Autor: Ignacy Morawski

Ekonomista, założyciel serwisu SpotData.

Zakaz handlu w niedzielę najbardziej dotknie sprzedawców batonów

Czy wprowadzenie niedzieli wolnej od handlu wpłynęłoby negatywnie na PKB i rynek pracy? Dochód mógłby być niższy, choć niekoniecznie musi się to przełożyć na zatrudnienie. Pesymistyczne ostrzeżenia przeciwników wolnych niedziel nie muszą się sprawdzić, ale nie można ich lekceważyć.
Zakaz handlu w niedzielę najbardziej dotknie sprzedawców batonów

(dane dla Korei Płd; infografika DG/CC BY-NC-SA bwaters23)

Grupa konserwatywnych posłów z czterech partii złożyła w Sejmie projekt wprowadzenia zakazu handlu w niedziele. Efekt był łatwy do przewidzenia: przez media przewinęła się fala dyskusji, czy takie rozwiązanie ma sens. Nagle każdy stał się albo ekonomistą albo etykiem. Każdy próbuje ocenić, jaki to będzie miało wpływ na naszą zamożność, zatrudnienie, płace i radość z życia.

Są dwie narracje. Pierwsza wskazuje, że wolna niedziela pozwoli wielu pracownikom na świętowanie ważnego w naszej kulturze dnia tygodnia. Dochód i zatrudnienie nie powinny spaść, gdyż ludzie przesuną zakupy z niedzieli na inne dni tygodnia. Druga narracja odpowiada, że są pewne towary lub usługi, które nabywa się tylko przy okazji niedzielnej wycieczki do centrum handlowego. Obroty niektórych firm zatem spadną, co zmusi je do redukcji zatrudnienia. W warunkach kryzysowych to prawdziwy strzał w stopę.

Kto ma rację? Sprawa ma wymiar nie tylko ekonomiczny, ale również kulturowy, dlatego trudno skupić wszystkie argumenty na jednej kartce i rozdzielić linią. W wielu krajach rozwiniętych stosuje się ustawowe ograniczenie handlu w niedziele, choć należałoby spytać prawników lub antropologów, na ile wsparcie ustawowe norm kulturowych ma sens.

Ekonomista musi zaś odpowiedzieć na pytanie, co się stanie z dochodem narodowym, zatrudnieniem, cenami, płacami itd. jeżeli społeczeństwo – poprzez swoich przedstawicieli – zechce wprowadzić ograniczenia handlu w niedzielę? Spróbujmy wskazać pewne mechanizmy związane z dochodem i zatrudnieniem, choć zapewne próba ta może okazać się niedoskonała.

Na początek prosta teoria

Czarne scenariusze rysowane przez krytyków propozycji nie muszą się sprawdzić. Mówią oni o dziesiątkach tysięcy utraconych miejsc pracy, wzroście bezrobocia, spadku dochodów do budżetu. To może być przesadzona wizja. Ponieważ jednak trudno dostarczyć jednoznaczne dowody, że tak się nie stanie, jakiekolwiek próby majstrowania przy niedzieli należy wykonywać z ekstremalną ostrożnością,

Żeby odpowiedzieć na pytanie o wpływ wolnej niedzieli, trzeba jednak najpierw przyjąć jakiś uproszczony schemat funkcjonowania gospodarki. Przestrzegałbym przed spoglądaniem na problem z perspektywy zmian popytu  – że wolna niedziela to mniejszy popyt na pewne towary. Pamiętajmy, że kategoria popytu ma duże znaczenie przy analizowaniu wahań koniunktury gospodarczej, ale nie przy analizowaniu potencjału danej gospodarki.

Sugerowałbym, żeby spojrzeć na problem w następujący sposób. Dochód narodowy zależy od liczby przepracowanych godzin oraz produktywności. Liczba przepracowanych godzin zależy od preferencji dotyczących konsumpcji i czasu wolnego. A stopa zatrudnienia (udział zatrudnionych w populacji chętnej do pracy)?

To jest kluczowy punkt – zatrudnienie zależy od całej masy czynników instytucjonalnych, takich jak edukacja, system podatkowy, kultura pracy i przedsiębiorczości, skala wykluczenia społecznego, ale prawdopodobnie nie zależy od preferencji dotyczących czasu wolnego i konsumpcji. Są kraje, w których pracownicy akceptują ogromne obciążenia godzinowe, jak Korea Południowa czy Meksyk, a są takie, gdzie pracownicy cenią bardziej czas wolny, jak Holandia, gdzie liczba przepracowanych godzin jest dość niska (ale za to produktywność bardzo wysoka!). Wiele zależy od preferencji.

Mając w głowie taki schemat, prześledźmy wpływ wprowadzenia wolnej niedzieli na gospodarkę. Krok po kroku, najpierw z perspektywy makro, a później mikroekonomicznej.

Perspektywa makro

Pierwsze pytanie, jakie należy zadać, to czy wolna niedziela wpłynie na preferencje dotyczące konsumpcji i czasu wolnego? Jeżeli nie, to problemu w ogólnie nie ma. Ale taki wpływ zapewne wystąpi, choć proponujący regulację powinni zamówić badania jak silny może być ten wpływ. Może zmniejszyć się konsumpcja bardzo drobnych towarów i usług, takich jak mała kawa, batony i lody, małe gadżety, czyli wszystkiego, co kupuje się przy okazji innych zakupów i co nie stanowi o standardzie życia.

Będzie to zapewne niewielki efekt, ale ponieważ w gospodarce zmniejszy się konsumpcja (zarówno teraźniejsza jak i przyszła, czyli nie zwiększą się oszczędności), zwiększy się ilość czasu wolnego, a w związku z tym musi spaść liczba przepracowanych godzin. Pamiętajmy, że na razie wciąż jesteśmy na poziomie makro. Otrzymujemy średnio mniejszą liczbę godzin na pracownika, ale nie zadajemy pytania, kto konkretnie i co straci. Efekt może być nieodczuwalny z punktu widzenia jednostek.

Ponieważ dochód zależy od liczby przepracowanych godzin i produktywności, a wolna niedziela raczej nie wpłynie na produktywność, bezpośrednim efektem musi być spadek dochodu. Dochód dzieli się na zyski firm i płace, więc dojdzie zarówno do obniżenia zysków jak i płac (ogólnych, nie płacy na godzinę) w gospodarce. Czyli będziemy biedniejsi, choć znów warto powtórzyć, że efekt nie musi być bardzo odczuwalny z punktu widzenia jednostek. Jeżeli dojdzie do pewnego ograniczenia konsumpcji, to zmniejszyć liczbę godzin pracy muszą nie tylko ci, których towary się konsumuje, ale również ci, którzy kupują.

Teraz kluczowy punkt – jesteśmy średnio biedniejsi, ale czy to przekłada się na stopę zatrudnienia i bezrobocia? Nie, ponieważ nie dochodzi do żadnych zmian strukturalnych w gospodarce, które mogłyby mieć taki efekt. Centralnym założeniem tego schematu jest to, że wolna niedziela wpływa na zmianę preferencji między konsumpcją a czasem wolnym w całej gospodarce. Potencjał wytwórczy pracowników nie spada, raczej nie poszerza się skala wykluczenia społecznego, nie zmienia się kultura pracy i przedsiębiorczości. Gospodarka osiąga swój naturalny poziom zatrudnienia i bezrobocia przy niższym poziomie przepracowanych godzin. Po wprowadzeniu wolnej niedzieli, pracy byłoby mniej, konsumpcji również mniej, czasu wolnego więcej, ale te proporcje nie powinny zmienić poziomu zatrudnienia.

(infografika D.Gąszczyk/CC BY-NC-SA Rev. Xanatos Satanicos Bombasticos)

*dane dla Korei Południowej (infografika D.Gąszczyk/CC BY-NC-SA Rev. Xanatos Satanicos Bombasticos)

Perspektywa mikro

Doskonale jednak wiemy, że coś co ładnie wygląda w schematach makroekonomicznych, niekoniecznie musi być takie proste w rzeczywistości. Gospodarka rynkowa pełna jest niedoskonałości, które sprawiają, że zgrabne teoretyczne modele nie zawsze działają w rzeczywistości. Efekt wolnej niedzieli może przyjąć bardzo różną formę, od czego będą zależały reakcje rynku pracy.

Przede wszystkim wiemy, że dostosowania na rynku pracy następują zwykle bardzo powoli. Jeżeli rynek pracy dozna jakiegoś wstrząsu, na przykład w postaci spadku popytu na jakieś towary, to przemieszczenia zatrudnienia nie nastąpią od razu, ale trwają miesiącami lub nawet latami, wiążąc się z dyskomfortem pracowników.

Trzeba zatem rozważyć pytanie, czy zmiana preferencji między konsumpcją i czasem wolnym będzie wstrząsem, który dotknie silnie jakieś szczególne branże i przez to będzie bardzo odczuwalny, czy też rozejdzie się po całej gospodarce, różnych branżach i firmach, przez co nie powinien prowadzić do bolesnych efektów?

Odpowiedź wcale nie jest łatwa. Często wskazuje się, że wolna niedziela dotknie szczególnie jedną branżę – małą gastronomię (kawa, lody itd.), poprzez spadek popytu na jej usługi w centrach handlowych. Wtedy zatrudnienie w tej branży może się zmniejszyć, a zanim pracownicy przemieszczą się do innych branż, minie dużo czasu.

Ale czy rzeczywiście? Czy aż tak zmienią się preferencje konsumentów, że znacząco zmniejszą oni zakupy lodów, kaw i ciasteczek? Wydaje się, że istnieją trzy argumenty przeciwko takim obawom.

Po pierwsze, duża część ubytku popytu rozejdzie się po drobnych towarach ze sklepów, które kupuje się przy okazji innych zakupów, więc będzie nieodczuwalna z punktu widzenia konkretnych branż. Minimalnie spadnie popyt np. na batoniki, lizaki, drobne broszki, czy kokardki, ale wątpliwe, czy jakieś firmy przeprowadzą z tego powodu większe zwolnienia.

Po drugie, część popytu na usługi małej gastronomii zostanie przekierowana na punkty usługowe znajdujące się poza centrami handlowymi – zamiast iść na spacer i lody do galerii handlowej, rodzina może przejść się po parku, gdzie powstanie nowa kawiarnia.

Po trzecie, Polska jest krajem, w którym udział konsumpcji żywności poza domem będzie stale rósł (powoli doganiając standardy krajów rozwiniętych), co sprawia, że branża małych punktów gastronomicznych i tak ma dość dobrą przyszłość.

Wydaje się zatem, że efekt wolnej niedzieli i zmiany preferencji mógłby być dość łagodny. Ale mimo tych argumentów, regulacji takiej raczej nie należałoby wprowadzać ani tak gwałtownie ani w momencie, który proponują jej zwolennicy. Zbyt wiele jest bowiem niewiadomych, a w czasach kryzysu i wysokiego bezrobocia nie powinno się rozważać jakichkolwiek działań, które potencjalnie mogą stwarzać ryzyko zmniejszenia zatrudnienia.

Politycy konserwatywni powinni rozważyć następujące postępowanie. Propozycja powinna być znacznie łagodniejsza i skupić się na ograniczeniu godzin niedzielnego handlu  – np. od 12.00 do 18.00, tak jak w Finlandii.  Projektowi powinny towarzyszyć dokładne analizy makro i mikroekonomiczne, symulujące potencjalne zachowania firm i konsumentów oraz reakcje rynku pracy. Analizy te powinny zostać poddane debacie, zarówno wśród ekspertów jak i organizacji obywatelskich – warto zbadać nastawienie Polaków do takiego rozwiązania. Wreszcie z ewentualną implementacją można poczekać na ożywienie koniunktury.

Tak powinno wyglądać zachowanie ustawodawców w teorii. Ale podobnie jak w gospodarce, również w polityce nie wszystko wygląda tak, jak w teorii.

OF

(dane dla Korei Płd; infografika DG/CC BY-NC-SA bwaters23)
(infografika D.Gąszczyk/CC BY-NC-SA Rev. Xanatos Satanicos Bombasticos)
handel niedziela praca bezrobocie srednia-liczba-przepracowanych-godzin-w-roku

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Zmieniające się cykle koniunkturalne – rola zatrudnienia kobiet

Kategoria: VoxEU
Wzrost i stabilizacja wskaźnika aktywności zawodowej kobiet to jedna z największych zmian w powojennych Stanach Zjednoczonych. Nieuwzględnianie różnic między mężczyznami a kobietami w całościowych modelach utrudnia zrozumienie przebiegu cykli koniunkturalnych w gospodarce amerykańskiej.
Zmieniające się cykle koniunkturalne – rola zatrudnienia kobiet

Najdłużej odpoczywają najwydajniejsi

Kategoria: Oko na gospodarkę
Z 26-dniowym ustawowym urlopem Polacy plasują się w czołówce zapracowanych narodów. Najwięcej wolnego, bo aż 7 tygodni rocznie, mają Niemcy. Z reguły więcej czasu na odpoczynek mają mieszkańcy krajów, w których wydajność pracy jest wyższa niż w Polsce.
Najdłużej odpoczywają najwydajniejsi

Konsumenci zadowoleni, a kurom lepiej

Kategoria: Analizy
W ostatnich latach na świecie obserwowany jest silny wzrost popytu na jaja z wolnego wybiegu kosztem jaj z chowu klatkowego. Ta ciekawostka statystyczna daje sposobność przyjrzenia się temu, jak prawa ekonomii mogą być orężem w walce o lepsze traktowanie zwierząt.
Konsumenci zadowoleni, a kurom lepiej