• Grzegorz Łyś

Energetyczne mrówki w ofensywie

25.03.2015
Sejm zadecydował, że energia elektryczna sprzedawana do sieci przez prosumentów będzie kupowana po wyższej cenie, niż płacą za nią obecnie odbiorcy detaliczni. Nowa regulacja ma sprzyjać zwiększaniu udziału produkcji energii z odnawialnych jej źródeł. Dla ekonomistów jest to dość drastyczna ingerencja w działanie wolnego rynku, na dodatek na koszt odbiorców energii.

(infografika Dariusz Gąszczyk/ CC by Lollie-Pop)


Po burzliwym procesie legislacyjnym, w którym Sejm zajął inne stanowisko niż rząd i Senat prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę o Odnawialnych Źródłach Energii (OZE). Ustawa pozwoli uzyskać do 2020 r. 15 proc. udział energii odnawialnej w całkowitym zużyciu energii. Ustawa zmienia cały system wspierania rozwoju OZE. Dotychczasowy system świadectw pochodzenia energii zastąpi system aukcyjny, co będzie korzystne dla budżetu. Wybór najlepszej oferty w tych samych warunkach ma być tańszy dla budżetu państwa o ponad 7 mld zł, a po zmianach do 2020 r. w budżecie ma pozostać 20 mld zł.

Największą kontrowersję w końcówce procesu legislacyjnego wzbudziła „poprawka prosumencka”, w której ukryta jest pomoc finansowa dla właścicieli najmniejszych instalacji energetycznych. Dzięki cenom gwarantowanym właściciele najmniejszych instalacji wytwórczych, o mocy do 3 kW będą otrzymywać 75 gr za 1 kWh, podczas gdy opłata za energię dla gospodarstw domowych, wraz z kosztami dystrybucji i innymi składnikami wynosiła ostatnio ok. 60 gr za 1 kWh.

Przy okazji uchwalenia tej poprawki niemała część Polaków po raz pierwszy dowiedziała się w ogóle o istnieniu prosumentów energetycznych, czyli właścicieli paneli fotowoltaicznych, małych wiatraków czy biogazowni, którzy produkują energię elektryczną głównie – przynajmniej z założenia – na własne potrzeby a nadwyżki mogą sprzedawać.

Przyznanie prosumentom prawa do sprzedawania energii po cenach ponad trzykrotnie wyższych niż rynkowe to dziś dla większości chyba polskich ekonomistów przykład łamania zasad wolnego rynku i uczciwej konkurencji oraz obciążanie finansowymi skutkami tych decyzji milionów zwykłych obywateli i przedsiębiorców płacących rachunki za prąd. W oczach przeciętnego podatnika producenci energii z małych źródeł ekologicznych – chodzi o ok. 200 tys. osób – stają się kolejną uprzywilejowaną grupą, która chce polepszyć swój byt i stan swoich interesów kosztem ogółu, podobnie jak np. górnicy czy rolnicy. Nie chodzi tu przy tym o trudne do likwidacji zaszłości lecz całkiem nowy, niezrozumiały przywilej.

Jego ustanowienie ma pobudzić w Polsce inwestycje w energetykę prosumencką, które dziś, jako zdecydowanie nieopłacalne, podejmują głównie entuzjaści i ryzykanci. Łączna moc mikroźródeł służących do wytwarzania energii elektrycznej wynosi obecnie u nas zaledwie 2,8 MW (uzyskano z nich w 2014 r 950 MWh, z czego 900 z PV, czyli ogniw fotowoltaicznych). W Niemczech, które są pod tym względem światowym liderem – a mają bardzo podobne do polskich warunki klimatyczne – jest to już 38 tys. MW.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

Nieobliczalny nowy gracz

Dla przeciwników tej koncepcji produkcja energii przez prosumentów – z OZE, w rozproszeniu, do własnego użytku i w celu zaopatrywania odbiorców w najbliższej okolicy – jako ważne uzupełnienie, alternatywa czy konkurencja dla wielkich profesjonalnych elektrowni, to szkodliwa i kosztowna iluzja. Zwolennicy widzą w niej z kolei jeden z filarów lepszej energetyki przyszłości – przyjaznej środowisku, bezpieczniejszej i w ostatecznym efekcie tańszej. Można w tę wizję wierzyć lub nie, ale w najbliższym czasie na świecie, również w krajach pozaeuropejskich, gdzie do polityki klimatycznej przywiązuje się mniejszą wagę energetyczny potencjał prosumencki ma wzrosnąć o ponad 40 tys. MW.

– Koszt tych inwestycji wyniesie ok. 60 mld euro. Nikt by ich nie podejmował bez przekonania, że się to opłaci – podkreśla prof. Jan Popczyk, dyrektor Centrum Energetyki Prosumenckiej Politechniki Śląskiej w Gliwicach.

W Polsce owo przeświadczenie na razie mało kto podziela. Energetyka prosumencka, całkowicie obecnie marginalna, miała by bez dotacji znikome szanse zaistnienia na rynku energetycznym. Najefektywniejszą formą wsparcia finansowego dla prosumentów, jak wynika z wcześniejszych doświadczeń innych krajów, jest właśnie system cen gwarantowanych (FiT – feed-in tariff). Ile za jego wprowadzenie zapłacą polscy odbiorcy energii elektrycznej?

Dzięki FiT prosumenci sprzedający energię elektryczną z instalacji do 3 kW otrzymywać będą 75 gr za 1 kWh. Właściciele domowych elektrowni o mocy 3-10 kW uzyskają 65 gr/kWh (dla mikrobiogazowni rolniczych stawka wyniesie 70 gr). Taryfy obowiązywać mają 15 lat, lub do chwili, gdy łączna moc źródeł do 3 kW osiągnie 300 MW, a instalacji 3-10 kW – 500 MW. Instytut Energii Odnawialnej szacuje, że koszty programu wyniosą w sumie 750 mln zł. Trzeba jednak do tego dodać 800 mln zł na inwestycje jakie prosumenci otrzymają w latach 2015-22 w ramach programu „Prosument“ – w formie dotacji (15-40 proc. kosztów ) oraz kredytów preferencyjnych (oprocentowanie 1 proc.). Środki na „Prosumenta“ wyłoży Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Koszty FiT – poniosą bezpośrednio odbiorcy energii.

Ponad 1,5 mld zł na energetykę prosumencką, nawet gdy wydatki rozłożone będą na 5-7 lat, to rzecz jasna sporo pieniędzy. Suma ta stanowi jednak tylko kilka procent łącznych wydatków jakie w tym okresie poniesiemy na dofinansowanie OZE. Tak np. w 2011 r. wielkie elektrownie zawodowe uzyskały dodatkowo co najmniej 2 mld zł z tytułu produkcji „czystej“ energii poprzez tzw. współspalanie czyli wykorzystywanie jako paliwa w kotłach węglowych także pewnych ilości drewna.

Niemniej niż 1 mld zł otrzymały dzięki zielonym certyfikatom duże, dawno zamortyzowane hydroelektrownie. Zastanawiające, że dotacje te nie budzą większych społecznych emocji ani poważniejszego sprzeciwu wielkiej konwencjonalnej energetyki. Trzeba jednak pamiętać, że ta ostatnia sama z nich na dużą skalę korzysta.

Ponadto konkurencją ze strony OZE są dziś głównie duże przedsiębiorstwa – bo takie budują morskie farmy wiatrowe czy elektrownie solarne wielkich mocy – często od dawna działające w branży energetycznej. Dla energetyki konwencjonalnej to rywal trudny, ale przewidywalny, z którym można układać stosunki na zasadach koegzystencji. Natomiast prosumenci są czynnikiem nieobliczalnym – chodzi o setki tysięcy, a w przyszłości może miliony energetycznych mrówek, wspieranych przez wschodzący, ekspansywny biznes stawiający na nowe technologie energetyczne.

Zrzutka na prosumenta

W Polsce istnieje kilkanaście firm produkcyjnych oferujących małe instalacje PV – o sporym, wynoszącym ok. 800 MW rocznie potencjale wytwórczym – i sprzedających dziś głównie na eksport. Wprowadzenie FiT, stanowi dla nich niebywałą szansę. Wielkie spółki energetyczne reprezentowane przez Polski Komitet Energii Elektrycznej ostrzegają jednak, że nadzieje na rozwój w kraju nowego przemysłu i rodzimych technologii high-tech mogą być złudne. Zyski z rynku instalacji PV, zasilanego dodatkowymi pieniędzmi przez odbiorców energii, przejmą bowiem dominujący zdecydowanie na świecie producenci chińscy. Tak stało się np. w Niemczech, gdzie miejscowe firmy przegrały walkę konkurencyjną z Chińczykami. Z kolei zdaniem zwolenników energetyki prosumenckiej to właśnie inwestycje w elektrownie opalane węglem spowodują transfer miliardów złotych (w formie m.in. wysokoopłacanych miejsc pracy) zagranicę, gdzie budowane będą dostarczane do Polski bloki węglowe.

Spór dotyczy także przyszłości polskiego górnictwa. PKEE ocenia, że każdy 1 GW mocy „prosumenckiej“ oznacza zmniejszenie zapotrzebowania na węgiel o 0,5 mln t rocznie. Według drugiej strony natomiast, inwestycje w energetykę węglową nie poprawią sytuacji polskich kopalń lecz pociągną za sobą szybki wzrost importu tańszego węgla zagranicznego.

Przy założeniu, że system cen gwarantowanych będzie działać do 2020 r., a jego ostateczny koszt wyniesie 1 mld zł, odbiorcy końcowi będą musieli przez 5 lat płacić za każdą kilowatogodzinę o 0,2 grosze więcej niż dotychczas. Przeciętna polska rodzina, zużywająca w ciągu roku 2,5 tys. kWh wyda na energię elektryczną dodatkowo 5 zł rocznie.

Datki te, choć niezbyt jak widać wysokie, trafią – z niejasnych dla przeciętnego odbiorcy energii powodów – do kieszeni osób na ogół zamożnych, właścicieli nowoczesnych domów czy większych gospodarstw rolnych. To musi irytować, zwłaszcza, gdy wspierani w ten sposób prosumenci nastawią się nie tyle na osiągnięcie samowystarczalności energetycznej co po prostu na maksymalny zarobek. Nie będzie jednak takich chyba zbyt wielu, bo FiT trudno uznać za jakąś złotą żyłę. Przyjmuje się, że z instalacji PV o mocy 3 kW można uzyskać w ciągu roku 3 MWh, a z mikroelektrowni 10 kW – 10 MWh. W pierwszym przypadku najwyższy możliwy przychód wyniesie 2250 zł, w drugim 6500 zł, przy kosztach inwestycji odpowiednio 20-25 tys. i 60-70 tys. zł.

Na progu transformacji

Specjaliści z IEO, czy gliwickiego centrum PŚ są przekonani, że po 2020 r. – w efekcie szybkiego spadku cen instalacji i wzrostu ich wydajności – energia prosumencka stanie sie konkurencyjna już bez dotacji. I będzie relatywnie tanieć nadal.

– OZE już w tej chwili mogły by być konkurencyjne. To właśnie dotacje sprawiają, że koszty inwestycyjne są nadal wysokie. Producenci instalacji i wykonawcy żądają wysokich, nieuzasadnionych cen, bo wiedzą, że inwestorzy, dzięki dofinansowaniu, będą w stanie je zapłacić – podkreśla prof. Popczyk.

Przy pewnej dozie dobrej woli i zdolności przewidywania, w przywileju dla prosumentów nietrudno dostrzec inwestycję, dzięki której z dobrodziejstwa taniej energii z własnych źródeł będą mogły korzystać w przyszłości coraz liczniejsze grupy obywateli i osób prawnych. Oprócz właścicieli domów, także członkowie wspólnot mieszkaniowych, mieszkańcy spółdzielczych bloków, samorządy utrzymujące szkoły i szpitale, parafie oraz, rzecz jasna – przedsiębiorstwa, niekoniecznie tylko małe. O tym, że chodzi nie o ślepą uliczkę ewolucji energetycznej lecz realny scenariusz świadczą m.in. nerwowe reakcje na poprawkę prosumencką. Dla wielkiej energetyki prosumenci to niezwykle poważne niebezpieczeństwo.

– Nie nastawiamy się na walkę z ogarniającym cały świat nurtem energetyki prosumenckiej – zapewnia Andrzej Kania, dyrektor biura PKEE – uważamy jednak, że przyjęta poprawka do ustawy prowadzi do nadmiernego, nieuzasadnionego ekonomicznie jej wspierania. To błąd, który popełniono np. w Niemczech i Czechach. „Nadwsparcie“ destabilizuje rynek i stanowi impuls wzrostu cen. Powoduje też, w efekcie szybkiego przyrostu liczby źródeł „nieciągłych“, wielkie, wymagające powiększania rezerw, problemy z bilansowaniem mocy w systemie.

Energetyka prosumencka ma swe słabe strony – w tym właśnie zwłaszcza nieciągłą pracę źródeł (z wyjątkiem mikrobiogazowni), co dopiero w przyszłości złagodzą nowe technologie magazynowania energii – i nie zastąpi „korporacyjnych“ elektrowni konwencjonalnych. Zagrozi jednak ich wciąż w praktyce monopolistycznej pozycji. W Niemczech w wyniku jej gwałtownego rozwoju – nawet zbyt gwałtownego i przesadnie hojnie dotowanego, jak się obecnie ocenia – liczba prosumentów wzrosła w ciagu trzech lat do ponad 2,5 mln. W efekcie w niezwykle trudnej sytuacji znalazły się RWE i E.ON, ikony niemieckiej i europejskiej energetyki.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

– Dla elektroenergetyki nadchodzą ciekawe czasy. Wchodzimy w okres istotnej jej transformacji wymuszanej z jednej strony pakietem klimatycznym, a z drugiej intensywnym rozwojem energetyki odnawialnej i rozproszonej – ocenia Andrzej Kania.

W Polsce takiej rewolucji jak w Niemczech nie należy się spodziewać. Ale energetyka prosumencka jest zaraźliwa, a ostatni spór wokół cen gwarantowanych może okazać się jej skuteczną promocją. Coraz więcej osób, w tym przedsiębiorcy, zastanawia się, jak produkować samemu energię zamiast ją kupować. Do niedawna mało komu przychodziło to do głowy.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

of


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test