Autor: Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii.

Mądry sędzia poradzi sobie także ze złym prawem

Warunek dostatniego państwa to gospodarka w dobrej formie. Gospodarka wspina się na wyżyny, gdy obrót gospodarczy jest bezpieczny. Braknie tego gdy prawo jest nieczytelne i niespójne, a sądy opieszałe, jak w Polsce. Dlatego gospodarka to nie tylko stopy i kursy, lecz także prawo, sędziowie i sądy. Rozmawiamy o tym z Jerzym Stępniem, byłym prezesem Trybunału Konstytucyjnego.
Mądry sędzia poradzi sobie także ze złym prawem

Jerzy Stępień (Fot. PAP)

ObserwatorFinansowy.pl: W styczniu zmarł Stanisław Dąbrowski, I prezes Sądu Najwyższego. Były bardzo liczne nekrologi, ale nikt nie podzielił się refleksją nad polskim sądownictwem. Czy cisza ta nie świadczy przypadkiem o społecznym poczuciu bezradności w sprawie niewydolnych sądów, głównie gospodarczych?

Jerzy Stępień: Stanisław Dąbrowski był wybitnym prawnikiem i sędzią. Wielce zasłużył się Polsce. Brak refleksji nad tym, że już go nie ma uzmysławia pozycję sądownictwa w odbiorze polskich mediów, a więc także w odbiorze społecznym. W jakiejś części sami sędziowie zgotowali sobie ten los. Trzeba jednak wskazać, że faktyczna i formalna pozycja I prezesa SN nie jest w Polsce tak niesłychanie wysoka jak w USA. Zauważmy na tym tle, że mamy u nas trzy „wielkie” sądy: Sąd Najwyższy, Naczelny Sąd Administracyjny i działający już prawie 30 lat Trybunał Konstytucyjny. Dwa ostatnie powołane zostały w latach schyłku PRL.

Wprawdzie wydać się może, że zbaczam, ale przypomnę, że twórcą sądownictwa administracyjnego był Napoleon, który nie do końca był w stanie złamać sędziów opierających się często nowej władzy i jej celom, niekoniecznie osiąganym zgodnie z prawem. Napoleonowi najbardziej zależało na państwie, a więc na silnej i sprawnej administracji. W podejściu pragmatycznym skupił się zatem na tym co dla niego było w danej chwili najważniejsze, czyli na utworzonych przez siebie sądach administracyjnych, które dawały mu kontrolę nad organami władzy państwowej. To uczyniwszy pozostawił nieco na uboczu nieprzychylnych mu sędziów rodem z poprzedniej epoki z ich sprawami karnymi i cywilnymi.

Analogia do Polski przed 1989 rokiem?

Można dowodzić, że sądownictwo administracyjne powstało w PRL na podobnych przesłankach, ale szybko zdołało się ono jednak wydostać spod kurateli władzy, czyniąc jej tym bardzo przykrą niespodziankę. Podobnie było z Trybunałem Konstytucyjnym, który jeszcze w PRL zaczął pełnić pożyteczną rolę. W efekcie mamy jednak w sądownictwie „smoka trójgłowego”, a społeczeństwo nie ma w kwestiach sądownictwa jednoznacznego, wyrazistego punktu odniesienia. Tu trójszczeblowy sąd powszechny, tam dwa szczeble sądów administracyjnych i jeszcze Trybunał Konstytucyjny oraz „martwy” Trybunał Stanu. Jeśli milczenie mediów po śmierci sędziego Dąbrowskiego jest odbierane jako wyraz niskiego prestiżu polskich sądów, to ów „smok trójgłowy” ma w tym swój udział.

Czy niedoskonała organizacja jest jednak decydującym czynnikiem słabości systemu?

Nie. Daleko istotniejszy jest inny czynnik. Nie uwolniliśmy się mianowicie od paradygmatu sędziego-urzędnika, czyli sędziego-funkcjonariusza państwa. Odziedziczyliśmy takie rozumienie roli i pozycji sędziego po monarchiach absolutnych. Cesarz nie chciał mieć niezależnych sędziów i dlatego umyślnie ubierał w togi sędziowskie młodych ludzi z dość rudymentarnym przeszkoleniem i wiedzą głównie o „technikaliach” prawa. Ich zadaniem nie była samodzielność w myśleniu, a wydawanie wyroków wygodnych dla cesarza. Podstawą orzeczeń były zaś wielkie kodyfikacje w rodzaju kodeksu austriackiego, niemieckiego, czy kodeksu Napoleona. Tam była ta cała mądrość, a sędzia miał jedynie umieć dokonać tzw. subsumpcji, tj. podciągnąć oceniany stan faktyczny pod konkretną normę prawną utożsamianą wówczas z przepisem w kodeksie.

Dziś wiemy, że to błąd i że norma nigdy nie jest tożsama z przepisem, bo normę wyprowadza się z całości systemu prawnego. Ustalaniem normy mogą więc zajmować się wyłącznie sędziowie o olbrzymim doświadczeniu, wielkiej charyzmie i niezależnej pozycji. Młody człowiek w todze sędziowskiej, co mogę potwierdzić własnym doświadczeniem sprzed lat, utożsamia jednak normę z przepisem. Bierze kodeks i czyta co jest w nim napisane, nie zastanawiając się, czy to co czyta jest mądre, czy być może głupie. Nie zna historii danego przepisu, żyje za krótko, by pamiętać, że przepisy się zmieniają.

Młody sędzia zaraz po studiach myśli przede wszystkim o wypracowaniu sobie odpowiedniej pozycji materialnej i społecznej. Dba zatem o jak najszybszy awans, bo dopiero na szczytach hierarchii sędziowskiej ma szansę na stabilizację finansową. W Polsce kultywujemy taki model, a w konsekwencji dochodzi do wydłużania drabiny awansu zawodowego sędziów, żeby człowiek-sędzia miał do czego dążyć. Jest z tego samo zło. Człowiek mający stale z tyłu głowy swoją dalszą karierę orzeka bowiem przede wszystkim w swojej własnej sprawie. Myśli: muszę wydać wyrok, którym nie narażę się osobom z kręgów władzy publicznej, w tym sądowej, decydującym o moim awansie.

Brak doświadczeń może jednak oznaczać także brak złych doświadczeń.

W mojej opinii tu właśnie jest początek złego w polskich sądach. Młody i relatywnie młody człowiek w roli sędziego ma opory, żeby przeciwstawić się woli prokuratora i stojących za nim osób domagających się aresztu tymczasowego dla podejrzanego. Gdy zaś sprawa jest już na wokandzie, najlepiej przedłużać, bo i uniewinnić, i skazać niedobrze, jako że jedni chcieliby pierwszego rozwiązania, inni drugiego, a sprawa nie jest jednoznaczna. Nic dziwnego, że procesy potrafią ciągnąć się po kilkanaście lat, a najlepiej jak ten, czy inny sędzia dotrwa do momentu kiedy można już umorzyć z powodu przedawnienia.

Tu kolej na następną warstwę problemu. Z punktu widzenia polityków nie jest istotne, jaki wyrok zapadnie za kilka, czy kilkanaście lat. Ważne jest, żeby faceta wyrzucić i zamknąć teraz, tak jak panów Wąsacza, Modrzejewskiego, czy Lewandowskiego, czy bardzo wielu mniej znanych, ale nadających się do odegrania rytualnej hucpy w mediach na zamówienie polityczne.

Kto zatem powinien być sędzią?

Powinien to być człowiek o pełnej dojrzałości zawodowej, czyli z dużą wiedzą oraz z rozległym doświadczeniem zdobytym w innym zawodzie prawniczym, ustabilizowany życiowo i finansowo, z poczuciem wewnętrznej suwerenności, zawdzięczanej wszystkim tym walorom. Sędzią powinno się zatem zostawać najwcześniej w wieku 40 lat i mówię to w oparciu o własne doświadczenie (sędzia J. Stępień zakończył 9-letnią karierę sędziowską w wieku 34 lat – przyp. JC). Na tym tle bardzo niepokoi mnie dążenie środowiska sędziowskiego do odtworzenia sytuacji sprzed 2008 roku, kiedy mieliśmy w Polsce tzw. asesorów sądowych, czyli „sędziów na próbę”.

Jaki jest główny powód tego niepokoju?

Asesura to okres próby sądowej dla potencjalnego kandydata na „pełnego” sędziego, ale ludzie nie chcą być sądzeni na próbę przez połowicznego sędziego-stażystę. Ludzie chcą „orzeczeń naprawdę”, a takie mogą być wydawane przez „sędziów naprawdę”, choć nie jest to oczywiście warunek wystarczający.

W odpowiedzi na mój sprzeciw na pomysł powrotu do asesorów, czyli „pół-sędziów” pewien członek Krajowej Rady Sądownictwa oznajmił, że nie ma przecież kryteriów na podstawie których można byłoby oceniać kandydatów na sędziów. Jeśli tak, to cóż nam szkodzi zastanowić się głęboko, podyskutować i stworzyć takie kryteria. Co więcej, uważam, że nie należałoby powoływać na sędziów osób które same się zgłaszają. Do pełnienia tej funkcji należałoby zapraszać prawników, po których widać, że mają powołanie. Można to stwierdzić po obserwacji, o którą nietrudno.

Radcowie prawni i adwokaci wypowiadają się o wadach, brakach i niedoróbkach prawa, a sędziowie generalnie milczą, choć siłą rzeczy muszą mieć w tej sprawie wiele do powiedzenia. Dlaczego?

Panuje wśród sędziów przekonanie, że najlepiej buduje autorytet sędziowski sędzia chowający się za swoim wyrokiem. W takim podejściu wszystko co sędzia ma do powiedzenia zawiera w treści orzeczenia. Być może to jest właśnie ta właściwa droga. Nie mam w tej sprawie pewności, ale bliżej mi jednak do opinii, że zawiera się w tym wizja sędziego, który nie myśli, a tylko rusza ustami, cytując przepis, który został utożsamiony z normą, co jest ogromnym błędem, o czym już mówiłem.

Alexis de Tocqueville pisze w „Dawnym ustroju i rewolucji”, że resztki wolności uratowane zostały po rewolucji dla Francuzów przez sędziów ancien régime’u, którzy zdawali sobie sprawę, że nie będą już awansowali. Napoleon był za słaby, żeby ich powyrzucać, bo ktoś musiał przecież rozstrzygać sprawy karne i cywilne, ale sędziowie wiedzieli również, że i tak nie zrobią kariery. Co zatem robili – wydawali wyroki sprawiedliwe. Tocqueville podkreśla, że sędzia, który chce awansować to największe zagrożenie dla wymiaru sprawiedliwości. Minęło niemalże 200 lat, a ja zgadzam się z nim w pełni.

Po 1989 roku sędziów konsekwentnie oddzielano od społeczeństwa i wpychano ich do przysłowiowej wieży z kości słoniowej. Po pierwsze uniknęli jakiejkolwiek weryfikacji, co było złe. Na niższych szczeblach należało postąpić tak jak w przypadku Sądu Najwyższego i dokonać po prostu wyboru nowych sędziów. Można było szerzej otworzyć drzwi sądów dla prawników spoza środowiska sędziowskiego. Wprowadzono, co gorsza, sędziowski stan spoczynku i w dodatku rozciągnięto ten przyjemny dla beneficjentów stan na prokuratorów. Jest wygodnie, więc po co to zmieniać.

Sędziowie są codziennymi użytkownikami miernego prawa i wydaje się, że są w sytuacji kierowcy kontynuującego jazdę na przebitej oponie. Jeśli jednak nie oni, to kto głównie powinien domagać się przemyślanych dogłębnie zmian w prawie?

Gdybym miał ważyć racje, to w ostatecznym rozrachunku nie winiłbym samego prawa. Uważam, że mądry sędzia umie uczynić właściwy użytek również ze złego przepisu. Wracam do paradygmatu sędziego-urzędnika. Zakładamy w dyskusjach, że sędziowie to mądrzy, doświadczeni, dobrzy prawnicy, a tak nie jest. Owszem, zdarzają się wybitne jednostki i z pewnością należał do nich pan sędzia Stanisław Dąbrowski.

Sędziowie nauczyli się żyć w gąszczu prawa i nie staną w pierwszej linii walki o dobre prawo. W moim przekonaniu to zadanie głównie dla tzw. autorytetów prawniczych, w tym przede wszystkim dla świata nauki, a także dla wybitnych adwokatów i rasowych publicystów.

Jest taki sędzia w Poznaniu, który zawiesza hurtem sprawy z powodu braku w dokumentacji numeru Pesel. Taki „niedobór” można uzupełnić bez obrazy prawa w ciągu minuty podczas rozprawy, ale nie u tego sędziego. Konsekwencje to przedłużenie spraw o kolejne długie miesiące. Czy to normalne?

Nie znam sprawy, więc nie odnoszę się konkretnie do tego przykładu, ale jest coś takiego jak kretynizm prawniczy objawiający się np. w niewolniczym trzymaniu się treści przepisu w fałszywym przekonaniu, że przepis to jest norma prawna. W przepisie, nawet najgłupszym jest coś napisane, to ja się będę tego trzymał, żeby sobie ułatwić, nie podjąć decyzji, oddalić jej podjęcie, a tym samym potencjalne kłopoty.

Dlaczego procedury w Trybunale Konstytucyjnym są tak długotrwałe?

Sprawy w TK mogłyby być szybciej rozstrzygane pod warunkiem, że wszyscy sędziowie przebywaliby przez dni robocze w Trybunale. W tym czasie, kiedy ja byłem sędzią TK były trzy, może cztery osoby, które pracowały wyłącznie jako sędziowie Trybunału Konstytucyjnego. Reszta to byli m.in. profesorowie z innymi zobowiązaniami, choćby uczelnianymi. Wydaje mi się, że coś trzeba byłoby z tym zrobić?

A nie za dużo jest profesorów w Trybunale Konstytucyjnym? W roli sędziów Trybunału sprawdzaliby się zapewne również ludzie, którzy mają nie tylko wzniosłe, ale także praktyczne odczucie Konstytucji oraz systemu prawnego. Mam na myśli świetnych menedżerów u schyłku aktywności w biznesie, ale także prawników i partnerów najlepszych kancelarii prawnych.

W systemach anglosaskich prawo tworzą sędziowie. Na kontynencie europejskim twórcami prawa byli i po części nadal są profesorowie. Wydawało się zatem zupełnie naturalne, że będą także najlepszymi sędziami najwyższych instancji, choć słuszność tego wywodu wydaje mi się wątpliwa. Doskonała znajomość jakiegoś zestawu przepisów z pewnego działu prawa nie stanowi gwarancji, że osoba z taką wiedzą będzie wydawać sprawiedliwe wyroki.

Podkreślam jeszcze raz – normy prawne wyprowadza się z całego szeregu przepisów. Nie są to już tylko przepisy prawa krajowego, ale europejskiego i międzynarodowego, jak również postanowienia konwencji, traktatów oraz umów międzypaństwowych. Zgadzam się zatem z opinią, że wśród sędziów TK powinno znaleźć się więcej miejsca dla ludzi z „krwi i kości” państwa i gospodarki. Nie jestem oczywiście w stanie wskazać jakiego rozstrzygającego kryterium wyboru, ale chciałbym, żeby były to wyraziste osobowości, znane społeczeństwu ze swoich poglądów i dokonań zawodowych tudzież życiowych. Taki był śp. sędzia Stanisław Dąbrowski.

Rozmawiał Jan Cipiur

Jerzy Stępień (Fot. PAP)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Ecce Homo+ 

Kategoria: Trendy gospodarcze
A co, jeśli istniejemy na Ziemi właśnie po to, by ostatecznie ewoluować do stanu wirtualnej świadomości? Być może czas nam dany służyć ma dojściu do stanu ducha na obraz i podobieństwo istoty wyższej, do której ideału mamy dążyć. Sztuczna inteligencja i ideologia transhumanizmu wpisywałyby się w tak pojmowaną ewolucję człowieka.
Ecce Homo+ 

Bardziej niż transhumanizmu boję się urzędników

Kategoria: Analizy
Kościół zajmuje się ludźmi marginalizowanymi, a skoro tak, to powinien się zająć przedsiębiorcami. W mojej opinii to najbardziej marginalizowana grupa na świecie – mówi w świątecznej rozmowie z Obserwatorem Finansowym ojciec Jacek Gniadek, misjonarz werbista, zagorzały zwolennik wolnego rynku i austriackiej szkoły ekonomii.
Bardziej niż transhumanizmu boję się urzędników

Czcza teza o „kapitałocenie” odciąga od spraw poważnych

Kategoria: Analizy
Każdy ma prawo do poglądów, ale na nietrafne szkoda czasu. Tyle słów wystarczyłoby w sprawie rzekomego „kapitałocenu” i jego straszliwych konsekwencji, gdyby nie szacunek dla tych wszystkich, którym Rafał Woś starał się namieszać w głowach – jak mniemam – bez powodzenia.
Czcza teza o „kapitałocenie” odciąga od spraw poważnych