Za kilka lat sanatoria wejdą na giełdę

11.05.2011
Ministerstwo Skarbu kończy negocjacje w sprawie sprzedaży trzech uzdrowisk i już szuka inwestorów dla następnych pięciu. W zeszłym roku sprzedano ich aż osiem. To prawdziwy przełom, bo od lat o prywatyzacji tego sektora tylko się mówiło. Inwestorzy uważają, że zakup uzdrowiska to dobra, choć długoterminowa inwestycja.

Polacy chętnie odwiedzają Hajduszoboszlo na Węgrzech, gdzie mogą korzystać z basenów termalnych. (Fot.: hungarospa.hu)


Jeszcze na początku zeszłego roku do Skarbu Państwa należały 24 spółki uzdrowiskowe. Dziś w Polsce jest 16 państwowych uzdrowisk. Pod koniec tego roku może zostać ich tylko siedem. Z prywatyzacji zostały bowiem wyłączone Krynica-Żegiestów, Ciechocinek, Busko-Zdrój, Kołobrzeg, Rymanów, Świnoujście i Lądek-Długopole. Można więc mówić o prawdziwym przełomie, bo o konieczności sprywatyzowania polskich uzdrowisk eksperci i menedżerowie z tej branży mówią co najmniej od dekady. Państwowe przedsiębiorstwa uzdrowiskowe, bazując na mało rentownych kontraktach z Narodowym Funduszem Zdrowia, wypracowywały minimalne zyski. Z tego powodu były niedoinwestowane, brakowało pieniędzy na modernizację i rozwój, przez co na środkowoeuropejskim rynku przegrywały konkurencję z uzdrowiskami czeskimi, słowackimi, węgierskimi czy białoruskimi albo ukraińskimi. Mimo, że często były od nich tańsze, to zagraniczne kurorty wybierali nie tylko obcokrajowcy, ale często nawet polscy obywatele. A to właśnie pacjenci z zagranicy, szczególnie z Zachodu, na których nasze firmy uzdrowiskowe zarabiają lepiej niż na kontraktach z NFZ, miały być sposobem na poprawienie sytuacji finansowej.

W ostatnich latach sytuacja jeszcze się pogorszyła. W latach 2003-2007 nakłady NFZ na lecznictwo uzdrowiskowe spadły o 40 proc. To na państwowych uzdrowiskach wymusiło restrukturyzację. Zaczęły one dywersyfikować źródła przychodu, stawiać także na usługi, za które pacjent płaci z własnej kieszeni, inwestować, np. w obiekty typu SPA. Pomagał im w tym właściciel, czyli Skarb Państwa, który w latach 2005-2007 podniósł ich kapitał o 102 mln zł. To była jednak kropla w morzu potrzeb, bo tylko na najpilniejsze inwestycje (remonty i modernizację istniejących obiektów) potrzebowały one 10 razy tyle. Niektóre z firm uzdrowiskowych, jak Zespół Uzdrowisk Kłodzkich, sięgały po dotacje unijne. Ale i to – nawet w połączeniu ze wsparciem państwa – było za mało, żeby te spółki zaczęły inwestować tyle, ile powinny, by poprawić swoją kondycję i perspektywy. Miały też zbyt słabą sytuację finansową, żeby na większą skalę sięgnąć po kredyty bankowe. Ich rentowność netto, przy stosunkowo małych obrotach, rzadko przekraczała 5 proc. Dla przykładu: sprywatyzowana w zeszłym roku spółka Uzdrowisko Ustka w latach 2006-2008 przynosiło nie więcej niż 200 tys. zysku netto rocznie przy przychodach sięgających 9,5 mln zł. Podobna sytuacja była w wielu innych spółkach uzdrowiskowych. Jedno z największych sprywatyzowanych w zeszłym roku polskich uzdrowisk, Ustroń, w 2009 r. miało 49 mln zł przychodów ze sprzedaży i jedynie 1,3 mln zł zysku netto. A to i tak był niezły rok, bo w 2008 r. przy przychodach rzędu 43 mln zł przedsiębiorstwo zanotowało niecałe 400 tys. zł zysku netto.

Przy takich zyskach nie mogło być mowy o inwestowaniu na większą skalę. Dlatego mówiło się o potrzebie wejścia do krajowych uzdrowisk silnych, prywatnych firm, które byłyby w stanie zapewnić finansowanie dużych programów inwestycyjnych. Mimo to kolejne rządy nie paliły się do prywatyzacji uzdrowisk, bo jak tylko ogłaszały, że chcą ją przeprowadzić, opozycja podnosiła larum twierdząc, że źródła wód leczniczych, należące do uzdrowisk, to narodowa dobra. Że nowi, prywatni właściciele postawią na płatne z kieszeni pacjenta, drogie usługi, typu SPA i z tego powodu statystyczny Kowalski straci dostęp do finansowanego ze składek zdrowotnych leczenia sanatoryjnego.

– To były bałamutne argumenty – mówi Ewa Wróbel, rzecznik sprywatyzowanego jesienią zeszłego roku Zespołu Uzdrowisk Kłodzkich. – Uzdrowisko w Nałęczowie sprywatyzowano ponad dziewięć lat temu i dalej świadczy ono usługi w ramach kontraktu z NFZ.

Argumenty były może i bałamutne, ale skuteczne, bo do 2009 r. sprywatyzowano tylko jedno z polskich uzdrowisk, właśnie to w Nałęczowie (dwa kolejne, w Szczawnicy i Solcu Zdroju, zostały oddane spadkobiercom przedwojennych właścicieli, którzy wywalczyli ich zwrot).

Aleksander Grad, obecny minister skarbu, postanowił ten stan rzeczy zmienić. Gdy objął ministerialną tekę i ogłosił wielki program prywatyzacyjny, wpisał do niego także uzdrowiska. Ich prywatyzacja szła jednak opornie. W 2009 roku resort skarbu miał sprzedać pięć przedsiębiorstw uzdrowiskowych, ale nie udało mu się znaleźć kupca dla żadnego z nich. Po pierwsze potencjalni inwestorzy byli jeszcze wystraszeni kryzysem finansowym i jego następstwami. Po drugie zaś polskie uzdrowiska nie są inwestycją, na której da się szybko zarobić. Mogą być wprawdzie firmami o rentowności wyższej od przeciętnej w polskiej gospodarce, ale by to osiągnąć, trzeba najpierw je zrestrukturyzować i zainwestować w każde z nich sumy rzędu dziesiątków milionów złotych. To dlatego nie było tłumu zainteresowanych ich kupnem, a prywatyzacja się przeciągała. Tak było np. w przypadku uzdrowiska Wieniec we Włocławku, które udało się sprzedać dopiero za drugim podejściem. Za pierwszym razem zgłosił się tylko jeden chętny do zakupu tej firmy – firma STP Investment z Bochni, ale do sfinalizowania transakcji nie doszło. Za drugim razem też był tylko jeden chętny – Krzysztof Grządziel, jeden z najbogatszych Polaków (jego majątek wg miesięcznika “Forbes” jest wart 390 mln zł). Za uzdrowisko Wieniec pod koniec zeszłego roku Grządziel zapłacił 12,2 mln zł.

Najciekawsze w prywatyzacji polskich uzdrowisk jest właśnie to, kto i po co je kupuje. Wśród zainteresowanych ich kupnem prawie w ogóle nie było inwestorów zagranicznych. Jak na razie ich nabywcami byli w zasadzie wyłącznie inwestorzy krajowi. Niejednokrotnie mieszkający w tych samych miejscowościach, w których znajdują się kupione przez nich przedsiębiorstwa uzdrowiskowe. Tak było w przypadku uzdrowisk w Ustce, Inowrocławiu i właśnie we Włocławku, przy których kupnie liczyła się nie tylko chłodna kalkulacja biznesowa, ale też lokalny patriotyzm.

– Uzdrowisko to chluba Inowrocławia, ale niestety w ostatnich latach jego budynki popadały w ruinę. Pomyślałem sobie, że jeśli prywatyzacja daje szansę, żeby to przedsiębiorstwo podźwignąć, to dlaczego nie ja mam to zrobić. Już kiedyś kupowałem i restrukturyzowałem podupadłą państwową firmę. Mam więc doświadczenie potrzebne do postawienia tego uzdrowiska na nogi – mówi Artur Chęsy, który założył i prowadzi drukarnię POZKAL.

Oczywiście, zdecydował nie tylko patriotyzm lokalny. POZKAL, firma rodzinna, działa w branży, która w najbliższych latach raczej będzie się kurczyć niż rozwijać. Dlatego jej właściciele pomyśleli, że firmie przydałaby się “druga noga” dla równowagi. Postawili na produkcję kartonów, uznali jednak, że to za mało, by ich rodzinny biznes miał bezpieczną przyszłość. To pomogło im w podjęciu decyzji, żeby kupić spółkę Uzdrowisko Inowrocław.

– Ta spółka działa w branży, która ma przed sobą dobre, obiecujące perspektywy – twierdzi Artur Chęsy.

– Społeczeństwo się starzeje, podobnie jest w innych krajach Europy. Popyt na usługi zdrowotne, w tym sanatoryjne, już u nas rośnie i będzie dalej rósł – mówi prof. Paweł Buszman, prezes spółki Polsko-Amerykańskie Kliniki Serca, która kupiła w zeszłym roku uzdrowisko w Ustroniu.

Z tego samego założenia wyszli menedżerowie spółki KGHM TFI, która powstała po to, by pomóc miedziowemu potentatowi choć częściowo uniezależnić się od chwiejnej koniunktury na rynku metali kolorowych. KGHM TFI stworzyła dwa zamknięte fundusze inwestycyjne. Jeden z nich ma inwestować m.in. w energetykę odnawialną, a drugi w istniejące już firmy, także z sektora zdrowotnego. Obydwa fundusze zostały utworzone na 8-10 lat, a ich inwestycje mają generować zwrot z kapitału na poziomie 20 proc. Ich główną inwestycją w zeszłym roku był zakup trzech przedsiębiorstw uzdrowiskowych: Zespołu Uzdrowisk Kłodzkich (ZUK), Uzdrowiska Połczyn i Uzdrowiska Cieplice. KGHM TFI zapłacił za nie łącznie 194 mln zł, najwięcej za sam Zespół Uzdrowisk Kłodzkich – 138,2 mln zł.

– Decyzję o zakupie akcji ZUK poprzedziły wnikliwe analizy rynku usług zdrowotnych, a w szczególności sektora uzdrowisk w Polsce – tak komentował tę transakcję Cezary Iwański, prezes KGHM TFI. – Perspektywy jego rozwoju są obiecujące i zamierzamy nadal aktywnie działać w tym obszarze. Jesteśmy przekonani, że zakup akcji ZUK, to w pełni uzasadniona i trafna decyzja biznesowa. Coraz większą wagę przykładamy do dbałości o stan zdrowia, formę fizyczną, dobre samopoczucie i przeznaczamy na tę sferę coraz większą część dochodu.

Wychodząc z tych założeń, KGHM TFI chce kupić jeszcze kilka uzdrowisk, stworzyć z nich holding uzdrowiskowy i wprowadzić go za kilka lat na warszawską giełdę. Nie mniej ambitne plany ma wrocławska, prywatna grupa Polski Holding Medyczny PCZ, prowadząca kilkanaście szpitali i przychodni, która właśnie finalizuje zakup przedsiębiorstw uzdrowiskowych w Kamieniu Pomorskim i Przerzeczynie. Uczestniczy także w prywatyzacji uzdrowisk w Świeradowie i Wysowej.

Branżowych inwestorów jest więcej. W sierpniu zeszłego roku specjalizująca się w leczeniu zawałów prywatna spółka Polsko-Amerykańskie Kliniki Serca (należy do niej kilkanaście klinik i przychodni), założona przed 11 laty przez grupę polskich i amerykańskich lekarzy, kupiła za 90,5 mln zł Przedsiębiorstwo Uzdrowiskowe “Ustroń”. Jedno z największych w kraju.

– Ta inwestycja nie miała charakteru czysto finansowego – mówi prof. Paweł Buszman, prezes Polsko-Amerykańskich Klinik Serca. – Uzdrowisko w Ustroniu będzie uzupełnieniem tego, co już robimy, ma stanowić dla nas istotną wartość dodaną.

Wyjaśnia, że efekty leczenia zawałów, udarów mózgu, ciężkich chorób serca i naczyń, bardzo zależą od tego, czy towarzyszy temu rehabilitacja. Prywatne ośrodki medyczne mają kłopoty z kierowaniem na rehabilitację swych pacjentów do publicznych szpitali i sanatoriów. To był jeden z głównych powodów, dla którego firma kierowana przez prof. Buszmana zdecydowała się kupić uzdrowisko w Ustroniu. Ale, oczywiście, chce też na tej inwestycji zarobić. Szacuje, że może się ona zwrócić nawet w ciągu pięciu lat. W tym celu musi jednak wprowadzić w tym przedsiębiorstwie bardzo duże zmiany. Przede wszystkim zmniejszyć udział w przychodach wpływów z kontraktu z NFZ na tradycyjne, ale tanie usługi sanatoryjne dla emerytów. NFZ płaci w ich przypadku za jedną osobę 90 zł za dzień (65 zł bez noclegu), z czego kuracjusz musi mieć zapewniony nocleg, trzy posiłki i trzy zabiegi dziennie. Tak niska wycena tej usługi sprawia, że uzdrowiska albo na niej prawie nie zarabiają (np. w uzdrowisku Ustka rentowność usługi wynosi 3 proc.) albo wręcz dokładają z własnej kieszeni (tak było w przypadku uzdrowiska w Nałęczowie przed jego prywatyzacją). Dlatego kluczem do poprawy ich rentowności jest wchodzenie w inne, bardziej opłacalne usługi. Wszyscy mówią w tym kontekście o usługach typu SPA i wellness, które są dość drogie, a kuracjusz płaci za nie z własnej kieszeni.

Nowy właściciel uzdrowiska w Ustroniu obok zamierza zbudować szpital sercowo-naczyniowy, ale chce także wynegocjować z NFZ duży kontrakt na rehabilitację, która jest lepiej wyceniana niż zwykłe leczenie sanatoryjne. Zamierza także oferować usługi z zakresu profilaktyki zdrowotnej, za które klienci będą płacić z własnej kieszeni (mają to być np. krótkie, nawet weekendowe pobyty w sanatorium, podczas których przeprowadza się badania profilaktyczne, sprawdza, jakie choroby danej osobie grożą i ustala środki zaradcze).

Wszyscy inwestorzy, którzy już kupili jakieś polskie uzdrowisko, chcą je zmodernizować i poszerzyć jego ofertę. Często planują budowę basenów z wodami leczniczymi i rozwój produkcji wód mineralnych. Wytwarzanie takich wód jest w Polsce dziś bardzo opłacalne. Firmy, które tylko tym się zajmują, osiągają nawet ponad 20-procentową rentowność netto. Im więc większy udział w przychodach uzdrowiska wpływów z produkcji wód mineralnych, tym na ogół lepsza jego kondycja ekonomiczna. Tym bardziej, że spożycie wód mineralnych w Polsce rośnie co roku o ponad 10 procent. Zespół Uzdrowisk Kłodzkich, który aż połowę przychodów uzyskuje z produkcji wód mineralnych, nie przypadkiem był w ostatnich latach jednym z tych polskich uzdrowisk, które najwięcej inwestowało.

To, że wiele polskich uzdrowisk posiada zasoby wód mineralnych i leczniczych, jest ich bardzo ważnym atutem. Ich mocną stroną jest także to, że położone są one często w popularnych miejscowościach wypoczynkowych, a przez to ich nieruchomości są atrakcyjne i dużo warte. Z drugiej strony polskie przedsiębiorstwa uzdrowiskowe, biorąc pod uwagę choćby wartość ich nieruchomości, są sprzedawane po bardzo umiarkowanej cenie. To zachęca inwestorów. Do tego stopnia, że np. przesądziło o tym, iż właściciele spółki Hotel Lubicz kupili spółkę Uzdrowisko Ustka.

– Działamy od lat w branży hotelarskiej – mówi Łukasz de Lubicz – Szeliski, prezes spółki Hotel Lubicz. – Nasz obiekt w Ustce pokazał nam, jak duży potencjał drzemie w tej branży. Mieszkamy w tym mieście od lat, więc wiedzieliśmy, co wchodzi w skład Uzdrowiska Ustka. Na przykład to, że jego częścią jest rozpoczęta inwestycja na 2,5-hektarowej, atrakcyjnie położonej działce. Pomyśleliśmy, że jeśli my tego nie kupimy, to zrobi to ktoś inny i wybuduje nam pod nosem konkurencję. Że na tej działce moglibyśmy zrealizować obiekt naszego życia – dużo większy hotel, od tego, który już mamy, z wieloma salami konferencyjnymi, wielkim zapleczem balneologicznym, kilkoma basenami, ogromnym SPA, dyskoteką, kręgielnią i pubem. Taki obiekt, jakiego na polskim wybrzeżu Bałtyku jeszcze nie ma. Szacujemy, że ta inwestycja zwróci się nam może już w 10 lat.

Pozostaje jednak jeszcze kwestia finansowania tych śmiałych planów inwestycyjnych. Gdy Artur Chęsy, szef firmy POZKAL, poszedł do banku po kredyt na remont i modernizację inowrocławskiego uzdrowiska, usłyszał: “A po coś pan to kupował?” Chęsy myśli więc o dotacjach unijnych, ale także o tym, by inwestycje w uzdrowisku finansować z środków własnych – zysków wypracowywanych przez jego drukarnię. Łukasz de Lubicz – Szeliski tłumaczy, że jego rodzina oprócz hotelu Lubicz prowadzi dobrze prosperującą firmę kosmetyczną i jest wiarygodna dla banków.

– Rozmawiamy już z bankami, są zainteresowane finansowaniem naszej inwestycji – twierdzi de Lubicz-Szeliski.

Prof. Paweł Buszman, prezes Polsko-Amerykańskich Klinik Serca, też spokojnie podchodzi do tej kwestii, choć w Ustroniu ma w najbliższych latach zainwestować aż 50 mln zł.

– Nasza firma była budowana na kredytach i leasingu i dalej ją tak będziemy budować – mówi prof. Buszman. – Jest możliwe jeszcze inne rozwiązanie. Jest sporo inwestorów zainteresowanych wejściem finansowym do naszej firmy, wśród nich są duże fundusze emerytalne. To, jaki sposób finansowania wybierzemy, zależy od warunków, jakie zaproponują nam potencjalni inwestorzy i banki.

Choć perspektywy w branży uzdrowiskowej w Polsce wydają się obiecujące, to jest w niej też sporo poważnych ryzyk. Piętą achillesową polskich uzdrowisk jest np. to, że dość trudno do nich dotrzeć, że mamy stosunkowo mało lotnisk i połączeń lotniczych, że w naszym kraju brakuje sieci autostrad i dróg ekspresowych. Uzdrowiska czeskie czy słowackie mają nad naszymi także tę przewagę, że tam w ich promowaniu za granicą pomaga państwo. Uzdrowiskom niemieckim bardzo pomogło to, że tamtejsze kasy chorych kontraktują im na dużą skalę usługi rehabilitacyjne. Czy NFZ także zdecyduje się pójść w tym kierunku? Nie wiadomo. A takich niewiadomych jest w tym przypadku znacznie więcej. Uzdrowisko Nałęczów, choć sprywatyzowane prawie 10 lat temu, ciągle przynosi symboliczny zysk netto – w 2009 r. było to 270 tys. zł przy przychodach przekraczających 35 mln zł. Głównie dlatego, że musi spłacać duże kredyty inwestycyjne. I właśnie chyba przykład Nałęczowa, kupionego przez spółkę zależną koncernu Nestle, odstraszyło od kupowania polskich uzdrowisk zagranicznych inwestorów.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test