Inwestor syty i budżet cały, czyli jakie zagraniczne projekty się dziś liczą

05.07.2011
Co jest ważniejsze: kapitał, który wykłada inwestor zagraniczny, liczba etatów które obiecuje utworzyć? A może najnowsza technologia którą wdroży, mimo że zatrudni tylko kilkudziesięciu, za to ściśle wyselekcjonowanych specjalistów? Jak ocenić, który projekt bardziej zasługuje na rządowy grant? Trzeba walczyć o jak najwięcej projektów. Ale jakich?

Inwestycja StoraEnso w Ostrołęce jest jedną z największych inwestycji zagranicznych na wschód od Wisły fot. StoraEnso


Ministerstwo Gospodarki szacuje, że 90 proc. znaczących inwestycji w Polsce realizują firmy spoza kraju. O zaletach bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) dla gospodarki nie trzeba już przekonywać: następuje transfer technologii, nowych form zarządzania i organizacji produkcji, rośnie eksport, spada import, powstają miejsca pracy. Sławomir Majman, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, na każdym kroku przypomina, że skłonność do innowacji w firmach z kapitałem zagranicznym jest dwukrotnie większa niż w przedsiębiorstwach z czysto polskim kapitałem, a prawie 60 proc. polskiego importu i eksportu przypada właśnie na firmy zagraniczne.

Wszystko czyli nic

Polski rząd teoretycznie chce wspierać kilka priorytetowych sektorów: motoryzacyjny, elektroniczny, lotniczy, biotechnologii, nowoczesnych usług oraz badań i rozwoju (R&D). Inwestorzy z tych branż mogą się ubiegać o rządowe granty (dla pozostałych jest to możliwe, ale trzeba wydać 1 mld zł lub stworzyć aż 500 etatów). System właśnie zyskał nowy kształt. Szczególnie przychylnie rząd jest nastawiony do sektora SSC/BPO, czyli centrów nowoczesnych usług.
Zwolnienia podatkowe w specjalnych strefach ekonomicznych, to mała atrakcja dla centrów usług, których celem jest cięcie kosztów. Takie zachęty są za to ważne dla firm, które ponoszą duże nakłady. Z kolei unijny program 4.5 wspierający inwestycje o dużym znaczeniu dla gospodarki wspiera zarówno inwestycje produkcyjne (poddziałanie 4.5.1), jak i usługowe (4.5.2).

Trzy rodzaje zachęt inwestycyjnych, które właściwie wspierają każdego. Rząd stara się złapać wiele srok za ogon. Czy to dobrze?

– Niestety, ale wciąż jeszcze potrzebujemy i dużych nakładów, i wiele miejsc pracy. Potrzebne są kolejne etaty, a wysokonakładowe inwestycje też je czasem tworzą – mówi Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi.

– Oczywiście, że chodzi mi o dużo miejsc pracy. Ale kapitał też jest ważny, bo decyduje o poziomie inwestycji – twierdzi Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli.

– Zdecydowanie ważniejsze są inwestycje, które przynoszą miejsca pracy – uważa Maciej Kobyliński, prezydent Słupska.

– To zależy od regionu. Tam, gdzie jest jeszcze duże bezrobocie, należy kłaść nacisk na dużo miejsc pracy. W dużych metropoliach – na mniejszą liczbę, ale za to projekty kapitałochłonne i innowacyjne – podsumowuje Ryszard Wawryniewicz, samorządowiec ze Świdnicy.

Ekspert radzi

Minęły jednak czasy, gdy na poziomie ministerstwa czy agencji wspierającej inwestorów cieszyła każda inwestycja. Dziś nie chodzi już tylko o to, by pozyskać „jakiegoś” inwestora. Teraz ocenia się jakość tego inwestora – zwłaszcza, że on wciąż liczy na to, że dostanie coś „na zachętę” od państwa.

– Kiedyś liczyliśmy każdego dolara, by podać, ile kapitału zainwestowały w Polsce zagraniczne firmy. To było dla nas najważniejsze – ściągnąć jak najwięcej nowoczesnych fabryk, linii produkcyjnych, technologii. Potem, gdy Polska borykała się z wysokim bezrobociem, zaczęliśmy przykładać wagę do liczby miejsc pracy. Na tym nam najbardziej zależało. Teraz weszliśmy w trzecią fazę: patrzymy na miejsca pracy pod względem ich jakości – mówi Iwona Chojnowska-Haponik z Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIIZ).

Eksperci twierdzą, że nie można nastawić się tylko na inwestycje kapitałochłonne albo te, które przynoszą dużo miejsc pracy.

– Chcemy mieć projekty, które tworzą miejsca pracy, bo to szybki efekt. Ale potrzebujemy też inwestycji wysokonakładowych. Nawet jeśli technologię kupuje się zagranicą, to i tak oznacza to rozwiązania, które by inaczej do Polski nie trafiły. Projekt za 50 mln zł i tworzący 200 miejsc pracy to ciągle ważna inwestycja. Centrum usług zatrudni 500 osób, ale wartość inwestycji to np. 10 mln zł. Niewiele, ale centrum usług daje pracę, szkoli, pomaga zbierać doświadczenia – mówi Paweł Tynel z Ernst & Young.

Gdzie leży złoty środek?

– Chodzi o wyważenie między technologią – bo same nakłady mało znaczą, ważne, co za nimi idzie technologiczn, miejscami pracy i strategią firmy odnośnie Polski. Duże nakłady mogą oznaczać dużo nowej technologii, trudniej inwestorowi będzie się rozmyślić z takiej inwestycji już po jej realizacji i przenieść produkcję w inne miejsce. Projekt z małymi nakładami łatwiej jest zakończyć – twierdzi Kiejstut Żagun z KPMG.

Jak ich zatrzymać

To właśnie na utrzymaniu inwestorów zaczyna nam zależeć coraz bardziej. Europa Zachodnia doświadczyła zamykania fabryk i przenoszenia ich do tańszych lokalizacji. Polska przez lata była krajem, który odbierał zakłady innym: Della przeniósł się z Irlandii, Indesit z Włoch – przykładów jest wiele. Teraz to my możemy stać się takim regionem, skąd ucieka się w tańsze miejsca. Na razie inwestorów, którzy znad Wisły uciekają do tańszych krajów można policzyć na palcach. To m.in. Sumitomo, japoński producent wiązek samochodowych, poddostawca Toyoty, który w 2009 r. i w tym roku zamknął w Polsce dwie fabryki zatrudniające łącznie 4 tys. osób i przeniósł produkcję do Rumunii.

– Nasza konkurencyjność w stosunku do krajów wschodzących, gdzie siła robocza jest tania, tkwi w technologii, wzornictwie, marce. Inwestycje to nie tylko miejsca pracy. Liczy się to, co idzie za nimi – know-how, logistyka, otoczenie – tak o inwestycjach w Europie mówi Fernando Salazar Palma, wiceprezes ICEX, hiszpańskiego odpowiednika Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Otoczenie, to sieć poddostawców, która często związuje firmę z krajem mocniej niż stojące w fabryce maszyny. To właśnie znakomita sieć kooperantów pozwoliła zbudować w Polsce wielkie zagłębie światowych producentów AGD.
Metodą na utrzymanie inwestorów jest również ściągnięcie do Polski osób decyzyjnych. Jacek Levernes, szef wrocławskiego centrum usług HP, jest także wiceprezesem na Europę, Bliski Wschód i Afrykę. Anna Sieńko jest dyrektorem generalnym IBM na Polskę i Kraje Bałtyckie. Lesław Kuzaj to szef General Electric na Europę Środkową.

Na razie żadne polskie miasto nie ma dużych szans na ściągnięcie central zagranicznych koncernów. Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, wspiera jednak lokalne firmy z międzynarodowymi ambicjami, by właśnie w jego mieście budowały siedziby i ośrodki badawczo-rozwojowe. Jego projekt „Polscy czempioni” ma szansę stać się pilotażowym projektem dla całego kraju.

Co się liczy

W swoim najnowszym raporcie na temat atrakcyjności inwestycyjnej Europy, Ernst & Young opiera najważniejsze statystyki na liczbie projektów. To na tej podstawie stworzony jest ranking krajów Europy. Drugim kryterium są miejsca pracy. Polska, która pod względem liczby projektów jest siódma, zajmuje wysoką, trzecią lokatę, jeśli idzie o etaty – 143 inwestycje dały ich 12366, co daje średnio 86 miejsc pracy na jednego inwestora. W Niemczech do utworzenia podobnej liczby miejsc pracy (12044) potrzeba było aż 560 inwestycji (21 etatów na projekt). Pozostali liderzy, Wielka Brytania i Francja, mają podobną do Niemiec średnią. 40 etatów to przeciętna liczba miejsc pracy na projekt w przypadku Rosji i Hiszpanii. W Szwajcarii 90 inwestorów stworzyło 673 miejsca pracy.

Wartość nakładów i liczba miejsc pracy zależą od branż. I tak – w papierniczej pieniądze są duże, ale liczba etatów nie powala na kolana. Stora Enso w Ostrołęce buduje nową maszynę papierniczą za prawie miliard, może zatrudnić 200 nowych osób. Branża samochodowa daje i duże nakłady, i dużo etatów. Hiszpania (5. miejsce w raporcie E&Y pod względem liczby projektów), gdzie w 2010 r. firmy utworzyły 7,7 tys. etatów, 70 proc. z nich zawdzięcza trzem koncernom samochodowym. W fabrykach sprzętu AGD i nowe maszyny są drogie, i pracowników jest bardzo wielu. Samsung inwestuje teraz we Wronkach 167 mln dol., a w rok podwoił zatrudnienie do 1200 osób.

W wypadku reinwestycji (czyli kolejnej inwestycji tej samej firmy), niezależnie od branży, liczba nowych miejsc pracy jest znacznie niższa. Fiat zdecydował się na produkcję lancii Y w Tychach. To projekt za 1,4 mld zł, dzięki któremu utrzymane będzie istniejące 6 tys. miejsc pracy. Nowych powstało niewiele.

Europa ściąga coraz więcej projektów, w których miejsc pracy nie ma bardzo dużo. Tak jest także w przypadku centrów usług. Co prawda dziś przeciętne centrum usług w Polsce zatrudnia 245 osób, jak szacuje Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych ABSL, ale centra wiedzy, czyli śmietanka w tym sektorze, na którą Polska bardzo liczy, dają dużo mniej etatów. Np. McKinsey w swoim Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Wiedzy we Wrocławiu obiecuje 35-100 etatów.
Trzeba więc walczyć o jak najwięcej projektów. Ale jakich?

Różnorodność i korzenie

Niektórzy sądzą, że chodzi inwestycje, które zapewniają największą stabilność.

– Nie ma czegoś takiego jak lepsza czy gorsza inwestycja. Z radością witamy wszystkich inwestorów i projekty, które chcą realizować w Świdnicy. Niezależnie od ich wielkości, wartości wydanej na inwestycje, czy liczby zatrudnionych. Wszystko to w myśl zasady, którą sobie przyjęliśmy, by skupiać na terenie miasta inwestorów z różnych branż. To pozwoliło nam np. na uniknięcie dramatycznych sytuacji w związku z załamaniem rynku motoryzacyjnego, co obserwowaliśmy w innych regionach Polski. Dla nas oprócz nowych miejsc pracy istotna jest właśnie tzw. dywersyfikacja produkcji – sądzi Wojciech Murdzek, prezydent Świdnicy.

E&Y ocenia, że w przyszłości Europa powinna stawiać na: usługi biznesowe i oprogramowanie, przemysł samochodowy, innowacje i technologię.

– Z punktu widzenia takiego miasta jak Lublin priorytetowe nie są inwestycje nastawione na olbrzymie hale produkcyjne i dużo pracowników. Lublin ma profil miasta akademickiego. Jednym z kryteriów przy doborze inwestorów jest zakorzenienie w Lublinie, żeby po 5 latach, gdy koszty pracy pójdą w górę, ten sam inwestor, którego witamy z bukietem kwiatów i lampką szampana, nie przeniósł się do tańszej lokalizacji. Dlatego ważniejsze niż pozyskanie dużego inwestora jest zdobycie takiego, który stworzy miejsca pracy uzbrojone w technologie i gwarantujące współpracę z uczelniami. Wolimy większe nakłady inwestycyjne, które niekoniecznie generują dużo miejsc pracy – mówi Bartosz Sobotka, który odpowiada za ściąganie inwestorów w urzędzie miasta w Lublinie.

I jego miasto już może się takimi inwestorami pochwalić: to biotechnologiczna BioMaxima i producent grzejników Verano. Obie firmy wykorzystują zaawansowane technologie i mają w Lublinie centra R&D. Zatrudniają niewiele osób, ich inwestycje nie były wysokie, ale ściśle współpracują z uczelniami.

– Mamy pewność, że te firmy wybrały Lublin ze względu na jakość pracy – mówi Bartosz Sobotka.

Tak myślą nie tylko tam, gdzie o wielkie fabryki trudno.

– Staramy się stworzyć miejsca pracy dla 80 tys. studentów z Katowic. Potrzebujemy dużo etatów dla wykształconych ludzi, żeby ich było stać na kupno mieszkania, domu, żeby nie wyjeżdżali za granicę – mówi Mateusz Skowroński, pełnomocnik prezydenta Katowic ds. inwestorów strategicznych.

Autorka jest dziennikarką Pulsu Biznesu


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test