Niespełnialne pragnienie równości

16.07.2017
Poglądy jak moda poddają się wszakże zmianom, więc pamiętać warto, że nierówności były, są i będą, a jeśli malały, to wskutek nieszczęść i tragedii.


Równość ma pod górkę, bo człek walczy wpierw o swoje, a dopiero potem o wspólne, czyli u nas nad Wisłą o „niczyje”. Równość nie kocha się z rozwojem, bo ten drugi już tysiące lat temu wyniósł się z żołądka i przeniósł do głowy. O jakich wreszcie katastrofach mówi przebogaty relatywnie Zachód, skoro Południe świętuje właśnie globalizacyjny cud wygrzebania się z nędzy i gdzieniegdzie z biedy.

Osobiście ścierpię zachodnie nierówności i wytrzymam w tym przykrym stanie odpowiednio długo, jeśli coraz bogatsze będą azjatyckie, latynoskie i afrykańskie rubieże naszego tutejszego raju, bo wówczas czuł będę się jak dobry człowiek, pewniej, godniej i bezpieczniej.

Od epoki kamiennej, kiedy bardzo nielicznych chowano w grobach znacznie wystawniejszych niż inne, nierówności dochodowo-majątkowe są, trwają i rosną. Sytuacja ta nie zmieni się dopóty, dopóki nie zdarzy się coś bardzo złego [„bardzo” = zanikający, staropolski odpowiednik „mega” – przyp. JC]. Refleksja ta wymaga sporej liczby lektur i zdolności kojarzenia faktów. Na mitrędze tej można jednak nieco przyoszczędzić – wystarczy przeczytać (w języku, niestety, obcym) to, co napisał ostatnio w swej opasłej książce austriacki historyk ze Stanfordu – prof. Walter Scheibel.

„Wielki niwelator: Przemoc i historia nierówności od epoki kamienia do XXI wieku”. (The Great Leveler: Violence and the History of Inequality from the Stone Age to the Twenty-First Century) uzmysławia, że jedynym na taką skalę okresem w historii powszechnej, w którym płace realne urosły, a bogacze utracili wiele i jeszcze więcej ze swego majątku, lecz nie wiązało się to z krwawą łaźnią lub pochodem kostuchy, były lata Wielkiego Kryzysu z przełomu lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Miliony cierpiały nie za swoje grzechy, płacąc nie swój rachunek za kryzys „jedynie” zdrowiem, głodem, siłami witalnymi i rozpaczą, a nie życiem.

Jeśli pominąć epizody i zdarzenia lokalne, to patrząc na tysiące lat dzielące ludzkość od pomieszkiwania jaskiń, możemy stwierdzić, że nierówności są nam przyrodzone. Malały istotnie tylko wtedy, gdy nawiedzał kontynenty Wielki Niwelator.

Plagi, klęski i rewolucje

Pierwszą, udokumentowaną co nieco, wizytę europejską Wielki Niwelator złożył w połowie XIV wieku jako Wielki Pomór, zwany też Wielką Zarazą lub Czarną Śmiercią. W ciągu czterech lat na dżumę zmarło prawdopodobnie od 75 mln do 200 mln mieszkańców Europy Zachodniej i Południowej, a w ujęciu względnym jedna czwarta, a być może nawet niemal połowa populacji kontynentu.

W Hiszpanii, południowej Francji i we Włoszech umrzeć mogło nawet trzy czwarte mieszkańców. W Europie dżuma nie dotarła jedynie do Polski; możliwe, że dzięki kwarantannie zarządzonej przez Kazimierza Wielkiego. To, co było wówczas łaską losu i domniemaną mądrością króla, odbiło się nam nieszczęściem znacznie później. Żaden kataklizm nie zakłócił bowiem procesu nieustannego pomnażania wielkich fortun ziemskich; resztki pożywki z przeznaczeniem na rozwój miast i mieszczaństwa pozostały mało kaloryczne i po czterech stuleciach skończyło się to upadkiem Polski.

Wyludnienie Europy wywołało zmianę podstawowych relacji podażowo-popytowych. Zabrakło rąk do pracy na polach, więc staniała ziemia będąca podstawą bogactwa i dochodów wąskiej elity społeczno-politycznej, a podrożała robocizna w dyspozycji po wielokroć liczniejszej od majętnych biedoty. W rezultacie po ucieczce Czarnej Śmierci płace realne podwoiły się, a gdzieniegdzie nawet potroiły, a wyrobnicy zamiast polewki i kapusty zajadali się mięsem popijanym piwem. Mechanizm ten rozlewał się szeroko. Walter Scheidel przytacza, że w początkach XIV wieku robotnik najemny z Kairu zarabiał dniówkę starczającą na zakup jedzenia o wartości odżywczej 1100 kalorii, a 150 lat później tego samego wyrobnika stać już było na 1900 kalorii dziennie.

Niwelowanie nierówności następowało także wskutek upadku imperiów. Przykładem jest ostateczny koniec cesarstwa zachodniorzymskiego w V wieku n.e. Przez stulecia przed nim krew toczyli poddanym Rzymu Germanie i inni Wizygoci, Frankowie, Brytowie, Hunowie, jak również Wandalowie i pomniejsze siły. Potęga uległa wreszcie implozji, a z nią majątki możnych. Papież Grzegorz I pisał w swoich „Dialogach” o wspieranych przez siebie arystokratycznych niedobitkach niemających za co żyć.

Ze sporą początkowo korzyścią dla waloru większej równości na rozległych ziemiach dawnego Rzymu powstawały nowe królestwa. Z biegiem lat drogę na szczyty hierarchii społecznej i państwowej wyrębywały sobie jednak nowe elity, umacniał się system feudalny i rosły latyfundia. Lektura wczesnośredniowiecznych dokumentów ujawniła np., że w 1165 roku angielski piechur wywodzący się rzecz jasna z dołów pobierał żołd osiem razy mniejszy niż rycerz konny pochodzący z warstw wyższych. Po kolejnych 50 latach relacja ta pogorszyła się jeszcze trzykrotnie, więc w kwestii nierówności nastąpił powrót do status quo ante.

Walter Scheibel używa metafory czterech jeźdźców Apokalipsy. Trzecim po epidemiach i upadkach mocarstw, takich jak Rzym czy starożytne cesarstwo chińskie Tang, są wielkie rewolucje. Najdalej idące konsekwencje i najliczniejsze ofiary śmiertelne liczone w dziesiątkach milionów przyniosły rewolucja rosyjska z 1917 roku kierowana przez hordę Lenina i rewolucja chińska, która po II wojnie wyniosła do władzy komunistów pod przywództwem Mao Tse-tunga. Tak zwane klasy posiadające zostały dosłownie wytępione. Ich majątki najpierw zostały rozgrabione i zrujnowane, a następnie – już w opłakanym stanie  przejęte przez państwo.

Wprawdzie dla większości czytelników OF okres PRL to prehistoria niewarta uwagi, wierzę jednak, że nie trzeba od nowa przekonywać, że w ZSRR i jego zniewolonych satelitach oraz w Chinach nastąpiło potężne spłaszczenie dochodowo-majątkowe. Nie miało ono większych szans na wypuczenia w wyraźniejsze nierówności będące konsekwencją wzrostu gospodarki także z powodu zniszczenia i nieumiejętnego obchodzenia się z nagromadzonym przez dekady i stulecia majątkiem wytwórczym.

Odpowiednikiem imperialistów, kapitalistów i wyzyskiwaczy byli w ZSRR, tzw. demoludach i w Chinach czynownicy i najróżniejsi posługacze najwyższych kręgów, którym płacono wyraźnie więcej niż robotniczo-chłopskiej hołocie zwanej przewrotnie awangardą. Ponadto kto był blisko władzy miał też szanse kraść znacznie więcej niż szaraki. Walter Scheibel przytacza, że współczynnik Giniego opadł po komunistycznych przewrotach wyraźnie, ale nie w skali nierewolucyjnej: z 0,36 w carskiej Rosji w 1905 roku do 0,26 za władzy Sowietów.

Mao spisał się bardziej chwacko. W efekcie jego tyranii wartość wskaźnika Giniego zmniejszyła się z 0,4 przed rewolucją do 0,23 w Chińskiej Republice Ludowej. W miastach Chin zapanował wręcz porządek z marzeń współczesnych orędowników powszechniejszej równości, bo w metropoliach Państwa Środka współczynnik stoczył się do nawet 0,16, a więc padł przed ludem na kolana.

Rewolucje nie trwają zazwyczaj długo, choć porewolucyjne porządki ciągnąć się mogą przez dekady. Potem nadchodzi na szczęście odsapka od równości wymuszonej kulą, knutem i bagnetem. Świat poddaje się komendzie da capo al fine, co oznacza w muzyce powtórzenie dzieła od początku. Profesor Scheibel wskazuje zatem, że po Gorbaczowie współczynnik nierówności podniósł się w Rosji do 0,52, a komunistyczno-kapitalistyczny spisek uknuty przez pana Denga przywrócił zapewnił najwyższym percentylom współczesnych mandarynów przywilej dochodowy, bo w dzisiejszych Chinach Gini wyrósł do 0,55.

Powojenny walec

Z teraźniejszego punktu widzenia najciekawszy zdaje się być dwudziestowieczny fragment książki, w którym mowa o czwartym jeźdźcu w postaci dwóch wielkich wojen toczonych na Zachodzie i w Azji przez miliony żołnierzy z przymusowego poboru. Kondotierzy i inni zbrojni z najmu nie szafowali swym zdrowiem, a już zwłaszcza życiem, bardziej markowali starcia niż się bili i w rezultacie wojny potrafiły być długie, ale krwi żołnierskiej spływało stosunkowo mało.

W XX wieku państwa zniewoliły swe ludy, posyłając nieprzebrane tłumy rekrutów pod lufy wrogów. Poświęcenie wojenne nie było oczywiście równomierne – niezamożne masy szły na front, ginąc i tracą zdrowie na wojnie milionami, a majętne elity również wspierały wysiłek wojenny, tyle że oddając na czyn zbrojny istotną część bieżących dochodów i zgromadzonego dotychczas majątku. Efekt zrównywania był nieunikniony.

W 1944 roku stawka opodatkowania najwyższych dochodów wzrosła w USA do 94 proc., a w przypadku nieruchomości skala podatkowa objęła do 74 proc. ich wartości. Wskutek niesamowitej koniunktury wojennej wzrastały dochody amerykańskich niebieskich i białych kołnierzyków, państwo zbierało obfite podatki, kapitał miał się gorzej, ale tylko relatywnie. Wojna i jej konsekwencje gospodarczo-społeczne zadziałały zatem na nierówności jak walec puszczony na górki i doły – pierwsze trochę spłaszczył, drugie nieco spłycił. Podobnie było w dwóch innych państwach zwycięskiej koalicji, ale także u przegranych.

Bogactwo najmajętniejszych Brytyjczyków i Francuzów skurczyło się po II wojnie o kilkadziesiąt procent. W Japonii czasu II wojny przemysł ciężki formalnie pozostał prywatny, ale znakomita większość produkcji szła obowiązkowo na cele militarne. Skutkiem klęski militarno-politycznej było nie tylko złamanie karku japońskiemu imperializmowi, ale też zmniejszenie o jakieś 70 proc. zamożności tamtejszej burżuazji oraz złagodzenie nierówności wskutek m.in. podniesienia podatków, wstrzymania wypłat dywidend, obowiązku udziału załóg fabrycznych w zyskach firm itd. Po wojnie zlikwidowano tam także latyfundia ziemskie.

Krwią za związki zawodowe

Okres 1914-1945, kiedy nastąpiło nasilenie procesu trwającego (ale już słabszego) przez kilka następnych dekad, nazwany został w literaturze czasem Wielkiej Kompresji, czyli osłabiania nierówności dochodowych oraz majątkowych.

Profesor Scheibel powtarza w „The Great Leveler” za Maxem Weberem, że ceną, jaką płaciły warstwy wyższe za udział mas w wielkich wojnach toczonych w XX wieku o kontrolę nad światem, była demokratyzacja i zniwelowanie nierówności. Za krew zapłacono m.in. zgodą na rosnącą rolę związków zawodowych, a poniekąd także na stopniowe wyzwalanie kobiet spod męskiego jarzma. Sto lat temu uzwiązkowienie w państwach obecnego klubu OECD wynosiło niecałe 20 proc., a w 1945 roku – już 50 proc.

Walter Scheibel wywodzi, że kryzysy finansowe mają mało istotny wpływ na hipotetyczne rozregulowanie mechanizmów prowadzących do narastania i pogłębiania nierówności. Dzieje się tak dlatego, że pokryzysowe reformy i układy polityczne zawierane są przez siły polityczne z grupami już bardzo majętnymi, a nie z tymi, którzy mają mało lub prawie nic.

Fascynujący ten wątek ciągnąć można byłoby bez końca, lecz i bez wniosków z szansami na spełnienie, więc dodam od siebie, że źródła intelektualnej bezsiły tkwią współcześnie w głębokim podziale na zwolenników sprawdzonego przez wieki podejścia zdroworozsądkowego podejścia wskazującego, że podstawą harmonii jest nieustanne dążenie do równoważenia podstawowych, a potem pośledniejszych relacji ekonomicznych i społecznych, a z drugiej strony na natchnionych, czy wręcz zrewolucjonizowanych orędowników cudownych rozwiązań jedno- czy najwyżej paroczynnikowych. W konsekwencji mamy dziś podział na pokazywanych palcem „neoliberałów-złoczyńców” – piewców „austerity” i tych „lepszych”, którzy wierzą, że wystarczy zasypać świat papierowo-elektroniczną „makulaturą” pieniężną, uderzyć w bogatych podatkami i dać w końcu całą gospodarkę w zarząd najjaśniejszemu państwu.

Autor „Wielkiego Niwelatora” żartuje w trakcie rozmów o swej książce, że najbogatsza dziś grupka światowych multimiliarderów podróżować może mikrobusem, podczas gdy całkiem jeszcze niedawno ludzie z połową globalnego majątku na kontach ledwo mieścili się w fotelach ponadtrzystumiejscowego Boeinga 777 czy Airbusa 340.

W moim osobistym przekonaniu najkaloryczniejszą pożywką dzisiejszych nierówności była i jest luźna polityka monetarna prowadząca do skokowych wzrostów cen większości kategorii aktywów. Wartości materialne i finansowe należą zaś do zamożnych i miliardom maluczkich nic do tego. Tak zwane Quantitative Easing, tj. domniemane lekarstwo na kryzys, zasypało świat bilionami świeżutkich dolarów, euro, funtów i jenów prosto od bankierów centralnych, więc równoczesny skok nierówności był też jak z banku.

W czasach rozkwitu Rzymu największe prywatne fortuny miały wartość 1,5 miliona razy większą niż roczny PKB per capita w imperium. Różnica między nimi była mniej więcej taka sama jak aktualnie między majątkiem Billa Gatesa i dochodami przeciętnego Jankesa. Tyle się w świecie zmieniło, żeby odwieczne zmartwienie z powodu niespełnialnego pragnienia równości pozostało takie samo.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test