Czy praktyki handlowe Chin rzeczywiście są nieuczciwe

06.02.2019
Podstawową kwestią jest to, czy amerykańskie skargi przeciwko Chinom – podzielane przez wiele rozwiniętych gospodarek – są uzasadnione.

Daniel Gros (PS)


Nie ulega oczywiście wątpliwości, że jednostronne działania amerykańskie są nie do obrony w świetle globalnych zasad handlowych. Ale pewien sprzeciw mógłby być uzasadniony, jeśli gospodarki zaawansowane – które już utworzyły nieformalną grupę kontaktową „poszkodowanych w wyniku polityki Chin”, obejmującą przedstawicieli Unii Europejskiej, Japonii i Stanów Zjednoczonych – rzeczywiście mają rację, że Chiny prowadzą nieuczciwe praktyki handlowe.

Dla Stanów Zjednoczonych największym problemem wydaje się być tzw. wymuszony transfer technologii – czyli wymóg, aby zagraniczne firmy dzieliły się swoją własnością intelektualną z chińskim „partnerem”, jeśli chcą uzyskać dostęp do chińskiego rynku. Jest to jednak w najlepszym razie określenie niewłaściwe, ponieważ firmy, które nie chcą dzielić się swoją technologią, mogą podjąć decyzję, aby nie inwestować w Chinach.

Skargi zgłaszane przez Europę – a dokładniej skargi ponad 1600 firm europejskich – zostały podsumowane w raporcie opublikowanym przez Izbę Handlową Unii Europejskiej w Chinach. Jednak, co ciekawe, niewiele z tych skarg dotyczy chińskich praktyk handlowych jako takich, przynajmniej w ścisłym znaczeniu.

W raporcie nie są na przykład przywoływane kwestie taryf celnych. Wraz z przystąpieniem do Światowej Organizacji Handlu w 2001 roku Chiny zostały zmuszone do obniżenia swoich barier celnych o połowę. W kolejnych latach średnia stawka celna stosowana przez Chiny w dalszym ciągu spadała, a obecnie wynosi mniej niż 4 proc., chociaż Chiny zarazem utrzymują niezwykle wysoką liczbę tzw. kominów taryfowych (czyli wysokich taryf celnych dla bardzo ograniczonych kategorii produktów).

Oczywiście cła zdecydowanie nie są jedynym sposobem tworzenia przeszkód w handlu. W rzeczywistości taryfy celne są pod wieloma względami problemem przeszłości – tak przynajmniej było, dopóki prezydent Trump nie odkurzył ich jako broni na potrzeby swojej wojny handlowej. Jednak jeśli chodzi o bariery pozataryfowe, dotychczasowe działania Chin również nie wydają się tak problematyczne, jak się twierdzi.

Stany Zjednoczone wprowadzały co roku od 80 do 100 środków restrykcyjnych przeciwko Chinom i znacznie mniej środków liberalizujących handel.

Oczywiście trudno jest zmierzyć ogólne znaczenie barier pozataryfowych w handlu, ponieważ mogą one przybrać tak wiele form. Jednak według niezależnego portalu Global Trade Alert, od 2008 roku Chiny wprowadzały rocznie średnio tylko 25 środków (określanych jako „interwencje państwowe”), które mogłyby ograniczać handel ze Stanami Zjednoczonymi.

Jednocześnie Chiny wprowadzały mniej więcej tyle samo nowych środków liberalizujących handel ze Stanami Zjednoczonymi. Ogólnie rzecz biorąc, Chiny nie stały się bardziej protekcjonistyczne wobec Stanów Zjednoczonych. Jest wręcz przeciwnie, proces otwierania chińskiej gospodarki jest kontynuowany, choć następuje bardzo powoli. Z kolei Stany Zjednoczone wprowadzały co roku od 80 do 100 środków restrykcyjnych przeciwko Chinom i znacznie mniej środków liberalizujących handel.

Inne wskaźniki potwierdzają stopniowe dążenie Chin do liberalizacji. Dzieje się tak nawet w odniesieniu do inwestycji zagranicznych – kwestii, na którą narzekają firmy zarówno amerykańskie, jak i europejskie. Chociaż Chiny pozostają znacznie mniej otwarte na bezpośrednie inwestycje zagraniczne niż większość gospodarek rozwiniętych, kompozytowy wskaźnik OECD pokazuje, że następuje ciągła, choć powolna, poprawa w tym zakresie.

Krótko mówiąc, nawet jeśli chińskie bariery pozataryfowe (zarówno formalne, jak i nieformalne) pozostają wysokie, to są one niższe niż w przeszłości. Dlaczego więc Stany Zjednoczone, Europa i Japonia stawiają opór właśnie teraz?

Odpowiedź leży w większej konkurencyjności chińskich producentów. Kiedy firmy zachodnie miały niemal monopol w zakresie know-how i technologii, ich przewaga konkurencyjna kompensowała z naddatkiem wszelkie zniekształcenia powodowane chińskimi barierami w handlu i inwestycjach. Jednak ponieważ chińskie przedsiębiorstwa same w sobie stają się coraz poważniejszymi konkurentami, zmniejszyła się zdolność zachodnich krajów do ponoszenia dodatkowych kosztów związanych z barierami pozataryfowymi.

Skargi dotyczące chińskich nieuczciwych praktyk handlowych są więc w rzeczywistości skargami na rozbieżność między wolnym tempem otwierania chińskiej gospodarki i bardzo szybkim tempem jej modernizacji. Różnica w konkurencyjności między Chinami i państwami OECD zmniejsza się znacznie szybciej niż postępuje zbliżenie ich otoczenia regulacyjnego.

W rzeczywistości PKB na mieszkańca – a więc i produktywność – w wielu chińskich prowincjach o łącznej populacji ponad 100 milionów ludzi jest już podobny do tego w krajach rozwiniętych (około 30 000 dolarów na mieszkańca według parytetu siły nabywczej). Oczywiście średnia krajowa jest znacznie niższa (o około połowę), ponieważ ogólna produktywność jest znacznie niższa, a władze chińskie muszą kalibrować swoją politykę dla całego ogromnego kraju. Jednak tym, co się liczy dla świata zewnętrznego, są regiony o wysokiej produktywności.

Jeśli chcemy uniknąć dalszej eskalacji napięć, Zachód i Chiny muszą nawzajem uznać swoje punkty widzenia. Ostatecznie jednak zagraniczna presja będzie miała niewielki wpływ na ogromną i potężną gospodarkę chińską. W odniesieniu do Chin prawdziwe pytanie dotyczy kwestii wewnętrznych: czy utrzymywanie zakłóceń handlowych i barier inwestycyjnych rzeczywiście służy rozwojowi pozostających w tyle prowincji?

W przeszłości być może miało sens chronienie powstającego w przybrzeżnych regionach przemysłu przed zagraniczną konkurencją. Jednak dziś chiński protekcjonizm w niewielkim stopniu wspomaga rozwijające się branże w ubogim interiorze, ponieważ ich największymi konkurentami nie są już przedsiębiorstwa zagraniczne, ale raczej krajowe firmy z dynamicznych obszarów przybrzeżnych. Oznacza to, że Chiny muszą przemyśleć swoją strategię rozwoju. Ostatnią rzeczą, której potrzebują decydenci w takiej sytuacji, jest trwająca wojna handlowa.

Daniel Gros jest dyrektorem Ośrodka Badań Polityki Europejskiej.

© Project Syndicate, 2018

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły