W USA studia są drogie, a pracy po nich nie ma, jak wszędzie

27.06.2013
W międzynarodowych rankingach amerykańskie uniwersytety wciąż są najlepsze. Dyplomy tych uczelni nie gwarantują już jednak sukcesu na rynku. To szok dla Amerykanów, zwłaszcza, że zdobycie wykształcenia jest najdroższe w historii. Zdaniem ekspertów system wyższej edukacji czeka rychła i gwałtowna rewolucja.

(CC BY-NC-ND teddy-rised)


Amerykańskie uniwersytety tradycyjnie reprezentują ponad połowę w pierwszej setce najlepszych na świecie. Średnio osiem z nich zazwyczaj plasuje się w pierwszej dziesiątce — Harvard, MIT, Stanford, Yale, Berkeley, Princeton są zwykle w czołówce, Columbia, Chicago, Duke i Pennsylvania wymiennie w zależności od roku i kryteriów.

Pozycja ta przekładała się zawsze na gwarancję sukcesu absolwentów. Dyplom otwierał drzwi do kariery w najlepszych firmach Ameryki, rządowych instytucjach, był przepustką do awansu społecznego i dobrobytu – gwarantował zarobki wystarczające na zakup własnego domu i na wykształcenie dzieci. Wynagrodzenie było średnio dwukrotnie wyższe niż dochody niewykształconych. Taki model kształtował rozwój amerykańskiej klasy średniej od lat 30. ubiegłego wieku i zachwiał się dopiero obecnie.

Po raz pierwszy w historii dyplom wyższej uczelni nie jest już w USA gwarancją sukcesu. Grupa dotknięta dziś najwyższym bezrobociem to młodzi absolwenci college’ów i uniwersytetów. Bez pracy pozostaje ich procentowo ponad dwukrotnie więcej niż wynosi średnia dla całego społeczeństwa (16,3 proc. do 7,5 proc.), lub biorąc pod uwagę liczbę absolwentów. Jak podała Associated Press, aż 53,6 proc. absolwentów w ubiegłym roku nie dostało pracy.

Kryzys gospodarczy trwający od pięciu lat jest pierwszą oczywistą przyczyną takiego bezrobocia. Równorzędną przyczyną, jak się okazuje, jest spadek jakości wykształcenia.

>>czytaj też: Niebezpieczna iluzja wartości dyplomu

Pojemność umysłowa 40 stron

Na pogorszenie sytuacji absolwentów wskazują nie tylko badania i obserwacje takich firm jak na przykład McKinsey & Co, która na koniec ubiegłego roku przedstawiła, iż mniej niż połowa Amerykańskich pracodawców uważa, że ich świeżo-po-studiach pracownicy są adekwatnie przygotowani do pracy. Także wyniki badań federalnego ministerstwa edukacji wskazują, że pogarsza się jakość wiedzy i kompetencji wynoszonych z nauki na wyższych uczelniach. Zaledwie jedna czwarta absolwentów w 2011 roku została uznana za „biegłych” w tym „jak funkcjonować w społeczeństwie, osiągać zamierzone cele i rozwijać wiedzę i własny potencjał, używając publikowanych i dostępnych informacji”.

Z czego wynika obniżenie jakości wiedzy? Według badań ministerstwa prawie jedna trzecia studentów omija kursy, na których wymagane jest przeczytanie ponad 40 stron materiałów (podręczników, artykułów). Studenci także spędzają obecnie znacznie więcej czasu na rozrywce i relaksie niż nauce, w porównaniu do przeszłości.

Co jest zdumiewające – przy takim podejściu studentów, stopnie jakie otrzymują wciąż są znakomite – aż 43 procent wszystkich ocen, na wszystkich amerykańskich uniwersytetach w ramach 4-letnich studiów w 2012 roku, stanowiła najwyższa ocena „A”. Reprezentuje to wzrost o 28 procent w minionym półwieczu i jest jednym z czynników (obok renomy uczelni) kompensujących gigantyczne i gwałtowanie rosnące koszty edukacji.

Najlepsze, a więc najdroższe

Większość amerykańskich studentów finansuje czesne pożyczkami. Problem w tym, że koszty nauki są obecnie najwyższe w historii USA i nadal rosną. Zadłużenie studentów z tytułu edukacji wyższej w USA sięgnęło w minionym roku rekordowej wysokości 1 biliona dolarów.

Średni roczny koszt college’u rósł pomiędzy 1982 a 2007 rokiem ponad czterokrotnie szybciej niż inflacja w tym czasie i ponad dwukrotnie szybciej niż koszty opieki medycznej. Koszty nauki wzrosły o 439 procent przy 106 procentach wzrostu inflacji i 251 proc. wzroście kosztów opieki medycznej. Tylko w dekadzie 2000-2010 czesne wzrosło z 23 procent do 38 procent średnich rocznych indywidualnych dochodów.

W ciągu ostatnich 15 lat podwoiła się wielkość średniego długu za czesne i wynosi obecnie ponad 26 tysięcy dolarów za rok studiów na przeciętnym uniwersytecie. Roczne czesne na Harvardzie trzeba obliczać na 50 do 60 tysięcy dolarów (zależnie od programu). Tak wysokie koszty zostawiają absolwentów z długiem za dyplom 4-letniej wyższej edukacji  w wysokości ok.100 tysięcy dolarów (czesne plus inne związane koszty).

Absolwenci tymczasem, jeśli mają szczęście dostać od razu pracę, zarabiają niewiele. Ci, którzy podjęli pracę w 2007 roku otrzymali wynagrodzenia nie większe niż ich rodzice w latach 70., a muszą spłacać edukacyjne zadłużenie co najmniej 3-krotnie większe (po względnieniu inflacji) zadłużenie edukacyjne.

Takie finansowe realia powodują też wzrost liczby tych, którzy nie kończą studiów. Rośnie procent studentów college’ów przerywających naukę. Dziś naukę przerywa średnio jedna trzecia studentów. Dziesięć lat temu było takich mniej niż 25 procent, a 25 lat temu – mniej niż 15 procent. Szanse na to aby ukończyć 4-letnie studia w ciągu sześciu lat wynoszą dziś tylko ok. 57 procent, w porównaniu z ponad 80 procentami 10 lat temu. Szanse na spłatę długu bez uzyskania dyplomu oczywiście spadają drastycznie.

Należy dodać, że pożyczki na edukację bierze obecnie dwie trzecie studentów, kwestia studenckiego długu urosła więc do problemu wagi ekonomiczno-politycznej. Tym bardziej, że długoterminowe długi zwiększają się średnio o 12 procent rocznie. Powróciła też ponownie kwestia oprocentowania pożyczek studenckich. Tak jak przed rokiem ich oprocentowanie ma się podwoić z 3,4 do 6,8 procenta rocznie, o ile Kongres nie zapobiegnie temu przed 1 lipca. Problem jest jednak szerszy niż oprocentowanie – rosną bowiem obciążenia nie tylko studentów ale i uczelni.

Uczelnie także toną w długach

Amerykańskie wyższe uczelnie popadły w pułapkę etatyzmu i przeinwestowania w pogoni za prestiżem i oceną w rankingach.

W ciągu minionych 30 lat uczelnie podwoiły zatrudnienie w administracji i pracowników pomocniczych z ok. 45 procent w stosunku do kadry naukowej w 1983 r., do 98 procent obecnie. Szkoły aby przyciągnąć studentów i kadrę naukową także dużo inwestują. Uniwersytet Chicago na przykład tylko w ostatnich latach wybudował super nowoczesną bibliotekę, w której książki są znajdowane i podawane przez roboty. Zbudował też super-nowoczesne centrum sztuki nowoczesnej i 10-piętrowy szpital. Inwestycje i koszty administracyjne naturalnie windują czesne (co pomogło uniwersytetowi Chicago poprawić w minionych dwóch latach uczelniane finanse).

Rośnie też pomoc państwa dla systemu edukacyjnego, co przy obecnym zadłużeniu i deficycie rządu federalnego jest mocno krytykowane. Zwłaszcza, że większość Amerykanów (ponad 60 procent) nie posiada wyższego wykształcenia. Nie chcą oni opłacać dyplomy innych.

Wartość całkowitej pomocy studenckiej, łącznie z grantami, pożyczkami i ulgami podatkowymi w akademickim roku 2008/09 wyniosła 117 miliardów dolarów i była – co znamienne – o całe 99 procent większa niż 10 lat wcześniej. Kryzys uczelni jest więc podwójny – i finansowy i merytoryczny.

Ucieczka w MOOC

Kluczem do rozwiązania probelmu jest uczynienie edukacji tańszą, bardziej powszechną i bardziej efektywną. Internet jest oczywistą ku temu drogą. Amerykanie oferują jak dotąd trzy strony z MOOC — massive open online course — z najlepszych amerykańskich, ale też i światowych, uniwersytetów. MOOC to idea nauki otwartej, masowej, opartej na interaktywnym budowaniu więzi środowiskowej uczestnictwie via Internet.

Dwie pierwsze strony MOOC założyli akademicy ze Stanford. Od stycznia 2012 r. funkcjonuje Udacity, a od kwietnia 2012 r. Coursera. Udacity dysponowało 15 milionami dolarów kapitału i ma ok. pół miliona studentów. Coursera miała 16 milionów dol. kapitału, zaczynała z kursami z 4 uniwersytetów. Obecnie osiem spośród 33 partnerów to uczelnie spoza USA, a liczba studentów to imponujące ponad 2 miliony. Trzecia, najmłodsza strona, uruchomiona w grudniu 2012 r  edX, to połączone przedsięwzięcie Harvardu, MIT i Berkeley, które zainwestowały ponad 60 milionów dol. jak dotąd jednak nie ma takiego  powodzenia jak Coursera.

MOOC umożliwiło otwarcie wcześniej niedostępnych poza kampusem uniwersytetu kursów dla studentów z całego świata. Umożliwiło też studiowanie we własnym tempie (z możliwością przerwania, czy powtórzenia wykładu). Kursy online tworzą także sieć zainteresowanych. No i jak na razie są generalnie darmowe, chociaż to się zmienia. W styczniu 2013 r. Udacity wprowadziło pierwsze kursy odpłatne za kredyt studencki. W maju na odpłatnej zasadzie wprowadzone zajęcia na wyższym poziomie.

Studia MOOC mają jednak jedną zasadniczą wadę – nie dostarczają honorowanych certfikatów ich ukończenia, nie mówiąc o dyplomach. Powoli niektóre kursy wprowadzają opłaty za certyfikat ich ukończenia, ale Amerykańska Rada Edukacji dopiero analizuje kursy np. Coursery pod kątem kwalifikacji. Możliwość zdobycia certyfikatu rozwinęłaby MOOC rzeczywiście na internetową skalę i jak spodziewają się prowadzący portale – liczba studentów byłaby liczona wówczas w dziesiątkach (jeśli nie setkach) milionów.

Powszechność nauczania pozwoliłaby na niskie opłaty. Dla amerykańskiej społeczności równie ważna jest jednak dyskusja jak dalece powszechna powinna być wiedza jaką można zdobyć na renomowanych uczelniach. Egalitarność wyklucza elitarność, MOOC z dyplomami wywróciłyby zatem hierarchię. Część akademii nie jest więc przekonana do tej idei. Znamienne stanowisko zajęły w tej sprawie brytyjskie uniwersytety – i Cambridge i Oxford wzruszają ramionami na temat MOOC twierdząc, że nie mają zamiaru być „w tym biznesie”. Amerykanie chcą zarówno jeść jak i mieć – chcą być liderami w „tym” biznesie, zachowując jednak także tradycyjny elitarny moduł studiów, za tradycyjnie mega-wysokie opłaty. Hierarchia nie chce dać się ruszyć.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test