Wschodzące miasta

26.12.2013
W średniowieczu miasta dawały azyl swobody od dominacji władców feudalnych. Dziś miasto i jego samorząd to szansa na ucieczkę przed nieefektywnością rządu. Na świecie jest już wiele przykładów miast, które postanowiły zbudować własną politykę, w tym międzynarodową.

Masa Krytyczna - ruch miejski promujący komunikację rowerową (CC BY-NC Gosia Malochleb)


Zasada pomocniczości (lub inaczej subsydiarności) jest intuicyjna i znana od wieków – problemy społeczne należy rozwiązywać na najniższym możliwym poziomie. Myśliciele – od Platona począwszy, przez utopijnych socjalistów, na kibucnikach skończywszy – mieli bardzo konkretne poglądy na temat maksymalnej wielkości państwa, które pozwala na jego sprawną organizację. Uważali, że duże organizmy mają naturalną skłonność do przekształcania się w tyranie.

Samorząd może działać lepiej

Potencjalnie wyższa efektywność samorządu ma wiele źródeł. Nassim Nicolas Taleb zwraca uwagę, że politykom dużo trudniej jest gadać bzdury w sprawach lokalnych niż w sprawach globalnych. Taleb pokazuje, że władza, która „ma twarz” i nie jest odgrodzona kordonem sekretarek działa lepiej. Gdy rządzący i rządzeni mają szanse spotkać się osobiście, narzędziem kontroli społecznej może być uczucie wstydu, który pozwala wpłynąć na zmianę złych decyzji. Taki kanał oddziaływania jest dużo słabszy, gdy zadajemy się tylko z bezosobowym urzędem, którego pracownicy na wszystkie zastrzeżenia niezadowolonych mają w odpowiedzi jedynie „takie są przepisy”.

Benjamin Barber, autor znanej książki „Dzihad kontra McŚwiat” w opublikowanej właśnie nowej „If Mayors Ruled the World: Dysfunctional Nations, Rising Cities” (Gdyby burmistrzowie rządzili światem. Dysfunkcjonalne państwa, wschodzące miasta) pisze, że przed demokracją we współczesnym świecie stoi wyzwanie, jak pogodzić partycypację, która jest lokalna, z władzą, która jest centralna. Zdaniem Barbera kiedyś robiły to państwa narodowe, ale dziś stały się one zbyt duże, aby zapewnić efektywną partycypację, a cały czas są zbyt słabe, aby podjąć problem centralnej władzy globalnej.

Na świecie samorządy zaczynają podejmować nawet tradycyjne zadania państwa, takie jak bezpieczeństwo wewnętrzne albo stosunki zagraniczne.

– Burmistrz Nowego Jorku wysłał dwóch wysokich rangą policjantów do centrali CIA w Waszyngtonie, żeby wzmocnić zdolności antyterrorystyczne miasta – opowiadał Barber podczas tegorocznego Europejskiego Forum Nowych Idei. – Po dwóch latach wrócili bardzo rozczarowani. W sprawie walki z terroryzmem bardziej racjonalne okazało się zacieśnienie współpracy z innymi wielkimi metropoliami – Londynem czy Szanghajem.

Duży nie może więcej

Warto zwrócić uwagę, że najlepiej rządzone są kraje małe, jak Dania, Holandia czy Singapur. Są to też realne konfederacje lub federacje, jak Szwajcaria, Niemcy czy, do niedawna, Stany Zjednoczone. W ciągu ostatnich lat rola rządu federalnego w USA względem stanów niepomiernie wzrosła, a wraz z nią spadła efektywność gospodarki, a nasiliła się anomia społeczna.

To nie jest przypadek. W tych państwach bardzo istotna część polityki funkcjonuje na szczeblu lokalnym.

Jacek Marczyk, inżynier i ekonomista, jeden z twórców teorii złożoności, zwraca uwagę, iż rzeczywistość gospodarcza i społeczna stała się tak złożona, że zaczyna brakować szerokości łącza (bandwidth), żeby zapewnić przepływ informacji w państwie i umiejętności przywódczych, żeby nim kierować. Szerokość łącza jest jednym z podstawowych pojęć epoki informacji. Szerokość łącza to maksymalna ilość informacji, które w określonym czasie można przekazać danym kanałem. Na przykład radio ma większą szerokość łącza niż telegraf.

Podobnie burmistrz, który jest fizycznie obecny w miasteczku ma szersze łącze niż wojewoda, który zarządzałby nim na odległość na podstawie dostarczonych raportów. Do tego pierwszego w ciągu dnia pracy może dotrzeć znacznie więcej informacji niż do drugiego.

Można sformułować ogólny wniosek, że decyzje podejmowane na podstawie większej ilości informacji są lepsze. Burmistrz na własne oczy widzi co się dzieje, jak żyje się mieszkańcom, jak naprawdę funkcjonuje magistrat i obserwuje mnóstwo innych czynników, które zwykle nie są ujęte w raportach, a w pewnych sytuacjach mogą mieć znaczenie. Ponadto tam, gdzie stawką jest władza i pieniądze za normę należy uznać sytuację, gdy otoczenie próbuje wpływać na decydenta przez filtrowanie informacji, które do niego docierają. Zaznaczyć należy, że „informacja” tutaj jest rozumiana tak jak definiuje ją nauka – jako treści istotne i nowe, w przeciwieństwie do „szumu”, który oznacza dane nieistotne i przypadkowe.

– Samorząd może być wspaniałym laboratorium społecznym – mówi Robert Fiałek ze Stowarzyszenia Demokracja Bezpośrednia. – W Szwajcarii, gdzie samorząd jest bardzo ugruntowany, władze lokalne czasem wprowadzają kontrowersyjne rozwiązania, które w razie porażki szkodzą tylko jednej gminie, ale jeśli odniosą sukces, są kopiowane gdzie indziej.

Dzięki tym właściwościom samorząd może być ostoją racjonalności politycznej i efektywności gospodarczej.

– Nic tak się nie udało po transformacji w Polsce, jak właśnie sposób organizacji społeczności lokalnej – pisze Marcin Ociepa, wiceprzewodniczący Rady Miasta Opole w roczniku Collegium Nobilium Opoliense. – Jednocześnie jest to najbardziej niedoceniany szczebel władzy. Z dala od kamer transmitujących obrady Sejmu, w mniejszych i większych miastach buzuje prawdziwy żywioł pełen różnych odcieni. Są miasta spektakularnego sukcesu i straconych szans.

Ranking samorządów przygotowywany od wielu lat przez Rzeczpospolitą pokazuje, że pewne samorządy konsekwentnie lokują się w czołówce – są to na przykład Sopot, Gdańsk, Poznań (Warszawa ze względu na specyficzny ustrój i wielkość nie brała udziału w rankingu). Po drugie, lista dobrze ocenianych samorządów nie pokrywa się z wielkością czy zamożnością danej miejscowości. Można być miasteczkiem małym, bez wielkich dochodów, lecz dobrze zarządzanym. W rankingu mniejszych gmin pierwsze miejsce ex equo z Krynicą Morską, która ma ponad 42 tys. zł dochodu na mieszkańca zajął Dzierżoniów z dochodami per capita poniżej 3 tys. zł. Dzierżoniów ulokował się wysoko także w poprzedniej edycji rankingu – podobnie jak np. Kórnik, Ełk, Puławy, Kołobrzeg, które były i są wysoko.

Dzieje się tak, mimo że, jak wskazuje wielu samorządowców, władze lokalne często działają nie dzięki, ale wbrew państwu.

– Kraj rozwijałby się zdecydowanie szybciej, gdyby samorządy więcej mogły – ocenia Andrzej Szlęzak, prezydent Stalowej Woli. – W Polsce jest w zasadzie stała tendencja rządów PO i PiS również do narzucania samorządom kolejnych obowiązków, zwłaszcza tych, z którymi rząd nie potrafi sobie kompletnie poradzić – mówi Szlęzak.

Nie chodzi tu o zakres kompetencji, których samorządy więcej nie chcą, ale o możliwości działania.

– Utrzymywane i narzucane są kolejne przepisy, które w zasadzie ograniczają samorządność – wyjaśnia Szlęzak. – Typowym przykładem jest Karta Nauczyciela, która dewastuje budżety samorządów.

>>więcej: Realizacja nowych zadań kosztuje samorządy rocznie ponad 8 mld zł

Ale jest jeszcze poważniejszy problem. Polacy słabo angażują się w samorząd.

– Jest to przede wszystkim problem mentalny, a nie legalny – ocenia Ociepa.

Oczywiście można wskazać na szereg barier instytucjonalnych w rozwoju samorządu. Ale chyba działań dozwolonych a niepodejmowanych jest pod każdym względem więcej niż pożądanych a niedozwolonych.

Poza kartą wyborczą, najpotężniejszym instrumentem w rękach mieszkańców jest referendum. Wedle raportu „Referenda lokalne” przygotowanego przez Kancelarię Prezydenta RP w kadencji 2006-2010 przeprowadzono 50 referendów merytorycznych, z czego 22 było nieważnych ze względu na frekwencję mniejszą niż wymagane prawem 30 proc. W obecnej kadencji referendów merytorycznych było 22, z czego 13 było nieważnych (stan na 6 września 2013 r.).

Więcej zainteresowania i emocji budzą referenda w sprawie odwołania prezydenta, burmistrza, wójta czy rady. Praktycznie co tydzień gdzieś w Polsce odbywa się takie referendum. Według danych PKW w 2013 r. było ich 73, z czego tylko 10 było wiążących. Referendum w sprawie odwołania jest ważne, gdy weźmie w nim udział co najmniej 3/5 liczby osób biorących udział w wyborze danego organu. Ale ta regulacja ma skutek odwrotny do zamierzonego – zamiast wzmacniać, osłabia demokrację lokalną. Zagrożeni odwołaniem politycy namawiają swoich stronników do pozostania w domach. Tak było w przypadku głośnego i również nieważnego referendum w sprawie odwołania prezydenta Warszawy w październiku 2013 roku.

– Głosowanie powszechne w sprawie odwołania polityka ze stanowiska nie ma sensu – powiedział Rzeczpospolitej Wolf Linder, szwajcarski politolog. – Jeśli ktoś się nie sprawdza, to odpowie za swe błędy polityczne podczas najbliższych wyborów. Referendum służy do innych celów.

W polskich miastach jest też coraz więcej budżetów partycypacyjnych – to kolejne narzędzie w rękach obywatela lokalnej społeczności. Jak jednak wskazuje Agnieszka Ziółkowska z Krytyki Politycznej, często są one partycypacyjne tylko z nazwy.

– Urzędnicy często ingerują w selekcję wniosków, dokonują arbitralnych merytorycznych rozstrzygnięć, pokazują jakie są preferencje władzy, itp. To bardzo ważne, aby było jasne na jakim poziomie zaangażowania społecznego jesteśmy – czy informowania, czy konsultacji czy współdecydowania, ponieważ często wrzucamy te pojęcia do jednego worka i przez to któraś ze stron może się poczuć oszukana – mówi Ziółkowska.

Na niektóre z powyższych problemów odpowiada inicjatywa ustawodawcza prezydenta Bronisława Komorowskiego, który chce, aby referenda merytoryczne byłyby ważne bez względu na liczbę uczestniczących w nich osób. Łatwiejsze mogłoby też być ich inicjowanie. W konsultacjach społecznych ten postulat jest powszechnie popierany. Jednocześnie projekt podwyższa próg ważności referendów w sprawie odwołania prezydentów, burmistrzów i wójtów. Prezydent argumentuje, że referenda odwoławcze są bezproduktywne, bo najczęściej wynikają wyłącznie z osobistych animozji. Wiele organizacji pozarządowych uważa jednak, że nie należy osłabiać instytucji referendum odwoławczego. Sprawa referendów lokalnych jest obecnie przedmiotem prac Sejmu.

Samorząd jest szansą i tylko szansą

Nie da się napisać ustawy, która rozwiąże wszystkie problemy samorządności – pewne zasady zawsze są nieskodyfikowane. W ostatecznej instancji sukces instytucji zależy od interakcji między ludźmi, ich dobrej woli, cierpliwości i zaangażowania.

Samorząd będzie działał sprawnie – pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim chodzi o egzekwowanie odpowiedzialności wobec rządzących. Lokalnej władzy muszą patrzeć na ręce lokalne media i zaangażowani obywatele.

Niestety, wedle „Raportu o stanie samorządności terytorialnej w Polsce” przygotowanego przez ekspertów pod przewodnictwem Jerzego Hausnera w 2008 r. ponad 1/3 tytułów prasy lokalnej stanowiły gazety wydawane przez samorządy. Lokalne gazety, radia i telewizje żyjące w niezdrowej symbiozie z lokalnymi władzami, z definicji nie mogą pełnić funkcji kontrolnej.

Raport przytacza również badania, że władze lokalne ignorują prawa obywateli do informacji publicznej – ponad 70 proc. instytucji zobowiązanych nie udzieliło informacji w przewidzianym prawem czasie.

Zdaniem Ociepy ludzie nie korzystają z możliwości, jakie daje samorząd, bo w Polsce panuje kryzys polityczności:

– Nie ma refleksji, że tak naprawdę wszystko jest polityczne, bo w każdej sytuacji – gdy jesteśmy lekarzem, przedsiębiorcą, nauczycielem – nad nami zawsze będzie jakaś władza. Dopóki nie stwierdzimy jasno, że polityka jest najważniejsza i że od niej nie uciekniemy, prawdziwi liderzy, jak na przykład ci, którzy organizują „Szlachetną Paczkę” nie zaangażują się w samorząd.

Polityka miejska

Takie nastawienie zaczyna się jednak zmieniać. Młoda prawica np. Klub Jagielloński, jak i młoda lewica jak Krytyka Polityczna robią „zwrot ku miastom”. Polityka miejska staje się jednym z priorytetów dla tych środowisk. I choć cele często mają sprzeczne, diagnoza jest podobna. Na poziomie miasta można zrobić coś pożytecznego nie angażując się w działalność partyjną na szczeblu centralnym, który działa dysfunkcjonalnie.

Bezpośredni wybór prezydentów, burmistrzów i wójtów daje tym liderom silny mandat. Ich władza jest tak mocna, że mogą przestać być zakładnikiem głównych sił politycznych w kraju. Wielu wyróżniających się prezydentów jak Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu, Ryszard Grobelny w Poznaniu, Zygmunt Frankiewicz w Gliwicach czy Wojciech Szczurek w Gdyni jest bezpartyjnych. Ścieżki zostały przetarte.

Krzysztof Mazur, szef rady Klubu Jagielolońskiego, w programowym tekście „Zmieńmy zasady gry” pisze, że pokolenie 20- 30-latków musi w kreatywny sposób zaangażować się politycznie. Nie dlatego, iżby w jakimś sensie było lepsze niż poprzednie pokolenia i mogło to zrobić lepiej niż one ze względu na lepsze wykształcenie, bywałość w świecie, brak obciążeń komunizmem. Nie, obecni 20- i 30 latkowie muszą zaangażować się na rzecz dobra wspólnego, dlatego, że nie mają innego wyjścia – jeśli chcą mieć realną szansę na dobrą pracę, własne mieszkanie i założenie rodziny.

– Jeśli się nie zaangażujemy, będziemy dalej dyskryminowani ekonomicznie i społecznie – pisze Mazur. – Spóźniliśmy się na kluczowe stanowiska w dużych korporacjach. W latach 90. wystarczyło znać angielski – dziś nie wystarczają dwa kierunki i trzy języki obce, by zacząć w nich staż. Lepiej było zaczynać biznes po reformie Wilczka niż dziś, gdy cały przeregulowany system prawno-podatkowy nakłada na przedsiębiorców kolejne ciężary.

– Trzeba na nowo odkryć samorząd, gdzie można nie tylko mówić o potrzebie reformy państwa, ale realizować ją tu i teraz, w dziesiątkach polskich miast – konkluduje Mazur.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test