Przerost sektora finansowego niesie straty

16.11.2018
Gdy sektor finansowy rośnie nieproporcjonalnie do wzrostu całej gospodarki, to może ograniczać możliwości absorbowania pożyczek i kredytów przez sektory produkcyjne i usługi pozafinansowe.

W londyńskim City pracuje dziś 360 tysięcy ludzi (Michael Garnett, CC BY-NC-ND)


„Klątwa finansowa” to dość daleka kuzynka „klątwy surowcowej”. Najświeższego i przerażającego przykładu tej drugiej daje bogata w ropę naftową Wenezuela, która powinna opływać w bogactwa, a tonie w nędzy.

Katastrofa wenezuelska nie ma nic wspólnego ze skomplikowanymi mechanizmami ekonomicznymi, bo objawiła się w konsekwencji oparcia całego kraju na dochodach z ropy, szabrowania kasy państwa, zaniechania inwestycji, sutego wspierania reżimów za granicą i wszechogarniającego braku podstawowych kompetencji do rządzenia. Na dodatek wszystko to działo się – wedle propagandowych haseł – w imię interesu ubogich.

Branża nęci najzdolniejszych

„Klątwa finansowa” nie przynosi aż tak fatalnych skutków – sprawia raczej, że zamożni bogacą się wolniej niżby mogli. Pierwsi na możliwość występowania takiej „jednostki chorobowej” zwrócili uwagę dwaj Brytyjczycy: dziennikarz ekonomiczny Nicholas Shaxson i ekonomista wojujący z unikaniem podatków, współtwórca i przewodniczący Tax Justice Network – John Christensen. Obaj mieli bardzo wyraźne pola obserwacji. Pierwszy opisywał „klątwę surowcową”, która spadła 30 lat temu na Angolę, drugi napatrzył się jak działa raj bankowo-podatkowy na wyspie Jersey, a obaj mieli na oku londyńskie City.

Zauważyli szybko, że „klątwę surowcową” sporo łączy z jej finansowym odpowiednikiem. Przede wszystkim sektor finansowy sprawnie konkuruje w gospodarce z pozostałymi sektorami o jej zasoby. Dominujące ponad wszystkim banki, towarzystwa ubezpieczeniowe i fundusze wysysają z gospodarki, służb państwowych, społeczeństwa obywatelskiego i pozostałych gałęzi najbardziej utalentowane jednostki.

Szczególnie narażony na skutki „klątwy finansowej” jest przemysł wysokiej technologii (IT, produkcja samolotów, biotechnologie itd.), bowiem to w tych dziedzinach, a nie w fabrykach tekstylnych czy hutach szuka się najlepszych głów, kuszonych przez banki i fundusze.

W City pracuje dziś 360 tysięcy ludzi. Nicholas Shaxson napisał w The Guardian, że bezpośrednie dochody podatkowe brytyjskiego Skarbu pochodzące z sektora finansowego wyniosły w 2017 r. 31 mld funtów, a nadwyżka w obrotach zagranicznych usługami finansowymi 60 mld funtów.

Czołowy redaktor The Financial Times Chris Giles spekulował nawet, że gdyby Londyn był państwem, to za przyczyną City generowałby nadwyżkę budżetową w wysokości ok. 7 proc. PKB, a więc stolica brytyjska radziłaby sobie samodzielnie lepiej niż doskonale zarządzająca swym bogactwem z ropy Norwegia.

Zdaje się jednak, że wielki sektor finansowy nie jest kurą znoszącą same złote jaja.

Przekonują o tym trzej badacze (Andrew Baker z Uniwersytetu Sheffield, Gerald Epstein – University of Massachusetts Amherst i Juan Montecino z Columbia University) w pracy pt. „The UK’s Finance Curse? Costs and Processes” („Czyżby padła na Wielką Brytanię klątwa finansowa? Koszty i procesy”).

Na podstawie własnych oszacowań twierdzą, że wskutek przerostu City Wielka Brytania mogła nie wytworzyć przez 20 lat, w okresie 1995-2015, wartości dodatkowej wartej aż 4 500 mld funtów szterlingów. Im wyższe liczby, tym bardziej abstrakcyjne, więc warto zauważyć, że 4,5 biliona funtów to równowartość dwuipółrocznego PKB Zjednoczonego Królestwa.

Mierzalne skutki ekonomiczne przerostu sektora finansowego dzielą się na dwie składowe. Autorzy dochodzą do wniosku, że mniej więcej 1,8 biliona funtów utraconych korzyści to bezpośredni efekt kryzysu finansowego. Rozumowanie nie jest skomplikowane – w czasie kryzysu bankom, funduszom inwestycyjnym, hedgingowym i innym oraz firmom ubezpieczeniowym łatwiej o straty niż o przychody i zyski, nawet jeśli wiele z nich było „zbyt wielkich, żeby upaść”. Im z kolei większy cały ten sektor, tym większe straty. Wyliczenia te są zbieżne z dolnymi wartościami podobnych kalkulacji, jakie przedstawił w 2010 r. na wykładzie w Hongkongu Andrew Haldane z Bank of England („The $100 billion question”).

Pieniądze źle ulokowane

Jeszcze poważniejsze konsekwencje przerostu sektora finansowego, ocenione dla Wielkiej Brytanii przez Bakera, Epsteina i Montecino na ok. 2,7 biliona funtów, to koszty wynikające z niewłaściwej alokacji środków (misslocation costs). Zadaniem banków jest efektywne inwestowanie przechowywanych u nich oszczędności. Gdy sektor finansowy rośnie ponad miarę i nieproporcjonalnie do wzrostu całej gospodarki, to może wyprzedzać możliwości absorbowania pożyczek i kredytów przez sektory produkcyjne i usługi pozafinansowe. Wówczas, niezatrudniony potencjał finansowy jest przekierowywany na szerokie pola spekulacji, bo pieniądz „leżący odłogiem” przynosi straty. Gry i spekulacje mogą przynosić korzyści graczom, lecz gospodarka jako taka w końcu ucierpi, tym bardziej, im większa skala spekulacji.

Ekonomiści nie kontestują ugruntowanego już poglądu, że typowy sektor finansowy osiąga rozmiary optymalne, gdy wartość kredytów ogółem wynosi 90-100 proc. PKB. Takie przeświadczenie wyrażone zostało np. przez Stephena Ceochetti i Enisse Kharroubi w sygnowanej przez Bank Rozliczeń Międzynarodowych (BIS) pracy z 2015 r. pt. „Why does financial sektor crowds out real economic growth?” (Dlaczego sektor finansowy wypiera realny wzrost gospodarczy?). Tymczasem, wg danych przedstawianych przez oddział Fed w St. Louis, ostatnim okresem w którym wskaźnik ten nie przekraczał w Wielkiej Brytanii 100 proc., był czwarty kwartał 1988 r., rekordową wartość – aż 195,3 proc. przybrał w I kw. 2010 r., a w badanym okresie od 1995 do 2015 miał średnią wartość w okolicach 160 proc. – daleko za daleko od optimum.

Sto i więcej lat temu jakieś 80 proc. pożyczanych pieniędzy (wtedy głównie przez banki) trafiało na Wyspach do przedsiębiorstw na inwestycje w ich podstawowym znaczeniu podręcznikowym, tj. w celach produkcyjnych. Przez stulecie zaszła jednak kolosalna zmiana. Gros pieniędzy to obecnie pożyczki udzielane w ramach sektora finansowego (62 proc.) i na nieruchomości, w tym zwłaszcza mieszkaniowe (15 proc.).

Badacze wyodrębnili jeszcze trzecią kategorię niekorzystnego wpływu przerostu sektora finansowego na kraj i gospodarkę w postaci wygórowanych zysków instytucji finansowych i wynagrodzeń ich pracowników. Koszty tych ekscesów oszacowali na 700 mld funtów przez 20 lat, ale jak to często robi się podczas szacowania, pominęli tę wielkość w konkluzji, wymawiając się ostrożnością, zwaną w języku kasty naukowej i biznesowej „podejściem konserwatywnym”. Tym samym ostateczna wartość szacunku kosztów hipertrofii albo, jak kto woli, puchliny sektora finansowego w Zjednoczonym Królestwie to 1,8 + 2,7, czyli 4,5 biliona funtów.

Jedno badanie kwestii nie przesądza. Za jakiś czas pojawią się zapewne wyniki kolejnych. Są one potrzebne, bowiem wcześniejsze szacunki opracowane przez dwójkę Epstein – Montecino wskazują, że w Ameryce koszty „klątwy finansowej” miałyby być dwa-trzy razy mniejsze niż w byłej metropolii. Wg przeprowadzonej przez nich kalkulacji, w latach 1990-2023 powinny wynieść 22 300 miliardów dolarów, czyli z grubsza tyle, ile wynosi obecnie jednoroczny PKB USA.

Inaczej mówiąc, Ameryka cierpieć miałaby na przesadnym rozroście sektora finansowego dwa – trzy razy mniej niż Wielka Brytania, chociaż udział sektorów finansowych w tworzeniu produktu krajowego jest i tu, i tam mniej więcej podobny i wynosi obecnie ok. 7 proc. W USA w 2017 r. udział sektora finansowego łącznie z ubezpieczeniami wynosił 7,5 proc., w Wielkiej Brytanii w tym samym roku – 6,5 proc.

Wyjaśnienia ewentualnej różnicy siły oddziaływania „klątwy finansowej” w USA i w Wielkiej Brytanii nie dostarczają wskaźniki zatrudnienia. Gdyby praca w sektorze finansowym miała w Wielkiej Brytanii większy udział w zatrudnieniu ogółem niż w USA, to silniejsze negatywne oddziaływanie sektora finansów na gospodarkę brytyjską miałoby logiczne wytłumaczenie, ale tak nie jest. W USA w sektorze finansowym liczonym z ubezpieczeniami pracuje ok. 6,3 mln osób, tj. 5 proc. wszystkich zatrudnionych, zaś na Wyspach 1,1 mln ludzi, czyli 3,2 proc. ogółu pracujących.

Dla Polski groźniejsza niechęć do inwestycji

Polsce „klątwa finansowa” raczej nie grozi. Sektor bankowy rozwija się u nas proporcjonalnie do skali rozwoju i wzrostu gospodarczego kraju, i ostatnio raczej zwalniał niż zatrudniał, chociaż cięcia nie dotyczyły menedżerów i ekspertów.

Daleko nam jeszcze do sektora finansowego w rozmiarach optymalnych dla kraju zamożnego. Przypomnijmy, że optimum to pojawiać miałoby się w okresach, gdy wartość kredytów jest nieznacznie mniejsza lub równa wielkości PKB. W Polsce wskaźnik ten dochodzi zaś do zaledwie 60 proc.

Bardziej niebezpieczna od „klątwy” jest w Polsce niechęć prywatnych przedsiębiorstw do inwestycji, co przekłada się na zaniżony popyt na kredyty i pożyczki. Wśród ekonomistów panuje konsensus, że niska skłonność do inwestycji wiąże się głównie z klimatem politycznym w kraju i z obawami o stabilność w systemie rozwiązywania sporów.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły