Autor: Ignacy Morawski

Ekonomista, założyciel serwisu SpotData.

Rewolta przeciw możnym tego świata na dwa sposoby

Wpływowi są zbyt wpływowi, a bogaci stają się zbyt bogaci. Trzeba temu przeciwdziałać. Z tą ogólną konkluzją zgadzają się ekonomiści różnych maści – od liberalnych po lewicowych. Ta rewolta przeciw możnym tego świata nie ma jednej twarzy, lewicowej czy prawicowej.
Rewolta przeciw możnym tego świata na dwa sposoby

(oprac.graf. D. Gąszczyk)

To nie są czasy dla Robin Hooda, ale dla Horatio Algera też nie. Pierwszy, przypomnijmy, symbolizuje walkę w obronie ubogich i uciśnionych z bogatym władcą. Drugi to autor popularnych w Stanach Zjednoczonych opowieści o pucybutach, którzy dzięki pracowitości, uczciwości i pomysłowości dochodzili do wysokich pozycji społecznych.

Bieda i opresja może powoli, ale jednak na świecie ustępują, Robin Hood miałby zatem coraz mniej pracy. Ale i Horatio Algerowi mogłoby brakować inspiracji. Cechą współczesnych gospodarek rozwiniętych, która została tylko umocniona przez obecny kryzys, są narastające nierówności, ponieważ dochody najzamożniejszych rosną znacznie szybciej niż dochody klasy średniej i robotników. Zamykają się  też szanse awansu.

Nawet konserwatywny „The Economist“ pisał: „We wszystkich krajach rozwiniętych poziom życia przeciętnych pracowników spada, podczas gdy bankierzy i menedżerowie prowadzą całkiem miłe życie“. Na problem zwracała uwagę w grudniu 2011 r. OECD, wskazując, że nadmierne nierówności godzą w stabilność społeczną. Nie dlatego, że w samych różnicach jest coś złego, ale gdy rosną one bardzo szybko, zmniejsza się wiara w sprawiedliwość systemu społecznego.

W tym roku wyszły dwie głośnie książki znanych ekonomistów starających się odpowiedzieć na pytanie, jak rządy mogą zaradzić nierównościom. Luigi Zingales z Uniwersytetu Chicago w „A Capitalism for The People“ stara się przekonać, że Ameryce i innym krajom rozwiniętym potrzebna jest radykalna strategia prorynkowa. A Joseph Stiglitz z Uniwersytetu Columbia w „The Price of Inequality“ wskazuje, że rządy powinny być znacznie bardziej aktywne w ochronie najsłabszych, poprzez większą redystrybucję dochodu. Który z nich jest bardziej przekonujący? Zingales oferuje więcej pomysłów, które pachną świeżością, wprowadzają nowe wątki do starych problemów, inspirują do myślenia. Jednak od pewnych trafnych obserwacji Stiglitza również nie można uciec.

Zingales versus Stiglitz, rynek kontra rząd

Zacznijmy od przyczyn narastających nierówności. Generalnie panuje zgoda co do listy czynników sprzyjających nierównościom, choć różni ekonomiści przypisują im odmienną wagę.

Po pierwsze, postęp technologiczny sprawia, że największe zyski osiągają najlepiej wykształceni, za czym nie podąża upowszechnienie edukacji. Po drugie, globalizacja usług sprawia, że zwycięzcy „biorą wszystko”. Po trzecie, rosnąca mobilność kapitału w połączeniu z niską mobilnością siły roboczej daje właścicielom kapitału coraz większą przewagę w negocjacjach płacowych. Po czwarte, konkurencja ze strony pracowników z rynków wschodzących wywiera presję na spadek wynagrodzeń w krajach rozwiniętych.

Po piąte, zmniejszenie roli związków zawodowych osłabia pozycję przetargową pracowników fizycznych. Po szóste wreszcie, w rosnących nierównościach jest inercja – zamożni mają większy wpływ na politykę, który wykorzystują do umacniania swojej pozycji. Temu ostatniemu punktowi i Zingales i Stiglitz poświęcają bardzo wiele uwagi.

Co z tym fantem można zrobić? Zingales ma jedną receptę: więcej rynku! Jest ona prosta tylko pozornie, ponieważ analiza tego ekonomisty jest głęboka, dotyka wielu obszarów życia (od służby zdrowia, poprzez finanse po edukację) i opiera się na wielu trafnych obserwacjach i ważnych badaniach. Próbuje on udowodnić, że dobrze działający wolny rynek, przy ograniczonej asyście państwa, da szanse awansu rzeszom ludzi, których nadzieje są obecnie blokowane przez mariaż interesów wielkiego biznesu i nieudolności rządu.

Propozycje włoskiego ekonomisty idą w wielu kierunkach. Pierwszym krokiem do zrównania szans ma być wprowadzenie większej konkurencji w dziedzinach, które są zdominowane przez państwo lub monopole i przez to zbyt drogie. Chodzi m.in. o edukację, służbę zdrowia, czy finanse. Kolejny krok to ograniczenie wpływów politycznych dużego biznesu, który skutecznie chroni swoje interesy, ograniczając możliwości rozwoju nowym firmom. Dlatego należałoby radykalnie ograniczyć możliwości lobbingu, utrudniać powstawanie konglomeratów o dużej sile politycznej, a także usprawnić system zarządzania spółkami (corporate governance) poprzez zwiększenie wpływu akcjonariuszy.

Następny postulat Zingalesa to uproszczenie wszelkiego rodzaju regulacji. Ich celem jest pozornie ochrona bezpieczeństwa konsumentów i sprawności rynku, jednak stopień skomplikowania prawa otwiera pole do ogromnych nadużyć i ułatwia wpływowym firmom realizowanie swoich interesów. Wreszcie postulat o największej chwytliwości politycznej – ograniczyć rolę rządu, czyli zmniejszyć wydatki publiczne i wraz z nimi podatki. Duży rząd ogranicza bodźce do konkurencji, a zwiększa bodźce do walki o publiczny pieniądz. W takiej walce z kolei łatwiej o narastanie nierówności, gdyż nie liczą się talenty lecz spryt.

Stiglitz ma kilka podobnych pomysłów, co Zingales. Też wskazuje na konieczność ograniczenia wpływów politycznych dużych korporacji, skuteczniejszej walki z monopolami, ograniczenia ukrytego wsparcia państwa dla sektora finansowego (przynajmniej kilka punktów wspólnych – to już coś!). Opiera się na pojęciu renty, czyli dochodu powstałego nie na skutek wytworzenia usług lub towarów, ale siły przetargowej lub politycznej.

Jednak fundament jego koncepcji jest zdecydowanie odmienny niż Zingalesa: chce wycofania rządu z konszachtów z wielkimi korporacjami, ale jednocześnie większego zaangażowania rządu w redystrybucję i ochronę słabszych obywateli. Twierdzi, że globalizacja w obecnej formie – czyli oparta na wolności przepływów kapitału i towarów, ale pozbawiona mobilności siły roboczej – nieuchronnie będzie wywierała presję na spadek płac rzeszy obywateli, którzy pozostawieni sami sobie nie dadzą sobie rady z tym wyzwaniem.

(oprac.graf. D. Gąszczyk/ CC BY-NC binarydreams)

(oprac.graf. D. Gąszczyk/ CC BY-NC binarydreams)

Pierwszym krokiem ma być zatem zwiększenie podatków od wysokich dochodów, kapitału oraz bogactwa (czyli głównie spadków). To ma zapewnić odpowiednie środki na edukację, która pozwoli podnosić kwalifikacje pracownikom narażonym na efekty globalizacji, dać fundusze na inwestycje publiczne, czy służbę zdrowia. Jednocześnie – zdaniem Stiglitza – należałoby ograniczyć swobodę globalnych przepływów kapitału portfelowego, a także wywierać międzynarodową presję na zaprzestanie „równania w dół“ w zakresie ochrony praw pracowników. Towarzyszyć temu powinna bardziej aktywna polityka monetarna i fiskalna, zmierzająca do zwiększenia zatrudnienia.

Państwo nie może za bardzo się wycofać

Dyskusja o tym, na ile państwo powinno ingerować w gospodarkę, będzie zapewne trwała do końca świata, dlatego próba odpowiedzi na pytanie „kto ma rację“ jest z góry skazana na porażkę. Mamy jednak do czynienia z konfrontacją dość przejrzystych argumentacji dwóch popularnych ekonomistów, możemy więc spróbować ocenić, który wykonał lepszą robotę w przekonywaniu do swoich tez.

Nie przypadkowo to praca Zingalesa znajduje się na liścia kandydatów do tytułu książki roku „Financial Times“, a Stiglitza – nie. Włoski ekonomista mało miejsca poświęca ideowym rozważaniom, a więcej konkretnym diagnozom i propozycjom. Lepiej broni roli rynku niż Stiglitz roli rządu. Wiele wysiłku wkłada w przekonanie czytelnika, że rynek służy również słabszym, Stiglitz zaś nie próbuje mierzyć się z problemami, które rodzi zwiększanie redystrybucji i ochrony pracowników.

Odwołując się do konkretnych badań Zingales tłumaczy, że pokrywanie kosztów ubezpieczeń zdrowotnych przez państwo lub pracodawców znacząco zwiększa bodźce do podnoszenia tych kosztów przez firmy medyczne. To sami konsumenci, zdaniem Zingalesa, powinni pokrywać część kosztów ubezpieczeń, a jednocześnie decydować o tym, gdzie się ubezpieczą – to obniżyłoby ceny. Czy ma rację? Można dyskutować ile dokładnie powinni wziąć na siebie konsumenci, ale sugestia, że konkurencja obniża ceny ma silne oparcie w faktach. Tymczasem Stiglitz oferuje dość banalną receptę – służba zdrowia dla każdego. Nie wspomina, że kraje z powszechną i państwową służbą zdrowia również mają problemy z zapewnieniem obywatelom odpowiedniej opieki.

Zingales zgadza się, że wysokie koszty edukacji ograniczają dostęp do niej zbyt wielu młodym ludziom. Ale proponuje finansowanie kapitałowe, czyli udział instytucji finansującej w przyszłym wynagrodzeniu studenta. To przenosi część ryzyka finansowania studiów z kandydata na instytucję finansową i jednocześnie zwiększa rynkową kontrolę nad kosztami nauki. Trudno przewidzieć, czy taka propozycja miałaby szansę zaistnieć, ale Stiglitz w tej konfrontacji nie wypada dobrze – jego propozycja też ogranicza się do zwiększenia nakładów publicznych na edukację. Nie odpowiada, jak połączyć to z efektywnością tejże edukacji. Amerykańskie uniwersytety są drogie, ale wciąż najlepsze na świecie.

W pewnych kwestiach to Stiglitz ma jednak przewagę. Jego propozycje są mało konkretne, czasami banalne, czasami niepoparte dokładniejszą analizą, ale bardziej przekonująco tłumaczy on zagrożenia dla klasy średniej, wynikające z globalnych procesów makroekonomicznych.

Konkurencja ze strony rynków wschodzących obniża płace coraz większej liczbie przedstawicieli klasy średniej i radykalnie prorynkowe rozwiązania nie rozwiążą tego problemu. Trzeba inwestować w edukację, powinien to nawet być priorytet, można by też zwiększyć rolę rynku w edukacji, jednak naiwna jest wiara, że ludzie nauczą się szybkiego dostosowywania do zmieniających się warunków, elastyczności, błyskawicznej zmiany kwalifikacji.

Człowiek zawsze cechował się awersją do ryzyka, czyli częstych i dużych zmian. Państwo może mu zapewnić pewną poduszkę bezpieczeństwa w postaci usług publicznych, wsparcia finansowego, lepszej infrastruktury, a do tego konieczne są odpowiednie dochody publiczne. I tu Stiglitz osiąga przewagę. Szkoda, że jej nie wykorzystuje do bardziej skutecznej argumentacji w obronie swoich racji.

OF

(oprac.graf. D. Gąszczyk)
(oprac.graf. D. Gąszczyk/ CC BY-NC binarydreams)
Realny-dochód-różnych-grup-dochodowych-w-USA

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Nierówności są wyborem politycznym

Kategoria: Trendy gospodarcze
Nierówności są zawsze wyborem politycznym. I wiele można zrobić, aby im przeciwdziałać – mówi Lucas Chancel, ekonomista z Paryża we wprowadzeniu do nowego raportu World Inequality Lab (WID) na temat nierówności.
Nierówności są wyborem politycznym

Pandemia pogłębiła nierówności w wielu wymiarach

Kategoria: Analizy
Pandemia COVID-19 pogłębiła istniejące nierówności między grupami dochodowymi, sektorami gospodarki, regionami czy płciami – taki wniosek płynie z badań Stefanie Stantchevej, ekonomistki z Uniwersytetu Harvarda.
Pandemia pogłębiła nierówności w wielu wymiarach

Koniec kapitalizmu jaki znamy?

Kategoria: Trendy gospodarcze
Konkurencyjne rynki pozostawione same sobie, bez rządowych regulacji, mają tendencję do zwiększania nierówności. Jest możliwe, że ​​ta rosnąca polaryzacja spowoduje przejście do nowego sposobu organizacji społeczeństw.
Koniec kapitalizmu jaki znamy?