Kraje wschodzące powinny wybierać złoto

06.05.2016
Czy banki centralne krajów wschodzących mają za dużo dolarów w stosunku do normy, a za mało złota? Może się wydawać, że jest to pytanie nie w porę, zwłaszcza, że gdy gospodarka globalna zwalnia, kraje wschodzące wdzięczne są za posiadanie wszelkich rezerw, w tym i walutowych, jakie udało się im zachować. Dlaczego miałyby jednak gromadzić złoto?

Kenneth Rogoff


Przestawianie się krajów wschodzących na gromadzenie złota można jednak solidnie uzasadnić – otóż pomagałoby to w płynniejszym funkcjonowaniu międzynarodowego systemu finansowego, co byłoby z korzyścią dla wszystkich.

Żeby było jasne: nie popieram opowiadających się (zwykle są to oszołomy z amerykańskiej prawicy) za powrotem do standardu waluty złotej, w którym poszczególne kraje określają wartość swojej waluty w odniesieniu do złota. Ostatnie panowanie standardu złota zakończyło się przecież katastrofalnie w latach 30. XX wieku i nic nie uzasadnia przekonania, że powrót do tego okazałby się w czymkolwiek odmienny.

Nie o to więc chodzi; proponuję tylko, żeby kraje wschodzące zamieniły na złoto znaczną część tych bilionów, jakie mają w rezerwach walutowych (same Chiny mają 3,3 bln dol. rezerw oficjalnych). Zresztą nawet zamiana do 10 proc. rezerw na złoto nie zbliży ich do sytuacji wielu krajów rozwiniętych, które 60-70 proc. swoich (co prawda mniejszych) rezerw oficjalnych trzymają w złocie.

Przez jakiś czas kraje zamożne dowodziły, że we wspólnym interesie wszystkich leży demonetyzacja złota. My wprawdzie – twierdziły te kraje – mamy dużo złota, ale jest to pozostałość po standardzie złota sprzed II wojny światowej, kiedy banki centralne musiały je gromadzić.

I rzeczywiście, już w 1999 roku europejskie banki centralne – uznawszy, ze nie ma powodu, by trzymać tak dużo złota – zawarły pakt, dotyczący rozpoczęcia redukcji jego rezerw w sposób zorganizowany. Dla większości uczestniczących w nim krajów taka wyprzedaż była w tym czasie posunięciem sensownym. Rzeczywiste zabezpieczenie ich długów stanowiła zdolność podatkowa rządów, wysoki poziom rozwoju instytucjonalnego i stosunkowa stabilność polityczna. Pakt z 1999 roku jest okresowo rewidowany, choć od ostatniego przeglądu (w 2014 roku) większość krajów zamożnych zrobiła długą przerwę w wyzbywaniu się złota i wciąż mają one bardzo duże jego zapasy.

Kraje wschodzące stale kupują złoto, ale odbywa się to w ślimaczym tempie, zwłaszcza w porównaniu z ich nienasyconym apetytem na amerykańskie obligacje skarbowe i papiery dłużne innych bogatych państw. W marcu 2016 roku Chiny trzymały w złocie 2 proc. swoich rezerw, a w Indiach jego udział wynosił 5 proc. Z głównych krajów wschodzących jedynie Rosja znacząco zwiększyła zakupy złota – w niemałym stopniu wynika to zresztą z sankcji Zachodu – a zasoby tego kruszcu stanowią obecnie prawie 15 proc. jej rezerw walutowych.

Kraje wschodzące utrzymują rezerwy [walutowe], bo niedostępny jest im luksus, jaki stanowi możliwość wybrnięcia z krachu finansowego czy zadłużenia rządowego drogą inflacyjną. Mówiąc wprost, funkcjonują one w świecie, w którym duży odsetek zadłużenia międzynarodowego – i jeszcze większa część handlu światowego – jest denominowana w twardej walucie. Utrzymują zatem rezerwy w takich właśnie walutach, traktując je jako zabezpieczenie przeciwko katastrofie fiskalnej czy finansowej. W zasadzie dla świata byłoby znacznie lepiej, gdyby kraje wschodzące mogły jakoś – może poprzez Międzynarodowy Fundusz Walutowy – komasować swoje rezerwy. Do zawarcia takiego porozumienia potrzebne jest jednak zaufanie, które się po prostu jeszcze nie pojawiło.

Dlaczego przy dużym udziale złota w rezerwach cały system działałby lepiej? Stan obecny stwarza problem, polegający na tym, że kraje wschodzące – jako grupa – konkurują ze sobą o obligacje bogatych państw, co przyczynia się do obniżenia otrzymywanego przez nie oprocentowania. Ponieważ stopy procentowe są już bliskie zera, ceny obligacji krajów zamożnych nie mogą spaść o wiele bardziej niż spadły dotychczas, a podaż papierów dłużnych państw rozwiniętych ogranicza ich zdolność podatkowa oraz tolerancja ryzyka.

Złoto natomiast nie stwarza takiego problemu, bo choć jego podaż jest niemal stała, to cena nie jest niczym ograniczana. Trzeba ponadto zauważyć, że złoto jest aktywem o nadzwyczaj niskim ryzyku, a zwrot na nim jest porównywalny do zwrotu na długu na bardzo krótki termin. A że złoto jest również aktywem o ogromnej płynności – co w przypadku rezerw stanowi kryterium podstawowe – banki centralne mogą sobie pozwolić na pomijanie krótkookresowych wahań jego cen i kierować się średnim zwrotem w dłuższym okresie.

To prawda, że złoto nie daje odsetek i że jego składowanie wiąże się z kosztami. Tymi kosztami można jednak stosunkowo efektywnie zarządzać, przechowując je – w razie potrzeby – zagranicą (wiele krajów przechowuje swój kruszec w nowojorskiej Rezerwie Federalnej). No a jego cena może z czasem pójść w górę. Właśnie z tego powodu systemowi jako całości nie może nigdy zabraknąć złota monetarnego.

Nie chcę stwarzać wrażenia, że przestawiając się na złoto kraje wschodzące mogłyby odnieść jakąś korzyść kosztem państw rozwiniętych. Stan obecny jest przecież taki, że banki centralne i ministerstwa skarbu krajów rozwiniętych posiadają o wiele więcej złota niż państwa wschodzące, a systematyczne przestawianie się przez nie na ten kruszec podniesie jego cenę. Nie stanowi to jednak problemu systemowego. Faktycznie zresztą wzrost cen złota spowodowałby częściowe domknięcie luki między popytem na bezpieczne aktywa a ich podażą, która to luka pojawiła się w efekcie zerowej granicy stóp procentowych.

Nigdy nie było uzasadnionego powodu, by kraje wschodzące przekonały się do wyrażanego przez państwa zamożne poglądu o całkowitej demonetyzacji złota. I teraz też go nie ma.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test