Maskarada z manipulacją kursem walutowym

04.06.2015
W trwających właśnie zmaganiach Kongresu USA z budzącą od dawna kontrowersje umową o Partnerstwie Transpacyficznym (TPP) - sztandarową ustawą handlową prezydenta Baracka Obamy - pojawia się zasadnicza przeszkoda. Rzecz dotyczy dyskutowanej od wielu lat kwestii sztucznego wpływania na kursy walutowe.  


Przeszkody tej uniknął 22 maja Senat, odrzucając niewielką przewagą głosów (51 do 48) propozycję wprowadzenia do ustawy, która daje Obamie uprawnienie do tak zwanej „szybkiej ścieżki” w rokowaniach TPP, poprawki „o manipulacji kursami walut”. Kwestia ta jednak może wypłynąć ponownie, gdy debata przeniesie się do Izby Reprezentantów, gdzie jest silne poparcie dla „wymagalnych przepisów walutowych”.

Od co najmniej dziesięciu lat Kongres skupia się na kwestii manipulowania kursem walutowym – wysuwając to oskarżenie wobec krajów, które celowo interweniują na rynkach walutowych z zamiarem obniżenia wartości własnej waluty, a tym samym subsydiowania eksportu. W 2005 roku doszło do nieprawdopodobnego wręcz sojuszu senatorów Charlesa Schumera (liberalnego Demokraty z Nowego Jorku) oraz Lindseya Grahama (konserwatywnego Republikanina z Południowej Karoliny), mającego na celu obronę znękanych amerykańskich pracowników z klasy średniej przed domniemanymi nieuczciwymi praktykami handlowymi. Wystarczy powstrzymać manipulacje kursami – dowodzili senatorowie – a deficyt handlowy USA skurczy się, co przyciśniętym dziś do muru pracownikom zapewni trwałe i znaczne korzyści.

Pierwotna propozycja Schumera-Grahama stanowiła dziesięć lat temu lekko zawoalowaną inicjatywę antychińską. Motywował ją gniew, który utrzymuje się do dzisiaj, gdy na Chiny przypada już 47 proc. nadmiernego ciągle deficytu handlowego USA (dane za 2014 rok). Nie ma znaczenia, że od połowy 1995 roku chiński renminbi umocnił się wobec dolara o jakieś 33 proc. i że Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie uważa już tej waluty za niedowartościowaną. Nie ma też znaczenia to, że chińska nadwyżka w bilansie rozrachunków bieżących z 10 proc. PKB w 2006 roku zmalała w zeszłym roku do 2 proc. (szacunkowo). Chiny wciąż znajdują się na celowniku polityków z USA, przekonanych, że amerykańscy pracownicy są ofiarami nieuczciwych praktyk handlowych tego kraju.

Wprawdzie emocjonalnie i politycznie jest to argumentacja bardzo kusząca, ale całkowicie błędna, gdyż w Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z podstępnym problemem oszczędności. Krajowa stopa oszczędności netto -obejmująca łączne oszczędności gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i sektora rządowego (skorygowane o amortyzację starzejącego się aparatu wytwórczego) – wynosi obecnie 2,5 proc. dochodu narodowego. A choć jest lepiej niż w latach 2008-2011, gdy ten wskaźnik był ujemny, to i tak wiele brakuje do wynoszącego przeciętnie 6,3 proc. poziomu z trzech ostatnich dekad dwudziestego wieku.

Ponieważ Stany Zjednoczone chcą mieć wzrost gospodarczy, lecz brakuje im oszczędności, muszą te oszczędności sprowadzić z zagranicy. A skoro chcą kapitał zagraniczny przyciągnąć, to nie mają wyboru: muszą utrzymywać odpowiednio duży deficyt w bilansie płatniczym.

Tak więc to nie przypadek, że gospodarkę USA cechuje chroniczny deficyt rozrachunków bieżących. Wprawdzie skala tego niedoboru zmalała z rekordowych 5,8 proc. PKB w 2006 roku do 2,4 proc. w zeszłym – nadal jednak wzrost w USA jest silnie zależny od nadwyżek oszczędności zagranicznych.

Tu właśnie ujawnia się rola deficytu handlowego. Tych zagranicznych oszczędności USA nie biorą za darmo. Żeby przyciągnąć potrzebny kapitał, muszą przekazywać zagranicę dolary, co następuje poprzez handel zagraniczny.

I w tym momencie upada zarzut manipulacji kursem walutowym. W 2014 roku Stany Zjednoczone miały deficyt w handlu z około 95 krajami. Innymi słowy, problemu nie stanowi dotkliwy deficyt dwustronny w handlu z małą liczbą partnerów, co można by powiązać z zarzutami manipulowania kursem przez kraje takie jak Chiny, Japonia, Malezja czy Singapur. W Stanach Zjednoczonych mamy tymczasem do czynienia z wielostronną nierównowagą handlową, w obrotach z licznymi krajami, tego zaś nie da się uleczyć za pomocą nałożenia kar, które – jak cła – mają charakter dwustronny.

Nałożenie restrykcji na handel z kilkoma krajami (tak zwanymi manipulantami walutowymi) bez rozwiązania problemu oszczędności spowoduje po prostu przesunięcie deficytu na innych partnerów handlowych USA. W efekcie deficyt ten będzie jak napełniony wodą balon – po naciśnięciu go w jednym miejscu woda zwyczajnie przepłynie gdzie indziej.

Takie podejście mogłoby ponadto przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Jeśli na przykład założymy, że w USA nie ma przyrostu oszczędności wewnętrznych, to karanie za manipulację kursem producentów o niskich kosztach, takich jak Chiny, doprowadziłoby najprawdopodobniej do przesunięcia części amerykańskiego deficytu handlowego do producentów, u których koszty są wyższe. Stanowiłoby to funkcjonalny odpowiednik zwyżki opodatkowania rodzin z klasy średniej – czyli akurat tych wyborców, o których tak troszczy się Kongres. Dalsze komplikacje wypływały z faktu, że werdykt w sprawie manipulowania kursem walutowym podejmują politycy, którzy przypuszczalnie byliby zależni od jakiegoś wzorca „uczciwej wartości”.

Taki obrót wydarzeń obnaża skrajną hipokryzję Kongresu. Zarzut manipulowania kursem to nic innego jak tylko przykrywka dla uchylania się przez USA od odpowiedzialności za rozwiązanie problemu oszczędności krajowych. Z braku nawet pozorów strategii zwiększania oszczędności – a nie chodzi tu po prostu o długoterminowe ustalenia wobec deficytu budżetowego rządu federalnego, ale także o istotne zachęty do oszczędzania osobistego – amerykańscy politycy zwrócili się ku innemu szybkiemu rozwiązaniu.

W końcu jednak nie da się tego uniknąć: skoro Kongresowi nie podoba się deficyt handlowy, powinien zająć się problemem oszczędności krajowych i zaprzestać ciągłego skupiania się na nieuzasadnionych obawach o manipulowanie kursem walutowym.

Nie oznacza to bynajmniej, że USA powinny ignorować nieuczciwe praktyki w handlu. Jako członek Światowej Organizacji Handlu mają one wielką okazję, by do rozstrzygnięcia najważniejszych problemów z partnerami handlowymi wykorzystać stworzony przez ten organ mechanizm rozwiązywania sporów. To podejście już przynosi im sukcesy. Kongresowi natomiast nie wolno udawać, że oparta na błędnych założeniach polityka handlowa może stanowić odpowiedź na jego własną niezdolność lub niechęć do zmiany orientacji programu polityki wewnętrznej.

Oczywiście zawsze łatwiej jest zrzucać winę na innych niż spojrzeć prawdzie w oczy. Poważnych błędów handlowych historia jednak nie wybacza. W efekcie wprowadzonej w 1930 roku ustawy celnej Smoota-Hawleya rozgorzała globalna wojna handlowa – i być może z tej właśnie przyczyny ówczesny kryzys stał się „wielkim” kryzysem; dziś natomiast wprowadzenie przez Kongres wymagalnych przepisów walutowych mogłoby wywołać akcje odwetowe, które mogą zniszczyć swobodę przepływów handlowych, tak bardzo gospodarce globalnej potrzebną.

Odrzucając tę niebezpieczną opcję Senat USA postąpił mądrze. Można mieć zatem nadzieję, że i w Izbie Reprezentantów przeważy podobna mądrość. Ustawowe regulacje dotyczące manipulowania kursem to taka tragedia, której można – i powinno się – unikać.

© Project Syndicate, 2015

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test