Duszenie finansowej rewolucji w USA

11.02.2011
Największe banki, instytucje finansowe i firmy Stanów Zjednoczonych chcą stępić ostrze ustawy, którą prezydent Obama podpisał w zeszłym roku – wielkiej reformy systemu finansowego. Jednocześnie poszukują państw, które rynkom finansowym dają więcej wolności. Europa i Azja mogą na tym skorzystać.

Paul Volcker jest uważany za ojca amerykańskiej reformy rynku finansowego (CC BY-europeanpeoplesparty)


Takiej reformy Stany Zjednoczone nie widziały od czasów Wielkiego Kryzysu – grzmieli raptem pół roku temu amerykańscy komentatorzy. Ustawa Dodda-Franka (od nazwisk twórców) miała zapewnić Ameryce finansową stabilność przez „zwiększenie odpowiedzialności i przejrzystości w systemie finansowym, eliminację zasady zbyt duży, by upaść, ochronę pieniędzy podatników, a także ochronę interesów klientów przed nadużyciami finansowymi”. Intencje były wzniosłe i choć ekonomiści zdawali sobie sprawę, że nie wszystkie cele uda się osiągnąć, to 2400 stron nowych regulacji na trwałe miało zmienić finansowy krajobraz USA – i nie tylko USA.

Problem w tym, że nikt nie wie, jak. Owe 2400 stron to jedynie „drogowskazy” dla regulatorów, a nie właściwe regulacje – ostateczny kształt przepisów jest wciąż ustalany.

– Reformatorski zapał powoli wygasa, a lobbyści dużych firm próbują wpływać na regulatorów, by przepisy były jak najmniej inwazyjne. Chcą uniknąć konieczności ucieczki na inne rynki – twierdzi w rozmowie z „Obserwatorem Finansowym” prof. David Skeel z Uniwersytetu Pensylwania, który zajmuje się  wpływem regulacji na bankructwa.

Autorem większości proponowanych ograniczeń jest jeden człowiek: ekonomista Paul Volcker, który w latach ’80 pełnił funkcję szefa Rezerwy Federalnej USA i wciąż cieszy się estymą w Waszyngtonie. „Reguła Volckera”, którą opracował po objęciu w lutym 2009 r. stanowiska szefa Prezydenckiej Rady Ożywienia Gospodarczego, to jeden z najważniejszy elementów reformy finansowej. Uderza najbardziej w te instytucje, których nazwy w trakcie kryzysu finansowego nie schodziły z pierwszych stron gazet. Chodzi m.in. o Goldman Sachs, Morgan Stanley, Bank of America/Merrill Lynch, JPMorgan Chase czy Citigroup. Ich przedstawiciele twierdzą, że pomysły Volckera tylko w 2011 r. mogą ograniczyć ich przychody aż o 50 mld dolarów, a także konkurencyjność wobec banków zagranicznych. Agencja ratingowa Standard & Poor’s jest skromniejsza i zmniejszenie przychodów szacuje na ok. 22 mld dolarów.

Volcker powołując się na nieobowiązującą już ustawę Glass Steagall Act z 1933 r., która rozdzielała działalność banków tradycyjnych od inwestycyjnych, opracował cały pakiet uderzających w Wall Street kosztownych regulacji. Pierwotnie miały one na celu całkowicie zabronić bankom inwestowania swojego kapitału w m.in. fundusze hedgingowe i private equity oraz nadmiernego angażowania się w ryzykowne aktywa. Dla niektórych banków taka działalność stanowi ponad 50 proc. przychodów. Volcker chciał też uniemożliwić bankom wykorzystywanie wiedzy na temat zleceń od swoich klientów do przeprowadzania transakcji na własny rachunek. Takie działania polegają na tym, że na milisekundy przed realizacją zleceń klientów bank sam kupuje dane aktywa, bo wie, że ich ceny wzrosną.

– Ostatecznie reguła Volckera została złagodzona i banki, choć nie będą mogły same posiadać wspomnianych funduszy, będą mogły w nie inwestować do 3 proc. kapitału własnego. Wdrożenie reguły Volckera nastąpi prawdopodobnie już wkrótce, gdy tylko skończy się opracowywanie wymogów biurokratycznych, które będą musiały spełniać instytucje – tłumaczy Łukasz Wróbel, analityk z Noble Securities. Dodaje, ze sam Volcker skrytykował złagodzenie swojego pomysłu i ostateczny kształt swojej reguły ocenił na „słabą czwórkę”.

Na wdrożenie niektórych przepisów trzeba będzie poczekać jeszcze nawet 6 lat, ale instytucje finansowe nie znoszą niepewności, czekać nie chcą i wolą uprzedzać fakty. Gorączkowo myślą, jak ograniczyć straty. Na przykład brytyjski bank HSBC, który działa również na terenie USA, sprzedał w grudniu 2010 r. jeden ze swoich funduszy private equity własnym menedżerom. Wielu ekspertów spodziewa się jednak, że część kapitału „wypłynie” z amerykańskiego rynku. prof. David Skeel uważa, że instytucje finansowe i firmy szukają i będą szukać sobie miejsca na innych, mniej restrykcyjnych rynkach.

– Banki mogą przenieść centra usługowe na przykład do Europy, czy Azji. Produkty finansowe, w które uderza amerykańska regulacja to produkty globalne. Można oferować je więc w USA, ale dostarczać z drugiego końca świata – twierdzi Kian Abouhossein, jeden z najbardziej znanych analityków bankowych z JPMorgan.

– Amerykańskie bogactwo nie jest oparte na globalnych megabankach. Zdecydowanie nie są nam potrzebne do tego, by nasze firmy działały i przynosiły zyski – kontruje prof. Nouriel Roubini z  New York University’s Stern School of Business, uchodzący w USA za finansową wyrocznię, bo jako jeden z niewielu ostrzegał przed światowym kryzysem.

Roubini pochwala również inne pomysły, które niesie ze sobą ustawa Dodda-Franka. Na przykład podniesienie rezerw kapitałowych, jakie utrzymywać muszą największe instytucje. To ma zapewnić im większą płynność i zmniejszyć „ryzyko systemowe”, czyli szansę, że upadną i USA ponownie nawiedzi kryzys finansowy. Wciąż nie sprecyzowano jednak, jaki ma być docelowy poziom rezerw – być może banki wymuszą jedynie kosmetyczne zmiany. Największe wsparcie ze strony Roubiniego, jak i większości (nawet wolnorynkowych ekonomistów) otrzymuje projekt uregulowania rynku instrumentów pochodnych (takich, których wartość jest zależna od wartości tzw. instrumentów bazowych). Jak szacuje Bank Rozliczeń Międzynarodowych na koniec 2009 r. wartość globalnego rynku derywatów wynosiła sumie 615 bln dolarów. To dziesięć razy więcej niż wynosi roczne PKB całego świata. Z takich instrumentów korzysta aż 95 proc. firm z listy 500 największych firm świata magazynu Fortune. Teraz tajemnicze zakłady na rynku kontraktów terminowych i inne skomplikowane instrumenty, które doprowadzały całkiem nieźle prosperujące firmy do upadku mają być o wiele bezpieczniejsze.

– Przede wszystkim zostanie wprowadzona przejrzystość. Duża część z tych derywatów, które były dotąd przedmiotem prywatnych negocjacji, z konieczności będzie musiało „go public”, czyli znaleźć się na giełdzie. Dodatkowo banki będą musiały wydzielić specjalne podmioty nie są związane z właściwą działalnością banku, którym przekażą te derywaty. W wyniku takich działań wzrośnie świadomość ryzyka, jakie się z derywatami wiąże i ludzie przestaną kupować kota w worku – uważa prof. David Skeel.

Większość przedsiębiorców również popiera tę część ustawy, ale nie podoba im się inna planowana regulacja. Każda firma, która korzystałaby z derywatów, by zabezpieczyć się na przykład przed ryzykiem walutowym, albo wzrostem cen surowców musiałaby mieć dodatkową rezerwę kapitałową: 3 proc. wartości kontraktu. Business Roundtable, organizacja szefów amerykańskich firm, obliczyła, że przyczyni się to do zmniejszenia wydatków kapitałowych w amerykańskiej gospodarce i straty ok. 120 tys. miejsc pracy!

Ekonomiści twierdzą jednak, że gra warta jest świeczki. Innym chwalonym rozwiązaniem jest wprowadzenie w amerykańskim systemie finansowym nowej instytucji kontrolnej – Biura Ochrony Konsumentów (Consumer Financial Protection Bureau). Do tej pory klient mógł teoretycznie udać się ze skargą na działalność danego banku do Fed, ale miał nikłą szansę, że ktoś go wysłucha.

– Biuro będzie kontrolować m.in. opłaty naliczane przez banki przy każdej transakcji dokonanej kartą płatniczą lub kredytową. Ma też limitować ilość środków na ratowanie upadających banków, a pochodzących z kieszeni podatników  – komentuje Łukasz Wróbel.

Ben Friedman, profesor ekonomii politycznej z Harvard University, uważa, że nowe regulacje nie rozwiązują najważniejszych spraw.

– Ustawa nie eliminuje hazardu moralnego. Chodzi o to, że największe instytucje koniec końców wciąż będą mogły postępować nieodpowiedzialnie i ryzykownie, licząc że w razie kłopotów uratuje je państwo pieniędzmi podatników. Nikt też nie zajął się regulacją kwestii kredytów hipotecznych – mówi Ben Friedman. W rozmowie z „Obserwatorem Finansowym” podkreśla, że problemem jest też biurokratyczny rozmach, z jakim przeprowadza się reformę. – Jest nieadekwatny do jej właściwego znaczenia. Z jednej strony powstaje pożyteczna instytucja, jaką jest Biuro Ochrony Konsumentów, z drugiej powstają dodatkowe komisje, które będą zajmować się jedynie własnym istnieniem – uważa Friedman.

– Do 2400 stron ustawy komisje dołożą wkrótce drugie tyle. W tym bardzo niebezpieczne, takie, które mogą podkopać podstawy tradycyjnej bankowości w USA – dodaje Peter Garuccio, rzecznik prasowy Amerykańskiego Stowarzyszenia Bankierów.

Tłumaczy, że małe lokalne banki, które z kryzysem finansowym nie mają nic wspólnego w wyniku regulacji również będą musiały m.in. ograniczyć prowizje pobierane od transakcji przeprowadzanych za pomocą kart kredytowych i debetowych. Nie będą mogły jednak podnieść opłat za konta oszczędnościowe, ponieważ w USA obecnie i tak ze względu na realnie ujemne stopy procentowe nie opłaca się oszczędzać. To wszystko przełoży się na niższe zyski, te z kolei na mniejszą płynność i konieczność konsolidacji sektora bankowego.

– Z około 8 tys. banków funkcjonujących obecnie w USA pozostanie tysiąc. A to nie jest dobre dla konkurencji – ostrzega Garuccio.

Na te same kwestie zwracali uwagę szefowie HSBC, którzy szacują, że samo ograniczenie prowizji i zwiększenie wkładu do Federal Deposit Insurance Corp (odpowiednik naszego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego) będzie kosztowało ich bank aż 110 mln dolarów. Z drugiej strony, to między duże banki, ubezpieczycieli i fundusze hedgingowe, a nie „niewinne” instytucje zostaną podzielone koszty wszystkich biurokratycznych procedur towarzyszących reformie finansowej i koszty uruchomienia nowych instytucji kontrolnych. W sumie ok. 19 mld dolarów.Czy gra faktycznie warta jest świeczki?

– Sądzę, że najlepszą reformą finansową byłby ustawowy zakaz ratowania nieodpowiedzialnych instytucji. Ogólny bilans ustawy Dodda-Franka może bardziej zepsuć finansowych krajobraz USA niż go poprawić – uważa prof. David Skeel.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test