Na początku był kredyt

30.03.2014
„To mit, że na początku był barter, a potem pieniądz” – twierdzi w książce „Debt. The First 5000 Years” antropolog prof. David Graeber. Warto poznać poglądy na rynek tego niekonwencjonalnego autora.
David Graeber, 'Debt. The First 5000 years'

David Graeber, "Debt. The First 5000 years"

David Graeber, "Debt. The First 5000 years"

David Graeber przypomina w publikacji (polski tytuł to „Dług. Pierwsze 5 tys. lat”), że praktycznie wszystkie współczesne podręczniki ekonomii (np. Begga, Fischera i Dornbusha) rozpoczynają rozdział o powstaniu pieniądza od tego, że zanim on powstał, ludzie stosowali barter. Problem polega na tym, że to nieprawda. Otóż nigdy nie znaleziono jakiejkolwiek wzmianki w źródłach historycznych ani nie natrafiono na społeczność (plemię, klan), która by stosowało barter jako podstawowy sposób rozliczeń między swoimi członkami.

Barter na kryzys

Co ciekawe, antropologowie zwracają uwagę na tę nieścisłość od prawie 100 lat, a mimo to kolejne wydania podręczników ekonomii podają tę informację. Graeber uważa, że źródłem nieporozumienia jest prawdopodobnie sam Adam Smith, który w „Bogactwie narodów” podał taką właśnie genezę pieniądza, posiłkując się wymyśloną przez siebie historią o tym, jak to Indianie wymieniali mięso sarny na skóry bobrów i łosi. Autor usprawiedliwia Smitha tym, że w jego czasach nie było dobrych źródeł, z których można by czerpać wiedzę o tym, jak wyglądały stosunki między członkami plemion poza zasięgiem współczesnej cywilizacji.

Już w połowie XIX w. amerykański antropolog Lewis Henry Morgan (1818-1881) opisał jednak, jak to u Irokezów dobra były przechowywane w swego rodzaju magazynach, a potem rozdzielane między członków plemienia przez grupę kobiet. Ekonomiści zignorowali tę informację. Oczywiście nie oznacza to, że barter nigdy i nigdzie nie jest czy nie był stosowany. Jest, ale nie tak, jak opisywał Smith – między mieszkańcami jednej wioski, tylko między obcymi, nawet między wrogami.

Są dobre powody, by uważać, że barter stał się naprawdę popularny dopiero stosunkowo niedawno. Zwykle do takiej wymiany dochodzi między osobami, które potrafią korzystać z pieniędzy, ale akurat im ich brakuje. Powrót do barteru ma miejsce zwykle w czasie kryzysów gospodarczych, takich jak ten w Rosji na początku lat 90. XX w. czy też w Argentynie w 2002 r. Podobnie po upadku Imperium Rzymskiego wiele osób nie wymieniało się monetami, tylko towarami, ale rozliczeń nadal dokonywano w pieniądzu.

Także opisywana przez Smitha historia suszonego dorsza, którego rzekomo używano zamiast pieniądza na Nowej Funlandii (duża wyspa u wybrzeży Ameryki Północnej, obecnie należy do Kanady) nie potwierdza się. Jak zauważył ponad 100 lat temu brytyjski dyplomata Alfred Mitchell-Innes (1864-1950), to, co opisał Smith, było jedynie „wrażeniem barteru” stworzonym przez system kredytowania. Na Nowej Funlandii nie było jeszcze stałych mieszkańców pochodzących z Europy. Rybacy pojawiali się tam tylko na czas połowów, po czym wracali. Wcześniej sprzedawali połów kupcom po rynkowej cenie wyrażonej w funtach i szylingach. Kwota była zapisywana i używana do zapłacenia za towary potrzebne rybakom.

Prof. Graeber podsumowuje, że faktyczna historia pieniądza jest dokładną odwrotnością tej, której się naucza. Barter nie był najpierw, nie wynaleźliśmy po nim pieniądza, a na koniec systemów kredytowania. Najpierw były „wirtualne pieniądze”, sporo później pojawiły się monety, choć przez długi czas często ich brakowało i wówczas powracano do systemów kredytowych. Barter był natomiast „produktem ubocznym” sytemow pieniężnych. Korzystano z niego, gdy brakowało monet.

Rynku potrzebuje państwo

W książce zwraca uwagę inny ciekawy wątek. David Graeber zadaje pytanie, dlaczego władcy nakładali podatki zamiast zająć wszystkie kopalnie złota i srebra, skoro te metale funkcjonowały jako pieniądz? Po co bili z metali monety, doprowadzali do tego, by krążyły one w ich krajach i domagali się oddawania ich w formie podatków? Otóż o ile rynki nie powstają spontanicznie, to jest to świetny sposób na ich stworzenie.

A po co je tworzyć? Graeber podaje przykład władcy, który chce utrzymać 50-tys. armię. W średniowieczu wyżywienie takiej liczby ludzi byłoby problemem. Żeby zapewnić transport, wyżywienie i mieszkanie wojskowym, trzeba by zatrudnić drugie tyle ludzi i pozyskać wiele zwierząt. Z drugiej strony władca mógłby dać monety żołnierzom, a następnie nałożyć na obywateli podatek płatny w tych monetach. W ten sposób wszyscy mieszkańcy musieliby w jakiś sposób przyczynić się do utrzymania armii, by zarobić monety potrzebne do opłacenia podatków. Rynek powstaje więc jako „produkt uboczny” takiej sytuacji.

Tak właśnie myśleli władcy, którzy dochodzili do wniosku, iż dzięki rynkowi nie będę musieli produkować albo rekwirować obywatelom wszystkiego, czego potrzebują. Nie jest więc tak, że rynek i państwo są przeciwnościami. Historia pokazuje, że pozbawione państwa społeczności nie mają również rynków.

Autor opisuje, jak francuski generał Joseph Gallieni w 1901 r. podbił Madagaskar i jedną z pierwszych rzeczy, jakich dokonał, było nałożenie podatku pogłównego. Podatek był nie tylko wysoki, lecz również płatny w nowej walucie: madagarskich frankach. Władze twierdziły, że to podatek „edukacyjny”, który miał nauczyć miejscowych wartości ciężkiej pracy. Aby mieć pieniądze na jego zapłacenie, farmerzy musieli sprzedawać część plonów chińskim albo hinduskim kupcom, którzy szybko pojawili się w wioskach. Rząd kolonialny w wewnętrznych dokumentach przyznawał, że celem polityki podatkowej jest to, by część pieniędzy pozostała u chłopów, tak by przyzwyczaili się do kupowania produktów (na przykład parasolek, szminek, ciasteczek), które oferowali chińscy kupcy. W ten sposób chciano stworzyć popyt na francuskie towary, który uzależniłby Madagaskar od tego kraju.

Biografia z kontrowersjami

51-letni David Graeber to amerykański antropolog, obecnie mieszkający w Londynie, gdzie wykłada na Goldsmiths, University of London. W listopadzie 2011 r. magazyn „Rolling Stone” podał, że to Graeber zaproponował przedstawicielom ruchu oburzonych hasło „Jesteśmy 99 procentami”. Zdaniem dziennikarzy był on jednym z głównych organizatorów ruchu okupacji Wall Street. Przez sześć tygodni miał m.in. uczyć uczestników ruchu, jak wyrażać opór bez przemocy.

Graeber nigdy nie ukrywał swoich anarchizujących poglądów. Jest m.in. członkiem Industrial Workers of The World, międzynarodowego związku zawodowego pracowników przemysłu, miał także udział w protestach przeciwko World Economic Forum, które odbyło się w 2002 r. w Nowym Jorku. Kiedy w 2005 r. Uniwersytet Yale postanowił nie przedłużać z nim umowy na nauczanie studentów (uczelnia nie podała powodów decyzji, ale Graeber twierdził, że to ze względu na jego poglądy polityczne), ponad 4,5 tys. osób podpisało petycję, by jednak pozostał (wśród nich był renomowany antropolog prof. Maurice Bloch z London School of Economics, który określił Graebera „najlepszym teoretykiem antropologii na świecie w swoim pokoleniu”).

Książka prof. Graebera imponuje liczbą etnograficznych ciekawostek. Mam wrażenie, że jest ich wręcz zbyt wiele i ginie w nich główna teza. Irytuje także silne ideologiczne przesłanie. Akademik nie może się na przykład powstrzymać od złośliwości i już na początku nazywa Międzynarodowy Fundusz Walutowy „odpowiednikiem gości, którzy przychodzą połamać ci nogi, tylko że ze sfery międzynarodowych finansów”.

Pozycja warta uwagi, ale z zastrzeżeniami.

 



Artykuły powiązane