Jak sensowniej wydawać pieniądze publiczne

18.04.2011
Jak poprawić stan finansów publicznych. Rząd doraźnie zajął się zmianami dotyczącymi OFE. Nie eliminuje to potrzeby innych zmian. Warto stale pamiętać o działaniach zaproponowanych przez Forum Obywatelskiego Rozwoju. Obserwator Finansowy przypomina dziś propozycje dotyczące ograniczenia niektórych wydatków publicznych.
Likwidacja becikowego dałaby w sumie 1,5 mld zł oszczędności. (CC BY-NC-SA Axel Buhrmann)

Likwidacja becikowego dałaby w sumie 1,5 mld zł oszczędności. (CC BY-NC-SA Axel Buhrmann)

Likwidacja becikowego dałaby w sumie 1,5 mld zł oszczędności. (CC BY-NC-SA Axel Buhrmann)

Jak sensowniej wydawać pieniądze publiczne

Jedną z części zaproponowanego jesienią przez FOR pakietu jest propozycja kilku działań rządu, mających na celu ograniczenie wydatków publicznych. Według obliczeń Aleksandra Łaszka, Andrzeja Rzońcy i Wiktora Wojciechowskiego z FOR powinny one w sumie w latach 2011 – 2015 dać oszczędności rzędu 74 mld zł.

Przypomnijmy jakie mogłyby być efekty:

– Utworzenie Centrum Usług Wspólnych w administracji centralnej w 2012 roku przyniosłoby oszczędności rzędu 1 mld złotych i co roku rosłyby one o kolejny miliard. Dokładnie taki sam efekt finansowy dałaby racjonalizacja zakupów towarów i usług w administracji centralnej, co oznaczałoby w efekcie zmniejszenie wydatków budżetu o 20 mld zł.

– Likwidacja becikowego jeszcze w tym roku przyniosłaby 200 mln zł, dwa razy tyle w następnym i po 300 mln w trzech kolejnych latach, czyli w sumie 1,5 mld złotych.

– Obniżenie zasiłku pogrzebowego dałoby 600 mln zł oszczędności w tym roku i od 900 mln do 1,1 mld  w latach następnych – razem 4,5 mld zł.

– Podniesienie pensum nauczycieli przy utrzymaniu zaplanowanego wzrostu ich wynagrodzeń pozwoliłoby na zaoszczędzenie 400 mln złotych w roku 2012. W kolejnych latach kwota ta rosłaby aż do 4,5 mld złotych w roku 2015, dając razem 9,5 mld zł.

– Największe korzyści budżetowi przyniosłoby wprowadzenie reguły zrównoważonego budżetu w jednostkach samorządu terytorialnego. Oznaczałoby to zaoszczędzenie 6 mld zł w roku 2012, 10 mld zł w następnym i po 14 mld zł w kolejnych latach – w sumie 44 mld zł.

Skoro podwyżki, to wyższe pensum

– Uważamy, że skoro pensje w administracji mają być zamrożone, to wszyscy konsekwentnie powinni temu podlegać. Rząd obiecał jednak, że nie będzie to dotyczyć nauczycieli. Mówimy więc – dobrze, niech będą podwyżki pensji dla nauczycieli, ale w zamian proponujemy podnoszenie pensum. Proces demograficzny spowoduje stopniowe zmniejszanie liczby nauczycieli, co spowoduje stopniowe zmniejszanie wydatków na ich wynagrodzenia – mówi Wiktor Wojciechowski z FOR.

Przypomina, że nauczycielskie pensum w Polsce jest niższe niż średnio w krajach UE, a nie ma zależności wskazującej, że kraje w których nauczyciele mają małe pensum, zapewniają wyższą jakość kształcenia. Ponadto na 500 tys. nauczycieli ponad 100 tys. to nie są pracownicy dydaktyczni i oni powinni pracować nie według pensum, tylko ogólnych zasad. Kwota spodziewanych oszczędności wynika m.in. z tego, że pracownicy ci powinni mieć znacznie podwyższony wymiar czasu pracy – uważa Wiktor Wojciechowski.

Pomoc lepiej adresowana

Kolejny postulat to dalsze obniżenie zasiłku pogrzebowego. Nawet po niedawnej obniżce jest wyższy niż w krajach Unii – uważa FOR. Przypomnieć tu można, że zdecydowane obniżenie zasiłku pogrzebowego to postulat, który sięga czasów planu Hausnera. Poglądy ekspertów nie są tu jednak jednoznaczne. – Zanim zdecyduje się o dalszej zmianie jego wysokości – ocenia była wiceminister pracy Agnieszka Chłoń-Domińczak – trzeba zobaczyć, jakie okażą się skutki obniżenia zasiłku pogrzebowego  dokonanej kilka miesięcy temu. Wydaje się, że na razie doprowadziło to do ograniczenia kosztów pogrzebów i zysków firm pogrzebowych, ale ocena ta wymaga jeszcze weryfikacji.

Odnosząc się do innych propozycji Agnieszka Chłoń-Domińczak podziela zdanie FOR, że becikowe o obecnym kształcie nie jest dobrym rozwiązaniem, bo nie pomaga w dłuższej perspektywie potrzebującym, a jego powszechność powoduje, że trafia także do ludzi, których nie motywuje do posiadania dzieci. To nie są efektywnie wydawane pieniądze – bogatych nie motywują, a biednych też nie, bo są jednorazową zapomogą.

– My i tak bardzo mało wydajemy na politykę prorodzinna, więc gdyby taka decyzja została podjęta, powinna być skorelowana z rozwojem innych form polityki rodzinnej, w istotny sposób wspierających rodzinę np. rozwój usług opiekuńczych, który tworzy na dodatek nowe miejsca pracy. A więc likwidacja becikowego – tak, ale z przeznaczeniem tych pieniędzy na inne formy wspierania rodziny – uważa Agnieszka Chłoń-Domińczak.

Mniej administracji to mniej biurokracji

W pakiecie FOR, w części dotyczącej wydatków, nie proponuje się cięć zatrudnienia w administracji, choć jak się wydaje właśnie tu można byłoby znaleźć sporo oszczędności. Wiktor Wojciechowski z FOR mówi, że zmiany te proponowane są niejako pośrednio, poprzez wprowadzenie reguły zrównoważonego budżetu w samorządach. Znaczny ostatnio przyrost zatrudnienia w administracji dotyczy bowiem właśnie tego jej szczebla, w tym zwłaszcza administracji w samorządach.

Trochę obrazujących sytuację liczb. W latach 2005 – 2006 (za rządów PiS) w administracji przybyło 14 tys. etatów, w latach 2007 – 2009 ponad 57 tys. z tego tylko w samym 2009 roku ponad 40 tys. A przeciętne wynagrodzenie urzędnika wzrosło z 3000 zł w roku 2005 do 4000 w roku 2010. W kontekście zmian dotyczących OFE wydatki na administrację zdają się mieć o wiele większe znaczenie. – Dlaczego rząd nie patrzy na o wiele większe wydatki, jakie przeznacza na administrację publiczną, na sektor publiczny, w tym na biurokrację? One przyrosły w ostatnich latach bardzo znacząco – pytał prof. Leszek Balcerowicz podczas pamiętnej telewizyjnej dyskusji z ministrem finansów Jackiem Rostowskim. Odpowiedzi nie uzyskał.

Sam Balcerowicz nie ma jednak najlepszych doświadczeń z walki z rozrastająca się biurokracją. Można przypomnieć, że w lutym 1998 r. jako wicepremier powołał zespół do odbiurokratyzowania gospodarki, w którego skład weszli przedsiębiorcy, eksperci, dziennikarze, przedstawiciele ministerstw. Choć zebrali oni i skatalogowali znaczną liczbę postulatów, nie udało się wówczas ani uprościć systemu podatkowego, ani ograniczyć liczby koncesji i zezwoleń, ani też zahamować przyrostu etatów w urzędach, choć wtedy ich liczba rosła o wiele wolniej, niż w ostatnich latach.

Premier Donald Tusk powołał w sierpniu 2010 roku swego pełnomocnika do walki z biurokracją. Jego zadaniem jest monitorowanie rządu i innych instytucji pod kątem „produkowania, czy tolerowania zbędnych przepisów”. Efektów jego pracy jakoś nie widać, podobnie jak skutków wcześniej podjętych działań sejmowych (posła Janusza Palikota), czy rządu (wiceministrów gospodarki Adama Szejnfelda i Rafała Baniaka).

Premier – być może rozczarowany dotychczasowymi efektami – ogłosił, że administrację publiczną trzeba odchudzić o 10 proc., czyli o taką liczbę etatów, jaka przybyła pod rządami obecnej koalicji. Rzeczywistość jest jednak gorsza – w ciągu ostatnich trzech lat przybyło nie 10, ale aż kilkanaście procent etatów. Zaproponowane przez rząd propozycje automatycznych cięć nie zyskały jednak wsparcia prezydenta, który skierował je do oceny Trybunału Konstytucyjnego. Na razie więc w walce z przyrostem biurokracji mamy impas. Premier niedawno przyznał się zresztą publicznie do porażki w tej walce.

Ciąć można znacznie mocniej

– Efektywność działania administracji można wymusić tylko tnąc zatrudnienie, i to nie o 10 proc. ale o 20-30 proc. Takie cięcie spowodowałoby między innymi samoistne upraszczanie się struktury biurokracji. Na przykład, wiele funkcji aparatu skarbowego dubluje się z ZUS. Przedsiębiorca, który oszukuje na podatkach, z reguły zalega też ze składkami ZUS. W skarbówce jest zatrudnionych ponad 60 tys. osób, a w ZUS ponad 40 tys. Gdyby połączyć te funkcje i instytucje, to 30 tys. osób z tych 100 tys. można by na pewno zwolnić – podpowiada możliwe działania wiceprezes Deloitte Polska Rafał Antczak.

Idąc tym tropem warto zauważyć, że wydajność administracji również by się podniosła, ponieważ kontrole weryfikowałyby równocześnie wszelkie zaległości publiczne, zarówno podatkowe, jak i składkowe. Tak postępuje się w firmach prywatnych, które dzięki temu są coraz wydajniejsze. I tak samo powinno się postępować z sektorem publicznym.

– Wymiar finansowy i polityczny takiego przykładowego działania również byłby korzystny, gdyż zdecydowana większość obywateli uważa, że mamy za dużo urzędników. Aparat urzędniczy byłby oczywiście przeciw, więc realizacja takiej redukcji etatów to sprawa woli politycznej – uważa wiceprezes Deloitte Polska Rafał Antczak.

W ocenie bardziej radykalnych ekspertów zatrudnienie w administracji publicznej można zmniejszyć o 100 tys. etatów. Przy średniej płacy urzędnika wynoszącej w 2010 roku 4 tys. zł można liczyć w ciągu roku na 4,8 mld złotych oszczędności tylko na wynagrodzeniach. Do tego dochodzą wydatki na składki na ZUS, koszty utrzymania miejsc pracy (eksploatacja budynków, wyposażenia stanowisk pracy itp.). W sumie gra idzie o kolejnych kilka miliardów złotych rocznie oszczędności. Nie licząc efektów zmniejszenia armii urzędników w postaci uproszczenia procedur, o którym mówi Rafał Antczak.


Tagi


Artykuły powiązane