USA na wojnach budżetowych

18.03.2011
Wojny budżetowe w Waszyngtonie pokazują, że polityczna terminologia różnicująca konserwatystów i liberałów jest nieaktualna. To raczej – jak w bajkach Hanna-Barbera – spór Flinstone’ów z epoki kamienia łupanego i Jetsonów z przyszłości” – pisze Lisa Kaas Boyle, felietonistka „Huffington Post”.

Barrack Obama (CC BY-NC Matt Ortega)


Jest w tym trochę prawdy, ale nie chodzi o ideologię. Walka, jak między bohaterami filmów animowanych, toczy się z użyciem wszelkich możliwych środków. Nie dalej jak w lutym Barack Obama przedstawił ze swoim gabinetem projekt budżetu na rok 2012. Tymczasem wciąż nie uchwalono budżetu na rok bieżący. W piątek,18 marca, Kongres zagłosuje prawdopodobnie za kolejnym prowizorium, które będzie miało obowiązywać do 8 kwietnia. Dopiero wtedy, choć nie jest to pewne, będzie można spiąć finansowanie państwa do końca roku budżetowego. Jeśli jednak w piątek Demokraci i Republikanie nie dogadają się, rząd nie będzie mógł wydać ani dolara.

Procedura pracy nad ustawą budżetową w Stanach Zjednoczonych zaczyna się w lutym roku poprzedzającego rok budżetowy. Wtedy prezydent, który jest jednocześnie szefem gabinetu, przedstawia przed Kongresem założenia ustawy. Następnie projekt trafia do Izby Reprezentantów (tu większość mają od listopada Republikanie) i Senatu (większość mają Demokraci). Obradują tam komisje budżetowe.

Po ostatecznej debacie w Kongresie i głosowaniu – cała procedura budżetowa ma osiem etapów– czasem na wiosnę, a zazwyczaj około września budżet trafia do podpisu przez prezydenta. W ubiegłym roku Obamie nie udało się jednak podpisać ustawy finansowej. Pod koniec września podpisał prowizorium budżetowe. Obowiązywało do 3 grudnia. Przedłużano je kilkakrotnie.

Projekt budżetu na 2011 rok, który Obama przedstawił w lutym 2010 roku, zakładał największy deficyt począwszy od II wojny światowej. I wokół tego deficytu przede wszystkim, nadal toczy się spór pomiędzy Republikanami a Demokratami. Republikanie nie zgadzają się na dalsze pobudzanie gospodarki wydatkami rządowymi. Chcą ciąć koszty i ciąć podatki. Powołują się przy tym na wzrost gospodarczy, który wynosił w 2010 roku 2,8 procent. Gospodarka ruszyła, to znaczy że czas zacząć reformy – mówią. Żądają od rządu Obamy, by w ciągu najbliższych 6 miesięcy ograniczył wydatki o 60 mld dolarów.

Administracja prezydenta jest skłonna zgodzić się na 10-miliardowe ograniczenie. W budżecie na 2011 rok rosły prawie wszystkie wydatki. Jak bardzo? Można prześledzić to na przykładzie budżetu wojska. Obama założył, że cały budżet wojskowy (włączając w to program nuklearny) wyniesie w 2011 roku 708 miliardów dolarów, wobec 680-miliardowych planów na rok 2010. Teraz, podczas zażartej walki o dziurawy budżet 2011 (dziura w budżecie USA w lutym br. wyniosła 223 mld dol.), komisje pracują nad ustawą finansową na rok 2012.

Cele nowego budżetu USA

„Wyłaniając się z największej recesji, prezydent przygotował budżet, który ma odbudować naszą gospodarkę i pozwolić nam wygrać z globalnymi konkurentami na polu innowacji, edukacji i rozwoju. Wykreować nowe miejsca pracy i przemysł przyszłości” – napisał Barack Obama w przesłaniu budżetowym, otwierającym dokument.

Dalej pisał o naprawianiu finansów publicznych, obniżaniu deficytu i reformowaniu rządu w kierunku zwiększenia efektywności jego pracy. Nawiązał do priorytetu, który przyjął trzy lata temu – tworzenia nowych miejsc pracy. W budżecie 2012 r. administracja Obamy założyła 8,6-procentowe bezrobocie, podczas gdy w 2011 roku wyniosło ono 9,3 procent.

Deficyt i dług

Nowa ustawa budżetowa zakłada wydatki w wysokości 3,73 biliona dolarów. Biorąc pod uwagę dochody rządu, na poziomie ok. 2,6 biliona dolarów, deficyt szacuje się na ponad 1,09 bln dolarów. Jednocześnie, biorąc pod uwagę proponowane przez Obamę cięcia budżetowe (o ok. 33 miliardy dolarów w stosunku do roku 2011), przewiduje się, że deficyt jako odsetek PKB będzie w następnych latach maleć. Prezydenckie biuro budżetowe (Office of Management and Budget, OMB) szacuje, że deficyt będzie maleć z 10,9 proc. w roku 2011 do 2,9 proc. w roku 2018.

To oczywiście założenia teoretyczne. Z wykonaniem jest różnie. W budżecie na rok 2011 wydatki miały wynieść 3,8 bln dolarów, a deficyt przewidywany był na 1,2 bln dolarów. Już wiadomo, że będzie wyższy o co najmniej 280 mld dolarów.

Każdego roku deficyt powiększa dług narodowy. Na koniec 2012 roku, jeśli Kongres przyjmie, a Obama podpisze i zrealizuje budżet 2012, statystyczna amerykańska rodzina będzie zadłużona na ponad 200 tysięcy dolarów. Stąd po kilku latach rozdymanych budżetów, w Stanach Zjednoczonych rośnie dziś presja na cięcia.

Kto co dostanie

Problemem wartego ponad 3,7 bln dolarów budżetu są wydatki obligatoryjne (Mandatory Spending), z których nie można zrezygnować. Mowa o świadczeniach społecznych, ubezpieczeniach zdrowotnych, emeryturach wojskowych itd. Ich wartość ma wynieść w 2012 roku 2,1 biliona dolarów, czyli 57 proc. całego budżetu.

Około 40 proc. budżetu mają stanowić wydatki fakultatywne (Discretionary Spending) i te Obama musi wynegocjować z Kongresem. Wydatki fakultatywne na 2012 rok wynoszą 1,34 biliony dolarów. Połowa tego budżetu ma iść na wojsko. Prezydenckie biuro budżetowe chce w 2012 roku przekazać z tego 881 miliardów na cele związane z bezpieczeństwem. Jeśli porównać to z wydatkami budżetowymi na świadczenia społeczne (761 miliardów) i zdrowie (Medicare i Medicaid – łącznie 737 miliardów dolarów), będzie to i tak większa suma. Na pozostałe wydatki budżetowe pozostaje 462 miliardy dolarów.

Około 5 proc. budżetu, który nie stanowi ani Mandatory Spending ani Discretionary Spending, ma iść na obsługę długu publicznego.

Na co dokładnie i w jakiej części procentowej idą amerykańskie dolary, można zobaczyć na wykresie budżetowym na stronie Białego Domu (www.whitehouse.gov/omb/budget). W projekcie na 2012 rok wydatki rozkładają się w sposób następujący (proc. budżetu):

Ochrona zdrowia 22,62 proc.

Obrona narodowa 19,27 proc.

Zabezpieczenie dochodu: 14,48 proc.

Zabezpieczenie społeczne: 20,04 proc.

Obsługa długu (Net Interest): 6,31 proc.

Inne program rządowe: 3,65 proc.

Dodatki dla weteranów: 3,26 proc.

Edukacja i rozwój zawodowy: 2,77 proc.

Transport: 2,74 proc.

Sprawy Międzynarodowe: 1,65 proc.

Zasoby naturalne: 1,12 proc.

Programy technologiczne: 0,84 proc.

Sprawy imigracyjne i egzekwowanie prawa: 0,81 proc.

Odpowiedź na klęski żywiołowe: 0,44 proc.

W wielu obszarach widać, że administracja Baracka Obamy próbuje zaciskać pasa. W 2012 roku mają spaść wydatki na rolnictwo, handel, usługi zdrowotne, system sprawiedliwości, resort pracy i inne. Największe cięcia w stosunku do roku poprzedniego dotyczą transportu. Cięcia mają dotknąć także wojsko i dyplomację. Choć nakłady na sam departament obrony zwiększą się, całe koszty wojska – uwzględniające koszty programu nuklearnego i misje wojskowe w Afganistanie i Iraku – będą mniejsze. Wydatki Departamentu Stanu spadną o około 10 proc.

Największy wzrost wydatków dotyczy natomiast edukacji. Obama chce, by nakłady na szkolnictwo wzrosły z 49,7 mld dol. w roku 2011 aż do 77,4 mld dol. Mimo takich planów pracownicy szkolnictwa i tak dziś protestują w Stanach Zjednoczonych. W związku ze zmniejszonym w roku 2011 budżetem stanowym, pracę tam stracić może ok. jedna trzecia nauczycieli.

Osie sporu

Projekt budżetu, który zaproponował Obama nie podoba się Republikanom. Zarzucają rządowi Demokratów nie tylko zbyt małe cięcia wydatków, ale też nie podoba im się wzrost nakładów na edukację oraz inwestycje w odnawialne źródła energii i ochronę środowiska. Chcą obciąć programy planowania rodziny i żądają większych cięć w opiece zdrowotnej.

Republikanie domagają się też cięć podatkowych twierdząc, że tylko duży biznes jest w stanie pchać społeczeństwo do dalszego rozwoju (zachętą do cięć wydatków, ale i cięć podatkowych ma być wzrost gospodarczy). Administracja Obamy upiera się przy programach mających na celu pobudzanie powstawania miejsc pracy oraz programach związanych z ochroną środowiska. Ma to zdaniem ekspertów rządowych, kreować nowe miejsca pracy przy okazji budowy infrastruktury związanej z energią odnawialną. O znaczących cięciach w służbie zdrowia nie ma mowy – nie po to Obama przeprowadzał swoją głośną reformę systemu zdrowotnego.

Ważne miejsce w przesłaniu budżetowym Obamy zajmują zapewnienia o systematycznym zmniejszaniu deficytu i kontroli długu publicznego. Obama także na inne sposoby daje do zrozumienia, że jego gabinet wciąż zmaga się ze skutkami kryzysu. Jeden z projektów reformy bankowej Obamy miałby polegać na wymuszeniu na pięciu największych firmach świadczących kredyty hipoteczne (Bank of America, JPMorgan Chase, Citigroup, Wells Fargo i Ally Financial), redukcji miesięcznych zobowiązań kredytobiorców.

W ramach podejścia „shock and awe” (szok i podziw) Obama chce zrealizować cztery cele:

– ukarać banki za pogwałcenie stanowego prawa i federalnych ustaw,

– dostarczyć pomoc przestraszonym kredytobiorcom,

– ustabilizować pogarszający się rynek nieruchomości,

– zapobiec, by banki nie nadużywały prawa w przyszłości.

Analitycy szacują, że będzie to kosztować wymienione wyżej instytucje ok. 30 miliardów dolarów. Dodatkowo Amerykanie odpalają kolejny plan pomocowy typu „bail-out”. Fed chce wpompować do systemu kolejnych 600 miliardów dolarów – do połowy 2011 będzie skupował obligacje do wartości 75 mld dolarów miesięcznie. Poprzedni bail-out wynosił 700 miliardów dolarów.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test