Jak major Hess zarobił miliardy na paliwie

31.12.2016
To jeden z najmniej znanych multimiliarderów z USA. Choć Leon Hess urodził się w 1914 r. i zbudował firmę wartą 25 mld, to pierwszego wywiadu udzielił w 1988 r. - wynika z książki Tiny Davis i Jessici Resnick-Ault „Hess: The Last Oil Baron”.


Leon Hess to amerykański multimiliarder, o którym poza USA mało kto słyszał. Jego strona w Wikipedii ma tylko kilka akapitów. Zresztą w USA znana jest bardziej marka firmy, którą stworzył, niż on sam. Zapewne przyczynił się do tego fakt, że choć urodził się w 1914 r. (w rodzinie żydowskich emigrantów z Litwy), to na konferencji prasowej po raz pierwszy pojawił się w 1988 r., na kolejnej dopiero w 1995 r., czyli cztery lata przed śmiercią.

Jak opisują autorki (polski tytuł publikacji to „Hess: Ostatni baron naftowy”), kiedy w 1979 r. magazyn „BusinessWeek” przygotowywał obszerny artykuł na jego temat, Hess odmówił udzielenia dziennikarzom wywiadu. Szkoda, że nie pozwolił się bliżej poznać, bo wszystko wskazuje na to, iż jest to pasjonująca postać ucieleśniająca wszystkie najlepsze cechy biznesmena realizującego American Dream.

Są więc skromne początki i bieda. Jego ojciec Mores Hess przypłynął do USA w 1904 r. na statku Kaiser Wilhelm Der Grosse. Był z zawodu rzeźnikiem i miał przy sobie 50 dolarów (wartych tyle co dzisiaj ok. 1400 dol., czyli ok. 6 tys. zł). W Stanach Zjednoczonych zarabiał na życie w różny sposób. Nie tylko prowadził rzeźnię, ale także m.in. sprzedawał węgiel. Kiedy w 1933 r. zaczął się Wielki Kryzys, 19-letni Leon Hess wraz ze starszym bratem chodzili nad wodę podczas odpływu, zbierali małże i sprzedawali je miejscowym barom i restauracjom.

Rodziny nie było stać na to, by posłać Leona na studia (choć trójka jego starszego rodzeństwa je skończyła), więc pomagał ojcu w biznesie. Dekady później żartował, że na pomysł własnego interesu wpadł bo był zbyt leniwy, by taszczyć dla ojca worki z węglem ważące po 50 kg. Na sprzedawaniu węgla nie dało się dużo zarobić. Marże były zbyt niskie. Dlatego w 1933 r. firma ojca zbankrutowała.

Młody Leon zauważył, że jego ojciec miał bazę klientów, którzy musieli kupować jakieś paliwo do ogrzewania. Dowiedział się, że w procesie rafinacji benzyny zostaje olej, który świetnie nadawałby się do ogrzewania (nazywano go „dno beczki”, bo był najcięższy i opadał na dno). Problem polegał na tym, że musiał być ciągle ogrzewany, by pozostawał w ciekłym stanie. Rafinerie wyrzucały go, uważając, że jest nieprzydatny.

Hess za zaoszczędzone pieniądze kupił używaną ciężarówkę i za grosze zaczął kupować od rafinerii olej opałowy i rozwozić go do klientów. W 1938 r. miał już dziesięć ciężarówek, a biznes rósł jak na drożdżach. Ciężarówki Hessa stały się wręcz symbolem firmy, kiedy w 1964 r. na stacjach benzynowych firmy zaczęto sprzedawać ich miniaturowe modele.

Kiedy Leon Hess musiał odbyć służbę wojskową w czasie II wojny światowej, wykorzystał to jako szansę do nauczenia się nowych przydatnych rzeczy. Dosłużył się stopnia majora. W armii odpowiadał za dostawy paliwa, służąc bezpośrednio pod generałem Georgem S. Pattonem. Służył w ramach operacji zwanej Red Ball Express (Ekspress Czerwonej Kuli). Nazwa wzięła się stąd, że drogi, którymi miały poruszać się cysterny z paliwem, znakowano czerwonymi kulkami tak, by kierowcy mogli szybko dotrzeć do celu.

Od 25 sierpnia do 13 listopada 1944 r. w ramach Red Ball Express przetransportowano 412 ton ładunku. Logistyczne doświadczenie z armii Hess wykorzystał po powrocie do domu, budując sieć zbiorników na paliwo i agresywnie obniżając ceny, by pobić konkurencję i zdobyć zlecenia rządowe.

W rozwoju firmy bardzo pomogła mu przyjaźń z Davidem Wilentzem, lokalnym prokuratorem, aktywnym politykiem Partii Demokratycznej i celebrytą, który zdobył sławę, oskarżając w bardzo głośnej w USA sprawie porwania 20-miesięcznego syna lotnika Charlesa Lindbergha. Wilentz miał kontakty i sławę, a Hess własny biznes i pieniądze. Mężczyźni zaprzyjaźnili się tak bardzo (choć prokurator był 20 lat starszy od biznesmena), że kiedy Hess rozpoczął służbę w armii, pozostawił Wilentzowi zarządzanie firmą.

Autorki książki twierdzą, że to właśnie dzięki kontaktom Wilentza firma Hessa dostała linię kredytową z Chase Manhattan Bank, która umożliwiła sfinansowanie ekspansji. Po powrocie z frontu Hess scementował swój sojusz z Wilentzem, żeniąc się w 1947 r. z jego córką Normą. Pod koniec lat 50. XX wieku zbudował pierwszą rafinerię, a sieć stacji benzynowych z logo firmy otworzył w kolejnej dekadzie.

Wśród pracowników Hess był znany z tego, że wielką wagę przywiązywał do szczegółów. Kazał pracownikom regularnie odmalowywać budynki, by wyglądały jak nowe, a nawet zlecał malowanie krawężników przy stacjach na biało. Dbanie o szczegóły opłaciło się, gdy samochody stały się popularne i na wycieczki coraz częściej wybierały się całe rodziny albo same kobiety. Wiedziały, na jakiej stacji tankować, gdy chciały skorzystać z czystej toalety.

Rockefeller, bohater jak z powieści

Kolejną okazję to powiększenia fortuny Hess zauważył, gdy w 1969 r. przejął firmę Amerada Petroleum Corporation. Zbudowała ona największą wówczas na świecie rafinerię ropy naftowej w St. Croix na należących do USA Wsypach Dziewiczych. Firma skorzystała z dotacji Departamentu Energii USA jako amerykańska rafineria. Jednocześnie została uznana za rafinerię zagraniczną, co pozwoliło Hessowi nie stosować się do prawa nakazującemu amerykańskim firmom korzystanie z usług transportu na amerykańskich tankowcach, których usługi były znacznie droższe.

Rodzina Hess jest na liście najbogatszych amerykańskich rodzin magazynu Forbes. Wpływ na to miało nie tylko zbudowanie wartej ok. 25 mld dol. firmy paliwowej Hess, lecz także inwestycje w sport. W 1963 r. Leon Hess za 250 tys. dol. kupił wraz z czterema wspólnikami drużynę sportową znaną obecnie jako The Jets. Stopniowo wykupywał udziałowców i inwestował w drużynę. Szacuje się, że dziś warta jest pół miliarda dolarów.

Powyższe omówienie najważniejszych wątków z książki powinno wystarczyć za jej rekomendację. Nie jest ona tak długa, by znużyć, a jednocześnie autorkom wystarczyło miejsca, by czytelnik nie miał poczucia niedosytu. Jest sprawnie napisana i pełna ciekawostek i anegdot, które sprawiają, że książki o sławnych ludziach cieszą się taką popularnością. To pozycja zdecydowanie godna polecenia.

W tytule książki autorki piszą, że Hess był „ostatnim” baronem paliwowym. Chodzi im o to, że w dzisiejszych czasach jest praktycznie niemożliwe, by od zera – bez kapitału i unikatowej wiedzy – zbudować liczącą się firmę petrochemiczną. Takie biografie jak „Hess: The Last Oil Baron” są więc rzadkością.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test