Europa z kulą u nogi

02.12.2014
Gdy targany sztormem statek zbliża się do niebezpiecznego wybrzeża, potrzebuje solidnej kotwicy, żeby nie skończyć na skałach. Kiedy w 2012 roku strefę euro ogarnął sztorm finansowy, były nią Niemcy. Teraz jednak ta „kotwica Europy” staje się jej hamulcem.

Matteo Renzi, premier Włoch, Angela Merkel, kanclerz Niemiec (CC BY-NC-SA Palazzo Chigi)


Oczywiście w 2012 roku niemiecka kanclerz Angela Merkel podjęła działanie dopiero wtedy, gdy była w stanie wytłumaczyć swoim wyborcom, że nie ma innego wyjścia. W końcu jednak zgodziła się na stały fundusz ratunkowy dla strefy euro. Poparła również ustanowienie unii bankowej, wciąż niekompletnej, ale i tak kluczowej w budowie systemu finansowego nadzorowanego przez Europejski Bank Centralny (EBC). Sztorm finansowy ucichł właśnie dzięki temu posunięciu oraz dzięki popartemu milcząco przez Niemcy przyrzeczeniu Maria Draghiego, prezesa EBC, iż zrobi wszystko co konieczne, żeby uratować wspólną walutę.

Teraz jednak wydaje się, że strefa euro nie jest w stanie uniknąć stanu bliskiego deflacji; wzrost gospodarczy jest nikły, a ceny ledwie drgają. Nie tego oczekiwano.

Gdy uderzył kryzys, gospodarkę peryferyjnych krajów strefy euro dotknął podwójny cios: zwyżkująca premia za ryzyko oraz załamanie rynku mieszkaniowego. Jednocześnie gospodarka Niemiec korzystała na powrocie uciekającego z obrzeży kapitału. Realne (czyli skorygowane o inflację) stopy procentowe w Niemczech stały się ujemne, co uruchomiło boom mieszkaniowy. Zakładano, że wywoła to w Niemczech silny popyt wewnętrzny, to zaś pomoże peryferyjnym krajom w zwiększeniu eksportu.

W rzeczywistości wzrost gospodarki niemieckiej jest nikły; osłabienie w handlu światowym grozi jej wręcz wpadnięciem w recesję. Oczekiwano, że nadwyżka w niemieckim bilansie rachunków bieżących zdecydowanie spadnie, tymczasem ona rośnie, bo oszczędności są nadal większe, niż się spodziewano, a inwestycje mniejsze.

Kolejnym problemem – przynajmniej z perspektywy pozostałych krajów strefy euro – jest wciąż jest za niska inflacja w Niemczech. Skoro ceny rosną tam o niespełna 1 proc. rocznie, to w państwach peryferyjnych muszą spadać, bo tylko tak kraje te mogą odzyskać konkurencyjność, którą utraciły w latach boomu poprzedzającego rok 2008.

Wielka flauta

Najważniejszym problemem jest obecnie właśnie zastój w rdzeniu strefy euro. Skoro w Niemczech wzrostu właściwie nie ma, to reszta strefy nie jest w stanie zredukować zadłużenia za pomocą nadwyżki zewnętrznej. Być może nie uda się znaleźć rozwiązania tej sytuacji, zwłaszcza że nie ma cudownego guzika, którego naciśnięcie spowodowałoby zwiększenie popytu wewnętrznego w Niemczech.

Rzecz jasna niemiecki rząd czuwa nad własnymi finansami publicznymi, jednak w ostatnich latach polityka fiskalna była tam dość neutralna i nie można jej winić za cechujący gospodarkę niemiecką brak dynamiki. W tym roku w budżecie sektora publicznego zamiast małego deficytu może pojawić się coś, co przedstawiciele rządu nazywają „dodatnim zerem”, czyli bardzo niewielka nadwyżka. Ta zmiana, wynosząca zaledwie ułamek punktu procentowego PKB, nie wpływa ujemnie na tempo wzrostu.

Głównym powodem marnych w ostatnich latach wyników gospodarczych Niemiec jest utrzymująca się niechęć tamtejszych gospodarstw domowych i przedsiębiorstw do konsumpcji oraz do inwestowania i trudno powiedzieć, co rząd mógłby zrobić w tej sprawie.

Inwestycje maleją, choć warunki finansowania przedsiębiorstw są korzystne jak nigdy – zarówno z uwagi na wyjątkowe niskie stopy procentowe, jak i na skłonność banków do udzielania pożyczek. Mimo to sektor przedsiębiorstw nadal niechętnie je zaciąga i inwestuje w kraju, gdyż podstawy, by oczekiwać wzrostu gospodarczego w długim okresie, są niewielkie – liczba ludności z pewnością będzie przecież maleć, a wzrost wydajności jest ciągle nikły.

Skoro nie ma szans na to, by motorem niemieckiej gospodarki były inwestycje, kluczem do wzrostu popytu staje się tam konsumpcja. Jej słaby wzrost to coś zadziwiającego: dochody realne idą w górę, a rządząca od 2013 roku koalicja wprowadziła całą serię szczodrych posunięć socjalnych, w tym dużą podwyżkę płacy minimalnej, obniżenie wieku emerytalnego oraz specjalne dodatki do emerytur dla kobiet, które wychowywały dzieci.

Nawet za ich pomocą nie udało się pobudzić popytu konsumpcyjnego. Cóż jeszcze mógłby zrobić rząd, żeby skłonić Niemców do pozbycia się ich tradycyjnej wstrzemięźliwości? Pozostają inwestycje publiczne. Infrastrukturalne wydatki sektora publicznego stanowią jednak umiarkowany bodziec wzrostowy. Zwiększenie wydatków na infrastrukturę o 25 proc. – co wymagałoby dużego wysiłku administracyjnego –podniosłoby tempo wzrostu PKB zaledwie o 0,4 pkt proc.

Europa Niemców nie lubi

Główne obecne zagrożenie ma charakter polityczny. Słabość gospodarki niemieckiej bardzo utrudnia konieczne zmiany strukturalne w krajach peryferyjnych. To z kolei daje pożywkę opiniom, iż odpowiedzialność za tę sytuację spoczywa na rządzie niemieckim, który – jak się uważa – jest niechętny podjęciu kroków potrzebnych do wzmocnienia popytu wewnętrznego, a nawet zakazuje większych wydatków rządom krajów peryferyjnych. A że w większości strefy euro uporczywie utrzymuje się wysokie bezrobocie, a dochody nie rosną, coraz silniejsza staje się pokusa obwiniania za to „tych Niemców”.

Nie jest natomiast niespodzianką, iż rząd Niemiec nie uznaje nawet, że jest jakiś problem. Bezrobocie jest rekordowo niskie. To, że popyt nie rośnie, po prostu się pomija, a brak inflacji traktuje się jako oznakę sukcesu. To błąd. Kotwica Europy grzęźnie, a rząd Niemiec nie może być obojętny wobec narastającej wśród jego partnerów fali niepokoju.

Daniel Gros jest dyrektorem Center for European Policy Studies.

©Project Syndicate, 2014.

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane