Powszechne twierdzenia na temat gospodarek rozwiniętych to mity

28.01.2020
Stany Zjednoczone rozwijają się szybciej i stoją na wyższym poziomie rozwoju gospodarczego niż Europa, a Japonia od 30 lat znajduje się w stagnacji – to powszechne twierdzenia na temat gospodarek rozwiniętych. Nie mają one jednak zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.
27.01_otwarcie


Dość powszechnie twierdzi się, że gospodarka Stanów Zjednoczonych zarówno szybciej rośnie, jak i stoi na wyższym poziomie rozwoju niż gospodarka europejska. Jest rzekomo bardziej innowacyjna i zaawansowana technologicznie – giganci technologiczni, jak Google i Apple, pochodzą ze Stanów, a podobne firmy trudno znaleźć w Europie. Rozwojowi gospodarczemu USA sprzyjać mają również m.in. relatywnie niższe podatki i luźniejsze regulacje, w tym rynku pracy, bardziej rozwinięty rynek kapitałowy, czy kult przedsiębiorczości (Feldstein, 2017).

Jeśli Europa radzi sobie pod względem gospodarczym gorzej od Stanów Zjednoczonych, to co mają powiedzieć Japończycy? Od czasu pęknięcia bańki w 1991 r., w powszechnej opinii Japonia znajduje się w stagnacji – pierwszą dekadę po pęknięciu bańki określono mianem straconej, a następnie to określenie przeciągano na kolejne dekady – niedługo minie trzecia „stracona” dekada. Rzekomo długotrwałej stagnacji towarzyszy długotrwała deflacja (czy też bardzo niska inflacja). Z oboma zjawiskami Japończycy próbują walczyć zarówno za pomocą agresywnej polityki fiskalnej (dług publiczny sięga 240 proc. PKB), jak i monetarnej (luzowanie ilościowe rozpoczęli jako pierwsi i prowadzą je zdecydowanie na największą skalę).

Pierwszy rzut oka na dane potwierdza te tezy – i tłumaczy skąd się one biorą. W latach 1991-2018 gospodarka Stanów Zjednoczonych rosła średnio o 2,6 proc. rocznie, gospodarka krajów „starej” Unii Europejskiej (UE-15) o 1,6 proc., a Japonii 0,9 proc. Z kolei PKB per capita według parytetu siły nabywczej wyniósł około 60 tys. dolarów międzynarodowych w USA, a tylko 44 tys. w UE-15. Nawet jeśli zdefiniujemy Europę nieco węziej, eliminując z niej Wyspy Brytyjskie i kraje Południa (Portugalię, Hiszpanię, Włochy i Grecję), PKB per capita pozostaje wyraźnie niższe niż w USA (48 tys. dol.).

PKB nie jest jednak najlepszą miarą rozwoju gospodarczego. Jego wzrost może wynikać z efektu skali – zwiększenia się analizowanego obszaru pod względem terytorium lub populacji. PKB per capita, czyli na mieszkańca, to najprostszy sposób wyeliminowania efektu skali. Skorygowanie danych o wzrost populacji znacząco zmniejsza różnice pomiędzy analizowanymi obszarami – okazuje się, że PKB per capita w USA rosło już tylko o 1,6 proc. rocznie, w UE-15 o 1,2 proc., a w Japonii o 0,8 proc. Wzrost populacji jest w USA znacząco wyższy niż w Europie i Japonii, co wynika z wyższej dzietności – Amerykanka w ostatnim 30-leciu rodziła średnio 2 dzieci, a Europejka i Japonka 1,4 – a w porównaniu z Japonią również z większej imigracji (imigranci zwiększali populację USA średnio o 0,4 proc. rocznie, podczas gdy w Japonii ich znaczenie było marginalne).

Zmierzyć produktywność

PKB per capita jako miara rozwoju gospodarczego także nie jest pozbawiona wad. Nie wszyscy obywatele uczestniczą przecież w wytwarzaniu dochodu narodowego – część się uczy, inni są na emeryturze lub nie pracują ze względów zdrowotnych, a jeszcze inni po prostu zrezygnowali z pracy. Lepszą miarą poziomu rozwoju gospodarczego jest PKB na pracownika – najprostsza miara produktywności.

Skorygowanie danych o aktywność zawodową powoduje spadek średniego tempa wzrostu we wszystkich krajach, a zwłaszcza w Europie. Wynika to ze wzrostu współczynników aktywności zawodowej – w ostatnim 30-leciu wydłużanie okresu aktywności zawodowej i wzrost aktywności wśród kobiet przeważył nad negatywnym wpływem starzenia się społeczeństwa. Różnice w tempie wzrostu gospodarczego pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Europą i Japonią pozostają jednak podobne jak dla PKB per capita. Podobnie jest, gdy przeanalizujemy poziomy – różnica pomiędzy USA a UE-15 utrzymuje się, choć dochodzi do interesujących przetasowań wewnątrz Europy – Francja i Włochy okazują się bardziej produktywne od Niemiec i Wielkiej Brytanii.

PKB na pracownika można jednak jeszcze ulepszyć. Przeciętny czas pracy różni się dość znacznie pomiędzy krajami, zarówno ze względu na różnice w pełnoetatowym czasie pracy (różnice w liczbie przysługujących dni urlopu i świąt oraz tygodniowym wymiarze czasu pracy), jak i popularności pracy na niepełny etat. Lepszym wskaźnikiem produktywności i poziomu rozwoju gospodarczego jest zatem PKB na godzinę pracy. Uwzględnienie czasu pracy znacząco wpływa na wyniki – produktywność w Stanach Zjednoczonych nadal co prawda rośnie średnio o 1,6 proc. rocznie, ale oszacowanie średniej dynamiki produktywności w kontynentalnej Europie Północno-Zachodniej wzrasta do 1,4 proc., podobnie jak w Japonii. Gorzej sytuacja wygląda jednak na południu Europy – we Włoszech i Hiszpanii produktywność rosła zaledwie w tempie 0,7-0,8 proc. rocznie.

W Europie, a przede wszystkim w Japonii, średnia liczba godzin pracy znacząco bowiem spadła w ostatnim 30-leciu, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych obniżyła się tylko nieznacznie. Wynika to przede wszystkim ze wzrostu popularności pracy na niepełny etat, do czego przyczyniło się starzenie się społeczeństwa i wzrost aktywności zawodowej kobiet. Uwzględnienie czasu pracy ma jeszcze większy wpływ na oszacowania poziomu rozwoju gospodarczego – przewaga Stanów Zjednoczonych nad Europą Płn.-Zach. całkowicie znika, a wręcz to Europejczycy okazują się nieco bardziej produktywni. Wynika to ze znacznie mniejszej średniej liczby godzin pracy w Europie Północno-Zachodniej niż w Stanach Zjednoczonych (1440 vs 1790 godzin rocznie), co jest spowodowane większymi uprawnieniami do urlopu i większą popularnością pracy na niepełny etat, a także krótszym tygodniem pracy we Francji.

Patrząc na zmiany poziomu produktywności w czasie, można zauważyć, że w latach 90. Francja, Niemcy i Włochy były nawet bardziej produktywne niż USA. Przewagę tę straciły w latach 2000., co w przypadku krajów północno-zachodniej części kontynentu należy zapewne wiązać z ówczesnymi strukturalnymi problemami niemieckiej gospodarki, a w przypadku krajów południa z negatywnymi skutkami przedkryzysowego boomu. Najdobitniej widać to na przykładzie Hiszpanii, gdzie pomimo całkiem szybkiego wzrostu PKB przed kryzysem, produktywność spadała, co wynikało z realokacji zasobów do mniej produktywnego sektora budowlanego i napływu nowych i mniej produktywnych pracowników na rynek pracy, w tym imigrantów. Po kryzysie gospodarka europejska – wbrew powszechnym opiniom – rozwijała się średnio w podobnym tempie co amerykańska, choć gorzej radziły sobie Włochy i Wielka Brytania.

Porównanie produktywności sektorów gospodarki pomiędzy Europą (kontynentalną Północno-Zachodnią) a Stanami Zjednoczonymi potwierdza powszechną intuicję, że USA przeważa nad Europą w technologiach informatycznych (produktywność w dziale informacja i komunikacja jest wyższa o 31 proc.) i usługach finansowych (o 10 proc.). Stany Zjednoczone mają przewagę także w energetyce, obsłudze rynku nieruchomości, administracji publicznej i obronie narodowej (co nie dziwi ze względu na siłę militarną tego kraju), oraz górnictwie (co też nie może dziwić ze względu na większe zasoby ropy i gazu). Europejczycy mają jednak zdecydowaną przewagę w zakwaterowaniu i gastronomii (aż o 62 proc., co można wiązać z rozwojem turystyki) i rolnictwie (produktywność wyższa o 35 proc.). Przeważają także w budownictwie i handlu.

Te przewagi – łącznie z efektami kompozycyjnymi, czyli wynikającymi z różnic w poziomie produktywności pomiędzy sektorami i ich różnym udziale w gospodarkach poszczególnych krajów – składają się na podobny poziom produktywności w kontynentalnej Europie Północno-Zachodniej co w Stanach Zjednoczonych.

Europa wcale więc nie musi gonić USA. Gospodarka europejska – przynajmniej w północno-zachodniej części kontynentu – jest równie rozwinięta jak gospodarka amerykańska i rozwija się w podobnym tempie, ale Europejczycy pracują mniej (i ta różnica pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Europą się powiększa), a przyrost naturalny w Europie jest niższy niż w USA, przez co dochody Europejczyków są niższe, a ich suma rośnie wolniej.

Na niższą liczbę godzin pracy w Europie można patrzeć dwojako. Z jednej strony, może ona wynikać z nieefektywności gospodarki – ludzie chcieliby pracować więcej, ale nie mogą. Większy odsetek osób pracujących na niepełny etat wbrew własnej woli oraz wyższy poziom stopy bezrobocia w niektórych krajach europejskich – zwłaszcza we Francji – niż w USA wskazuje, że częściowo tak rzeczywiście jest. Z drugiej strony, zmniejszanie czasu pracy może być w pełni świadomym wyborem Europejczyków, którzy cenią sobie czas wolny bardziej niż Amerykanie, co przejawiają, zmniejszając wymiar etatu wraz ze wzrostem dochodów oraz głosując na polityków, którzy opowiadają się za większym wymiarem urlopu, większą liczbą świąt oraz krótszym tygodniem pracy. Tak też niewątpliwie – przynajmniej częściowo – jest. Jeśli ten drugi czynnik przeważa, PKB na godzinę pracy można uznać nie tylko za lepszy miernik poziomu rozwoju gospodarczego, ale również za lepszy miernik dobrobytu niż PKB per capita, który uwzględnia wartość czasu wolnego.

Gospodarka oparta na wolnym od pracy

Oczywiście, jako miernik dobrobytu PKB na godzinę pracy pozostaje daleki od ideału, nie uwzględniając szeregu innych niż dochód (i ewentualnie czas wolny) zmiennych, które niewątpliwie wpływają na dobrobyt, jak np. zdrowie czy bezpieczeństwo. Tak się jednak składa, że pod względem tych pozostałych zmiennych Europa wypada często znacznie lepiej niż Stany Zjednoczone – oczekiwana długość życia jest średnio o ponad 3 lata wyższa, a liczba przestępstw (zwłaszcza zabójstw) znacznie niższa.

Gospodarka Japonii również rozwija się w podobnym tempie, co gospodarki Europy i Stanów Zjednoczonych, choć PKB rośnie wolniej ze względu na niższy przyrost naturalny i spadek liczby godzin pracy. Japończycy wcale nie muszą się więc głowić jak wyjść ze stagnacji. Warto przy tym zauważyć, że gospodarka Japonii jest znacznie mniej produktywna niż gospodarki USA i Europy, a więc za sprawą efektu doganiania powinna rosnąć szybciej, co nie ma jednak miejsca. Reformy strukturalne wspierające wzrost są więc tam jak najbardziej potrzebne.

Polska na tle świata

Na koniec przyjrzyjmy się jeszcze temu, co nam najbliższe, czyli jak pod względem PKB na godzinę pracy wypada Polska na tle innych krajów szeroko rozumianej Europy Środkowo-Wschodniej i gospodarek rozwiniętych. W latach 1995-2018 (próba jest krótsza niż dla gospodarek rozwiniętych ze względu na braki w danych) produktywność naszej gospodarki rosła w tempie niemal 4 proc. rocznie, podobnie jak PKB. W tym okresie rozwijaliśmy się w tempie podobnym co kraje bałtyckie, nieco szybszym niż Słowacja i znacznie szybciej niż Słowenia, Czechy i Węgry. Biorąc pod uwagę, że licząc od końca lat 80. wzrost PKB per capita w Polsce był znacznie szybszy niż w krajach bałtyckich (które przeżyły znacznie większe załamanie PKB w I połowie lat 90.), analiza wzrostu produktywności potwierdza, że Polska jest mistrzem transformacji i mistrzem Europy we wzroście gospodarczym.

Nieco gorzej sprawa wygląda, jeśli chodzi o dystans dzielący nas od gospodarek rozwiniętych. Polskie PKB na godzinę pracy w 2018 r. wynosiło 54 proc. niemieckiego i dystans dzielący nas od Niemiec był pod tym względem większy niż w przypadku PKB per capita i PKB na pracownika (odpowiednio 60 proc. i 71 proc. poziomu niemieckiego). Przeciętny polski pracownik jest więc nadal niemal 2 razy mniej produktywny niż pracownik niemiecki, ale częściowo nadrabia to, pracując więcej, dzięki czemu różnica w dochodach (wg parytetu siły nabywczej) jest nieco mniejsza. Odstajemy zwłaszcza w obsłudze rynku nieruchomości, rolnictwie oraz sztuce, rozrywce i rekreacji (w tych działach Niemcy są ponad 3 razy bardziej produktywni), przemyśle, edukacji oraz administracji publicznej i obronie narodowej. Najmniejszą stratę mamy w usługach profesjonalnych, naukowych i technicznych oraz w handlu, ale i w tych działach jesteśmy o około 25 proc. mniej produktywni od Niemców. Pokazuje to, jak daleka jest jeszcze droga przed nami, zanim dogonimy Zachód.

Dobra wiadomość jest jednak taka, że pod względem produktywności wypadamy lepiej na tle pozostałych krajów regionu niż pod względem PKB per capita. Jesteśmy tylko niewiele mniej produktywni niż Czesi i Słowacy, stosunkowo niewiele tracimy też do Litwinów, a wyprzedzamy Węgrów, Estończyków i Łotyszy, podczas gdy pod względem PKB per capita tracimy dość sporo do tych wszystkich krajów z wyjątkiem Węgier i Łotwy. Różnica pomiędzy wskaźnikami wynika głównie z niższej aktywności zawodowej w Polsce niż średnio w pozostałych krajach regionu.

Opinie wyrażone przez autora nie reprezentują oficjalnego stanowiska NBP.


Tagi


Artykuły powiązane