc). Byc moze dla homo sapiens jest wazniejsza spojnosc grupy niz potencjal bogacenia sie niektorych, ktorych moze byc bardzo niewielu. To nie abstrakcyjne wskazniki ekonomiczne sa punktem odniesienia dla czlowieka, tylko jego sasiad i kolega. Sa badania pokazujace, ze Amerykanie woleliby zyc w spoleczenstwie bardziej egalitarnym, jak szwedzkie. To po co z tym tak wojowac? No, chyba ze sie jest rzecznikiem prezesow zarabiajacych milony rocznie…

  • Tezcatlipoca2015 pisze:

    „tłumaczenie Ulissesa zajęło Maciejowi Słomczyńskiemu 13 lat” – dygresja: Słomczyński był z tego tłumaczenia ogromnie dumny, podobnie jak z tłumaczeń Szekspira, które jednak zostały przesłonięte dokonaniami Barańczaka. A z mojego, czysto utylitarnego punktu widzenia, za największe jego dokonanie uznaję jednak serię kryminalną pisaną pod pseudonimem Joe Alexa: finezja fabuły i języka do dziś zachwyca.

  • dvf pisze:

    Od skrajności w skrajność… a mnie się wydaje – póki co tylko wydaje, bo empirycznego dowodu nie przeprowadziłem – że nierówności dochodowe są dobre, jeśli nie są skrajne, tzn. ani małe ani zbyt duże, ponadto znaczenie ma także poziomu rozwoju gospodarczego danego państwa i jego pozycja rynkowa – mogą być państwa, gdzie Gini 0,45 będzie świetnym motywatorem rozwoju, a mogą być państwa, dla których taki poziom GINI będzie ograniczał możliwości rozwoju.
    Przeglądając dane przekrojowe OECD da się zauważyć, że większość państw zachodnich dochodziła do bogactwa przez … niższy niż obecnie poziom GINI, ale o paradoksie, przy niższym opodatkowaniu niż obecnie! Stąd może wynikać kolejna zmienna, którą się pomija w dyskusji o nierównościach – kwestie postępu technologicznego, np. dziś skrajności są większe niż kiedyś, co powoduje, że ‚naturalna” (normalna) nierówność jest na wyższym poziomie… Znaczenie pewnie będzie też miała akceptacja społeczna, tam gdzie jest ona większa, tam GINI będzie większe i to większe GINI nie będzie problemem.

  • Mateusz Machaj pisze:

    Szukanie absolutnie sztywnej relacji między nierównościami a wzrostem jest karkołomne i moim zdaniem przeciwskuteczne (choć jakieś zależności przy tym istnieją). Proste dwa przykłady: 1. Agnieszka Radwańska zaczyna robić znakomitą karierę i zarabia ogromne pieniądze. 2. Prezes jednej ze spółek skarbu państwa otrzymuje zwiększone wynagrodzenie, które zostanie pokryte przez podwyżkę podatku VAT.
    Jeden i drugi przypadek powoduje wzrost nierówności, ale myślę od kilku godzin i nie jestem w stanie wymyślić, jakim cudem przypadek pierwszy miałby zatrzymać lub zmniejszyć wzrost gospodarczy w Polsce. Zachodzę w głowę, jak zakaz grania w tenisa przez Agnieszkę Radwańską miałby stymulować wzrost w Polsce, bo nierówności byłyby mniejsze. Wniosek jest taki, że nierówności dochodowe są rezultatem wielu różnych czynników i nie da się odkryć jednej uniwersalnej relacji między nimi, bo świat jest bardziej skomplikowany. Kolejny przykład: zupełnie inaczej będą kształtować się zarobki w firmach szwedzkich, które są znacznie mniejsze i posiadają znacznie mniejsze części rynku niż na przykład firmy amerykańskie, czy nawet niemieckie. Tam zarobki są w naturalny sposób wyższe, bo decyzje zarządu znacznie bardziej wpływają na przychody firmy. Ergo większa będzie też nierówność. Po prostu szef Mercedesa będzie zarabiał więcej niż szef Saaba, a szef Amazonu więcej niż szef Ikei. Nie dlatego, że ktoś tu jest uprzedzony, ale dlatego, że tak wyglądają realia rynkowe (uwaga! mówię o płacy brutto czyli niezależnej od podatków, które mają dodatkowy wpływ na nierówności).
    Jeśli czegoś może nas nauczyć analiza empiryczna nierówności, to tego, że w bardziej wolnej gospodarce rynkowej trudno jest utrzymać wskaźnik Gini powyżej 0,45. To działa w społeczeństwach, gdzie mamy bogatą klasę polityczną, powiązaną układami i nepotyzmem, siedzącą na zasobach naturalnych. Dlatego ad Aleksander Piński: w badaniach wyszło, że duża nierówność nie sprzyja rozwojowi, ale nie dlatego, że to nierówność per se, ale dlatego, że brak rozwoju i wysoka nierówność mają tę samą przyczynę: skorumpowaną klasę polityczną, która buduje hierarchię społeczną na swoich monopolach naturalnych.

  • marcel pisze:

    Przyklad zakładający różnicę tempa wzrostu w dwu hipotetycznych krajach (1pp= 3% -2%) wymaga założenia tego samego poziomu wyjściowego PKB w obu krajach i wtedy, ceteris paribus, po 50 okresach/latach różnica w poziomie PKB wynosiłaby ok.33% .

    Bo jeśli np. ten kraj „nieegalitarny” w pierwszym/bazowym roku będzie miał PKB o 20% wyższe od tego „egalitarnego”, to po 50 latach różnica w poziomie PKB będzie już wynosiła ok. 60%.
    A jeśli ta różnica „bazowa” będzie wynosiła 100% (dwukrotnie większy PKB) – ok.167% .###

    Nie przeceniałbym roli Edisona – z dzisiejszej perspektywy geniusz Serba Nikoli Tesli świeci, nomen omen, jaśniej i to on wygral wojnę AC z DC, a Edison zgarnął kasę i sławę.

  • marcel pisze:

    Przytoczony w artykule przykład (abstrahując od jego erystycznego i merytorycznego waloru) zakładający różnicę tempa realnego wzrostu w dwu hipotetycznych krajach (1pp= 3% – 2%) wymaga założenia tego samego poziomu wyjściowego PKB w obu krajach i wtedy, ceteris paribus, po 50 okresach/latach różnica w poziomie PKB wynosiłaby ok.63% . Bo jeśli np. ten kraj „nieegalitarny” w pierwszym/bazowym roku będzie miał PKB o 20% wyższe od tego „egalitarnego”, to po 50 latach różnica w poziomie PKB będzie już wynosiła ok. 95%. A jeśli ta różnica „bazowa” będzie wynosiła 100% (dwukrotnie większy PKB; bywa większa w „ścigających się” krajach) – ok.226% .### Nie przeceniałbym roli Edisona – z dzisiejszej perspektywy geniusz Serba Nikoli Tesli świeci, nomen omen, jaśniej i to on wygrał wojnę AC z DC, a Edison zgarnął kasę i sławę.###
    Przepraszam za omyłkę w obliczeniach w pierwszym wpisie.

  • Tezcatlipoca2015 pisze:

    @dvf ” kwestie postępu technologicznego, np. dziś skrajności są większe niż kiedyś, co powoduje, że ‚naturalna” (normalna) nierówność jest na wyższym poziomie… ” – nie ma żadnej „naturalnej” nierówności, bo ekstra renta technologiczna jest wynikiem coraz bardziej patologicznego prawa patentowego, za pomocą którego państwa przodujące technologicznie niszczą konkurencję.

Dodaj komentarz


− 2 = sześć

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane