Chiny mogą wykupić Manhattan. Stać je na wiele

19.05.2011
Rezerwy walutowe Chińskiej Republiki Ludowej przekroczyły 3 biliony dolarów. Nieruchomości położone na Manhattanie są warte podobno 287 mld dolarów. Chińczycy mogliby wykupić całą tę wyspę i zostałoby im jeszcze 2 713 miliardów. Po wykupieniu wszystkich akcji Apple, Microsoft, IBM oraz Google z portfela ubyłoby tylko 916 mld. Calutki arsenał amerykańskiej armii można mieć za 414 miliardów. Za resztę - złoto z bankowych skarbców.

Liu Guijin, minister spraw zagranicznych Chin i Martin Davies, szef Frontier Advisory, firmy, która pomoga wchodzić na nowe rynki, na Światowym Forum Ekonomicznym w RPA, 4-6 maja 2011 (CC By-SA WEF)


Źródłem tej olbrzymiej nadwyżki jest eksport przewyższający zakupy za granicą. Dla większości obserwatorów, komentatorów i prognostów chińskie rezerwy są powodem zachwytów i przestrachu przed rosnącą chińską potęgą przejawiającą się także w bezpośrednich inwestycjach zagranicznych.

Jak się pozbyć dolarów

Bolesna prawda jest taka, że Chiny są zmuszone do eksportu kapitału, ponieważ nie są w stanie zwiększyć tempa i zakresu i tak już wielkich inwestycji wewnątrz kraju. Gdy więc spojrzeć z realnej perspektywy olbrzymia nadwyżka w formie rezerw walutowych jest wielkim garbem i porażką, zwłaszcza że składają się one niemal wyłącznie z greenback’ów. Barack Obama i członkowie jego rządu puścili w ruch maszyny do druku dolarów w procesie nazwanym humorystycznie quantative easing, czyli ilościowym luzowaniem. W części zwiększającej deficyt finansów publicznych USA są to bezwartościowe banknoty przeznaczone do palenia pod kotłem inflacji. Intensywna pogoń Chińczyków za inwestycjami bezpośrednimi, czy lokatami w euro, choćby za cenę śmieciowych obligacji emitowanych przez Greków i Irlandczyków, a niebawem także Portugalczyków, to chęć pozbycia się części posiadanych dolarów. Wszystko byle tylko nie dolary. Jesienią 2009 roku puścili nawet pogłoskę o możliwej zmianie waluty rozliczeń za ropę (dolary miały zostać zastąpione koszykiem walut w którym byłby także juan), ale minęło półtora roku i chętni się nie znaleźli.

Wielu wnikliwszych badaczy jest zdania, że chińskie oficjalne statystyki lepiej omijać szerokim łukiem. Jeden z nich, dr Derek Scissors z amerykańskiej Heritage Foundation (HF), w poszukiwaniu wiarygodnych ocen chińskich inwestycji zagranicznych konfrontował dane z Pekinu i Szanghaju z informacjami od firm powiązanych lub współpracujących w danym projekcie z Chińczykami. Według jego obliczeń chińskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne wyniosły od 2005 r. do połowy 2010 r. prawie 200 mld dolarów, a więc dziś bliżej im już zapewne do 250 mld. Wartość ta nie obejmuje rzecz jasna zakupów amerykańskich obligacji rządowych.

Zakupy rzeczowych aktywów rosły bardzo szybko, ponieważ w 2005 r. ich łączna wartość wyniosła marne 8,4 mld dolarów. (wg chińskich statystyk było to 12,4 mld dolarów, przy czym China Global Investment Tracker obsługiwany przez Heritage Foundation obejmuje transakcje powyżej 100 mln dolarów). Wszystkich inwestycji było do polowy 2010 r. ok. 300. Numerem 1 w arkuszu kalkulacyjnym opatrzona jest budowa linii kolejowej w Angoli wyceniona na 350 mln dolarów, a ostatni numer 287 ma wietnamska elektrociepłownia węglowa ThangLong kupiona za 650 mln dolarów przez Wuhan KaidiElectric.  Największe sumy idą na dostęp do australijskich surowców. Połowę środków wydanych przez chińskie firmy na inwestycje za granicą wessał sektor energii i energetyki, w którym do priorytetowych inwestycji w źródła ropy i gazu ziemnego dołączyły teraz zakupy pokładów i kopalni węgla. Bardzo widoczne są też inwestycje w metale (głównie kopalnie rud, zwłaszcza żelaza, 55,1 mld dolarów) oraz zakupy banków i nieruchomości (38,4 mld).

Afryka już nie dzika

W układzie geopolitycznym, w długim ogonie za Australią (34 mld dol.) są USA (28 mld), a następnie Nigeria, Iran i Brazylia (wszystkie po ok. 15 mld dol.). Przyciąga uwagę intensywność penetracji kontynentu afrykańskiego. W przedsięwzięcia w samej tylko Czarnej Afryce leżącej na południe od Sahary chińscy inwestorzy włożyli 44 mld dol., a pamiętać też trzeba o ich obecności w Algierii (9 mld dol.), Libii, Maroku, Egipcie.

Chińska ekspansja natyka na bariery. Wg HF transakcje zapowiedziane, a niesfinalizowane osiągnęły w ostatnich latach wartość 140 mld dolarów. Sprzeciwili się im zagraniczni bądź chińscy regulatorzy rynków, albo błędy popełniły chińskie firmy występujące w roli inwestorów. Spektakularne przykłady porażek to niepowodzenie oferty zakupu za 19,5 mld dol. większościowego udziału w koncernie górniczym Rio Tinto, utrącenie przez Waszyngton przejęcia amerykańskiej firmy naftowej Unocal przez państwową China NationalOffshoreOil Company, położenie ręki przez pekiński nadzór bankowy na próbie przejęcia za 13,5 mld dol. Dresdner Banku przez China Development Bank.

Ostatnio dużo było zamieszania wokół Huawei – wielkiego wytwórcy sprzętu telekomunikacyjnego. Ze średniorocznym wzrostem przychodów o 29 proc. w ostatnich czterech latach Huawei przeskoczył już Nokię i Siemensa, i zaczyna przeganiać dotychczasowego światowego lidera – Ericssona. Szef firmy założonej w 1983 roku to były wojskowy, a Financial Times spekuluje, że przewodnicząca rady dyrektorów miała pracować wcześniej w chińskim Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. W USA mówi się, że Huawei to gniazdo profesjonalnych hakerów. Nie dziwi w tym kontekście, że niczym kończą się próby inwestycji Huawei na amerykańskim rynku. Zablokowane akwizycje tej firmy w Stanach mają mieć wartość ok. 2,4 mld dolarów. Ten przykład pokazuje, że Chiny chciałyby zmienić strukturę swoich zagranicznych inwestycji, lecz przychodzi im to z wielkim trudem. Ograniczenia i restrykcje uniemożliwiają zwłaszcza przejęcia w rolnictwie i sektorze technologicznym.

Poza węglem wydobywanym na wielką skalę na terytorium Chin nie znaleziono dotychczas złóż surowców o strategicznej wielkości. Dość istotnym wyjątkiem są metale ziem rzadkich używane w nowoczesnych przemysłach i technologiach, które stały się ostatnio narzędziem bieżącej polityki handlowej. Chiny mają też ogromny potencjał hydroenergetyczny. Jak na 1,3 -1,4 miliarda ludzi i ich potrzeby lista kopalin jest zbyt krótka. W planach rozwojowych trzeba było zapewnić źródła zaopatrzenia surowcowego. Naturalnym, bo relatywnie nieodległym terenem penetracji była i jest dla Chińczyków Australia wyposażona obficie w podstawowe surowce, poza ropą. Australia żyje z surowców i nie jest ograniczana względami ekologicznymi ponieważ kopaliny znajdują się tam na terenach przypominających Księżyc. Trzeba o tym wspomnieć, ponieważ był to jeden z istotniejszych czynników, dla których ekspansja komunistycznych Chin nie wzbudziła na tym kontynencie zbyt wielkich emocji.

Australia potwierdza inną regułę. Chińczykom się spieszy więc w początkowej fazie wybierali tereny łatwiej dostępne i łaknące kapitału. Z ich perspektywy doskonała jest zatem Ameryka Łacińska i Afryka. Ten drugi kontynent jest jak soczewka skupiająca cechy charakterystyczne chińskiej eksploracji.

Nie jest to rejon świata lubiany przez ludzi bogatego Zachodu. Bieda, wojny, przestępczość, choroby, brak wygód, ale też prawie zupełny brak konkurencji i powszechna korupcja, czyli warunki gospodarowania podobne do rodzimych. W pierwszym etapie były to przede wszystkim transakcje barterowe, w ramach których chińskie firmy układały w afrykańskich krajach surowcowych drogi i linie kolejowe, budowały mosty i inne elementy infrastruktury, a w zamian otrzymywały surowce naturalne niezbędne do funkcjonowania rosnącego chińskiego przemysłu. Teraz przyszedł czas na przejęcia i zakup udziałów kapitałowych w kopalniach, złożach, ale także wyszukanych biznesach.

Etos nie zawsze towarzyszy przedsiębiorcom z Pekinu i Szanghaju. W wielu przypadkach blisko im do obrazu białych ciemiężców i wyzyskiwaczy sprzed kilkunastu dekad. Z powodu spękań szpital zbudowany przez Chińczyków w Luandzie, stolicy Angoli, trzeba było zamknąć zaledwie kilka miesięcy po wielkim otwarciu. Długa na 130 km droga zbudowana przez Chińczyków między Lusaką a Chirundu w Zambii spłynęła z wodą niesioną przez okołorównikowe ulewy. Nafciarze z Sinopec wydobywali ropę w parku narodowym w Gabonie, a inni pozostawili w Sudanie jeziora ropy wypływającej nadal z opuszczonych już odwiertów. Takich historii są dziesiątki.

Cytowany przez The Economist SanouMbaye, pracujący swego czasu na wysokim stanowisku w African Development Bank, twierdzi, że w ostatnich 10 latach do Afryki przybyło więcej Chińczyków niż Europejczyków trafiło tam przez 400 lat. Są też twardsze informacje. Brytyjski dziennik The Guardian twierdzi, że liczba Chińczyków mieszkających w Afryce wzrosła z prawdopodobnych 100 tys. dekadę temu do ok. 1 mln obecnie. Ilu jest naprawdę nikt nie wie, ale że dużo – nikt nie przeczy.

Chińczycy mogą zrobić z Afryką to, co z Chin uczynili w XIX i początkach XX wieku Brytyjczycy, Francuzi, Amerykanie – na swój sposób niepodległe, lecz bardzo zależne terytorium. Widoczna różnica polega na tym, że w roli opium występują inne bogactwa. Porównanie to jest malownicze, ale nie należy go rozumieć dosłownie. Nie chodzi o neokolonializm, ale najzwyklejszą dominację osiąganą nie tylko w drodze handlu, inwestycji, ale także działalności finansowej. Władze ChRL trzymają w tajemnicy dane o kredytach, pożyczkach i pomocy biednej zagranicy. Wiadomo jedynie, że w grę wchodzą wielkie kwoty. Międzynarodowi doradcy długo się np. biedzili, żeby przekonać rząd Demokratycznej Republiki Kongo, czyli północnego sąsiada wielkiego Konga, do zmniejszenia chińskiej linii pożyczkowej z 9 do 6 mld dolarów. Chodziło o to, by nie zapędzić tego biednego kraju w ciemny kąt całkowitej zależności od Pekinu.

Własny bank na Czarnym Lądzie

Jasnym punktem w relacjach chińsko-afrykańskich jest równowaga handlowa. W 2010 r. obroty osiągnęły prawdopodobnie 100 mld dolarów przy czym chiński import ropy, platyny, miedzi, rudy żelaza, miedzi i drewna miał prawie taką samą wartość jak chiński eksport składający się z pełnego katalogu dóbr wszelakich, od plastikowych drobiazgów po ciężkie ciężarówki. Jak długo eksport będzie w parze z importem? Na sprint eksportu czekać nie przyjdzie zapewne zbyt długo.

Powstaje coraz gęstsza sieć infrastruktury wspomagającej relacje ekonomiczne z Chinami. Industrial and Commercial Bank of China kupił np. w RPA 20 proc. akcji Standard Bank, największego w Afryce pożyczkodawcy. Transakcja jest tym ciekawsza, że w banku tym chińscy przedsiębiorcy mogą otwierać rachunki w juanach, co w niebagatelny sposób zmniejsza ryzyko interesów prowadzonych przez nich w Afryce. Inne chińskie banki mają w krajach afrykańskich coraz liczniejsze oddziały, w których biznesmeni z Chin mogą otrzymać kredyty bez zabezpieczenia ciążącego przecież na kosztach finansowania.

Historyk mógłby powiedzieć, że współczesny chiński pochód w Afryce to dopełnienie sprawiedliwości dziejowej. Jest bowiem faktem mało znanym, że w czasach, kiedy Polacy wspominali bitwę pod Grunwaldem do brzegów wschodniej Afryki, tam gdzie dzisiejszy Mozambik, Kenia i Somalia, przybijały okręty i statki admirała Zheng He, poddanego cesarza Yongle z dynastii Ming. Wybitnemu temu wojskowemu i podróżnikowi oddano dowództwo nad flotą 255 jednostek i 27 800 ludzi załogi.

Państwo Środka zaabsorbowane same sobą i mongolskim niebezpieczeństwem nie zbudowało jednak wówczas potęgi morskiej i handlowej. Kolejny raz jego obywatele dotarli do Afryki dopiero na początku XX wieku, kiedy do południowoafrykańskich kopalni złota sprowadzono ok. 60 tys. kulisów. Potem jeszcze przewodniczący Mao wspomagał chińską siłą roboczą nowe państwa tworzone na gruzach kolonii, a po długiej przerwie znak do zamorskich podbojów dał wielki Deng.

W wielkościach bezwzględnych Chiny są wielkie. Od kilkunastu lat Szanghaj ściga się z Nowym Jorkiem o miano „najwyższego” miasta świata, a w kategorii wieżowce ponad 400-metrowe jest już pierwszy na globie – ma ich trzy. Barack Obama obiecał wydać w 2009 roku 3,5 mld dolarów na program budowy szybkich kolei.  Chiny w tym samym roku przeznaczyły na ten cel 50 mld dolarów. Można przytaczać mnóstwo takich przykładów.

Kraj bogaty, naród biedny

Jest niepojęte, że w zalewie informacji o chińskim pochodzie gospodarczym nie można doszukać się informacji np. o chińskim eksporcie per capita, choć dane są np. w Banku Światowym, a przeliczenie zajmuje minutę. Otóż w eksporcie na głowę mieszkańca Chinom bardzo daleko do… Do Polski! W 2009 roku całkowity chiński eksport wyniósł 1333 mld dolarów, a więc per capita ok. 1000 dolarów. W tym samym roku u nas eksport przypadający na statystycznego obywatela wyniósł 4400 dolarów, a przecież stale narzekamy na zbyt niski udział handlu zagranicznego w PKB. Rekordziści, czyli Niemcy mieli eksportu 16 600 dolarów na głowę. Wskaźnik dla USA wyniósł 5070 dolarów, a dla UE – 3 900 dolarów. Był to rok kryzysu. 12 miesięcy później dane były następujące: Chiny – 1216 dol., Polska – 5560 dol., Niemcy – 21 000 dol., USA, – 5920 dol.

Około połowy eksportu innych azjatyckich krajów do Chin stanowią części komputerowe, które po skręceniu w chińskich montowniach natychmiast opuszczają kraj. Chiny są więc nadal w dużym stopniu taśmą przy której dodaje się produktom finalnym tylko jakiś ułamek wartości. Z drugiej wszakże strony, jak informuje Soyoung Kim z SeoulNationalUniversity i jego partnerzy z Azjatyckiego Banku Rozwoju (ADB), spada udział części i podzespołów w chińskim imporcie. Dekadę temu stanowiły 40 proc., a w 2008 roku 27 proc. Na tym tle można zgodzić się z niewyszukaną tezą, że błędem byłoby zarówno niedocenianie jak i przecenianie wpływu tempa rozwoju Chin na globalną gospodarkę.

Według danych amerykańskich przytaczanych przez Heritage Foundation amerykańskie inwestycje portfelowe za granicą mają wartość ok. 6 000 mld dolarów, a bezpośrednie inwestycje zagraniczne ok. 3 500 mld dolarów. Chińskie inwestycje zagraniczne miały na koniec 2010 r. łączną wartość  ok. 2,7 mld dolarów. Nawet gdyby doliczyć do tej kwoty jakieś pieniądze zainwestowane przez Chińczyków ze środków spoza puli oficjalnych rezerw, to i tak inwestycje amerykańskie pozostaną trzykrotnie wyższe.

Jest prawdą, że Chińczycy zdumiewająco szybko opanowują i wdrażają nowe technologie. Młodzi Polacy tego nie pamiętają, ale w końcu lat 60-tych ubiegłego stulecia synonimem tandety były na świecie towary made in Japan. Tę samą golgotę przeszli Koreańczycy z Południa zanim do ich produktów przekonały się miliardy konsumentów. ChRL nie jest zatem odosobnionym przykładem szybkiego przekraczania kolejnych barier produktywności, sprawności, jakości i postępu. Jednak prędzej czy później, Chiny uderzą głową w jakiś mur, co przytrafiło się Japończykom. W latach 1971-1990 wzrost gospodarczy Japonii wyniósł 444 proc., lecz – jak podaje OECD – w latach 1991-2010 wzrost gospodarczy Japonii skurczył się do 3 proc. Niemal niewiarygodne, ale prawdziwe.

W powszechnym odbiorze Chiny stają się największym producentem świata i niedługo będą wytwarzać największe PKB na świecie. To duby smalone. Wystarczy przewertować statystyki i poczytać. Np. ekonomistów z Federal Reserve Bank of New York, którzy oszacowali, że jeden Amerykanin wytwarza tyle w jednostce czasu, co ponad ośmiu Chińczyków.

Chiny robią swoje i robią to nieźle. Tyle i aż tyle. Demonizowanie ich postępów zaciera obraz, przesuwa kontury, psuje taktyczne i strategiczne myślenie, prowadzi do złych lub nieoptymalnych decyzji. Świat i Polskę zalały tanie towary z Chin. Był krzyk o buty, był wrzask o tekstylia. Rozsądny realista nie żałuje przesunięcia centrów produkcyjnych, bo co to za chwała sprzedawać niemarkowe buty Chełmka (była kiedyś taka firma) za kilkanaście dolarów za parę. Gorzej by było, gdyby marka „Wielki Mur” wyparła z salonów mody Armaniego, ale to dopiero za chwilę. Jeśli chcą Chińczycy inwestować także w Polsce, niech to czynią i przeszkód im nie stawiajmy. Pilnujmy jedynie by przestrzegali zasad. W ten sposób obie strony będą miały zajęcie.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test