• Bartłomiej Godusławski

Narodziny prekariatu

03.01.2015
Nie zdarza się często, by ktoś analizował powstawanie nowej klasy społecznej ex ante, na gorąco i w biegu wydarzeń. Prof. Guy Standing pokazuje, jak zmienić realne ryzyko rewolucji w obietnicę ewolucji nowej klasy społecznej – prekariuszy.

Prekariat to zjawisko pracy niepewnej, bez stałych godzin, bez ubezpieczeń, bez płatnego urlopu.


Guy Standing, brytyjski ekonomista i specjalista w badaniach nad rozwojem, nie czeka, tylko na bieżąco pisze kronikę nowych dziejów. Jego książka „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa” to przestroga napisana po to, by jej autor nie musiał za kilkanaście lat powtarzać: „A nie mówiłem?”

200 lat temu Guy Standing wszedłby na skrzynkę i stanął przed fabryką, nawołując robotników do walki o swoje prawa. Dzisiaj, w niedużej sali Baru Studio w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki, mógł wyciszyć dźwięki smartfona i bez podnoszenia głosu mówić do mikrofonu w centrum stolicy kraju należącego do Unii Europejskiej na spotkaniu z czytelnikami. Kilkadziesiąt osób i w skupieniu słucha wystąpienia człowieka w średnim wieku. Biała koszula, gładko ogolony, spokojny i pewny siebie. Wygląda jak menedżer średniego szczebla albo trener personalny, który tłumaczy, jak być szczęśliwym, pracując 60 godz. tygodniowo. Pozory. To bardzo zaangażowane, silnie prospołeczne i umiarkowanie lewackie wystąpienie w obronie prawa do bezpieczeństwa ekonomicznego. To obrona niereprezentowanych politycznie i wykluczanych socjalnie argumentami i intelektem, a nie butelkami z benzyną i kamieniami.

200 lat temu słuchaliby go robotnicy – przedstawiciele proletariatu, dzisiaj robią to „dzieci globalizacji i neoliberalizmu” – prekariat. Zmieniła się scenografia, zmieniła się skala, ale problemy te same.

Praca w mianowniku

Czym, kim jest prekariat? Standing podaje najprostszą definicję, to po prostu: „grupa społeczna, która cierpi na brak bezpieczeństwa związanego z pracą”. Grupa społeczna, bo choć prekaria ma zasięg globalny, jest według profesora klasą w procesie tworzenia. Cierpi, bo tylko niewielka część prekariuszy jest nimi ze świadomego wyboru. Brak bezpieczeństwa, bo to on jest spoiwem dla większości tej tworzącej się klasy. Praca, bo to od niej wszystko się zaczyna i to ona jest mianownikiem w tym równaniu.

Problem pracy to tylko punkt wyjścia, uproszczeniem byłoby twierdzenie, że to jedyna bolączka prekariuszy. Ogniska zapalne prekaryzacji przenoszą się na stosunki społeczne, demografię, kulturę i jeszcze dalej.

Z faktami się nie dyskutuje

Profesor nazywa problem i przekazuje swój wkład do debaty, która dzisiaj jest obecna niemal na całym świecie. Trwa wielki globalny panel dyskusyjny na temat redystrybucji dochodów, bezpieczeństwa ekonomicznego czy zachowania konkurencyjności bez ślepego cięcia kosztów pracy.

Na umownym Zachodzie „Prekariat” odbił się szerokim echem. Pojawiły się liczne ad vocem, procontra. Nie ma się jednak co oszukiwać, opisywane patologie społeczne związane z rynkiem pracy i ich następstwa są niczym grawitacja – możesz się nie zgadzać z prawem powszechnego ciążenia, ale jabłko i tak spadnie ci na głowę.

Standing nie podkłada bomby pod wolny rynek i nie szykuje zamachu na globalizację. Zdaje sobie sprawę, że musi się poruszać w zastanych granicach, bo na inne prawdopodobnie nie ma szans. Nie zmienia to faktu, że proponuje lepsze urządzenie świata. Jest umiarkowanym utopistą i nie wzbrania się przed tym określeniem, ale oprócz diagnozy pokazuje metodę i prognozuje rezultat.

Autor namawia: „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”, bo tylko reprezentowani i zorganizowani będziecie „siłą”, która zyska możliwość wpływu. Tylko zaistnienie jako siła polityczna odsunie ryzyko chaosu i anarchii, które mogą być efektem ignorowania rosnącej w najszybszym tempie nowej grupy społecznej.

Ta książka nie stanie się Biblią antyrynkowców, chociaż dobitnie pokazuje, że to, co było nazywane lekarstwem dla gospodarki światowej XX w. (więcej elastycznego rynku pracy i mniej regulacji), okazało się trucizną wieku XXI. Nie jest to też młot na neoliberalne czarownice, a zarazem ponura i apokaliptyczna wizja świata przyszłości. To pełna optymizmu przestroga i symulacja zdarzeń, którym można zapobiec. To ostrzeżenie przed gniewem niepewnych jutra prekariuszy, zanim ten gniew rozleje się szeroką rzeką po ulicach i zacznie nawoływać do przebudzenia.

Najwyższy czas

Chociaż w oryginale książka Guy Standinga pojawiła się w 2011 roku, to jest wciąż świeża niczym jutrzejsza gazeta. Polskie wydanie trafia do czytelników dopiero trzy lata później i można mieć o to pretensje, ale nie warto, bo pojawiło się w idealnym momencie, w 25. rocznicę transformacji w Polsce. Trudno się nie doszukiwać szczęśliwych zbiegów okoliczności, szczególnie kiedy duża część elit politycznych i ekonomicznych obudziła się z neoliberalnej śpiączki i uczy się świata na nowo.

Publikacja Standinga może być i u nas impulsem do dyskusji, co dalej, w sytuacji gdy powoli, ale systematycznie traci aktualność hasło: rynek rządzi, rynek radzi, rynek nigdy cię nie zdradzi.

Autor jest dziennikarzem Dziennika Gazety Prawnej, wcześniej pracował w Pulsie Biznesu.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test