Za ostatni grosz

25.03.2019
Jeden grosz wystarczy, by namówić do zakupu, ale na co dzień nie jest w cenie. Triumfuje pieniądz elektroniczny, jest więc wielu chętnych do odesłania do lamusa drobniaków, a później i całej reszty tradycyjnych pieniędzy.

Mimo zmian technologicznych, w XXI wieku drobne monety pozostają w obiegu (fot. Envato)


Banknot i moneta jest jednak jak koń, którego każdy widzi, co zatem stanie się ze świadomością finansową ludzi, kiedy zbraknie ostatniej szkapy?

W muzyce rondo to motyw przeplatany kupletami. U nas motywem będzie grosz – dziś właściwie bez wartości, kiedyś duży pieniądz. Zająć się nim warto od czasu do czasu, bo z groszem przy duszy lepiej udaje się poznawać świat, w tym także świat finansów.

Dzisiejsza konotacja słowa „grosz” to całkowita odwrotność jego wczesnośredniowiecznej treści. W Europie królowały wówczas srebrne denary o sile nabywczej i wadze tym mniejszej, im powszechniejszy stawał się proceder psucia pieniędzy. Władcy, bez dyplomów MBA, za to z potrzebami materialnymi bez granic, okrawali monety z kruszcu, pozostawiając nominały bez zmian. W końcu doszło do tego, że za dość dostojnego kiedyś denara kupić można było ledwo kilka jajek, a jego cieniuteńka blaszka potrafiła rozpaść się w palcach.

Gruby pieniądz

Jednocześnie, w XII i XIII wieku rozwijał się w Europie handel, a bankowości daleko było jeszcze do rozkwitu. Co innego rozliczyć się z koszyka chleba, czy worka zboża, a co innego z kilku wozów towaru. Europa potrzebowała solidnego środka płatniczego, „grubego pieniądza”, czyli po łacinie nummi grossi. Pierwszy gruby grosz wybity został w srebrze w 1172 r. w Genui. Potrzeba chwili sprawiła, że w dość szybkim pochodzie po Europie, za Kazimierza, grube monety trafiły także do Polski. Grosz praski bity ze złóż srebra odkrytych w Czechach ważył 4,7 gramów i miał początkowo wartość dzisiejszych ponad 40 zł. Takich groszy chciałoby się mieć cały mieszek i jeszcze więcej.

Prawo Kopernika – Greshama jest wszakże nieubłagane. Otyłe z początku groszaki szczuplały systematycznie i nieustannie. Za Augusta III na wychudzone do krańca grosze szkoda było srebra i zaczęto je bić z miedzi. Tak więc również współczesny grosz ze swej późniejszej karykatury ma wszystko, a z pierwowzoru nummi grossi – zero. Trudno się zatem dziwić, że szacunku nie budzi „za grosz”.

Do sądu z pełnym workiem

Pewien rencista z Wielkopolski miał w lutym tego roku złość na sąd i nie omieszkał się odegrać. Ciążyły na nim koszty sądowe do zapłaty i rozliczył się sumiennie. Przyciągnął do sądu dwa worki z moniakami po 15 kg każdy, a w nich drobiazg groszowy na żądaną przez sąd sumę, czyli 750 zł. Na nic zdały się protesty, policja rozłożyła ręce, kasjerka wspomożona przez sądowe koleżeństwo przyjęła tysiące monet ze stali powlekanej mosiądzem. Innego wyjścia nie miała, obywatel był w prawie. Zgodnie z art. art. 31 i 32 ustawy o NBP, grosze są przy kasie równie dobre jak banknoty.

W 2019 roku obchodzimy setne urodziny współczesnego złotego.

Ale każdy kij ma dwa końce. W początkach II RP rządy toczyły o bilon wojnę z bankiem centralnym, a ekonomiści o różnych poglądach na sprawy monetarne łapali się za fraki. Obchodzimy właśnie setne urodziny współczesnego złotego, wprowadzonego w wyniku reformy walutowej Władysława Grabskiego. Debiut nowego polskiego pieniądza był bardzo trudny. Przyczyn tego głównych były dziesiątki, a szczegółów – tysiące. W wielkim zatem skrócie.

Na początku 1924 r. powołano nowy bank emisyjny – Bank Polski SA, poprzednika dzisiejszego NBP. Bank miał wyłączny przywilej emisji biletów skarbowych, czyli banknotów. W ramach reformy i pożegnania marki polskiej dopuszczono emitowanie przez rząd (nie bank), na ograniczoną skalę, innych państwowych znaków pieniężnych w postaci monet srebrnych i bilonu.

Polityka bilonowa

Dziennik Bydgoski z 12 listopada 1925 r. przypominał we wstępniaku, że: „Ustawowo dopuszczalna ilość bilonu wynosi 12 złotych na każdego mieszkańca, co przy 28 miljonach ludności daje sumę 336 miljonów złotych, a więc obecnie (w dn. 10 października), z 308 miljonami w obiegu zbliżyliśmy się do ustawowej granicy…”

Z naturalnego po zaborach braku krajowych możliwości, monety trzeba było zamówić i wybić za granicą, więc na okres przejściowy posłużono się wybiegiem w postaci zastępczych, papierowych biletów zdawkowych. Początkowo były to stare marki polskie przecięte na pół, z nowym nadrukiem któregoś z nominałów groszowych. Gospodarka nie miała się dobrze. Pojawiały się oznaki kryzysu. Bardzo krótko po hiperinflacji marki polskiej przypętała się tzw. druga inflacja polska zwana również inflacją bilonową. Profesor Edward Taylor, twórca poznańskiej szkoły ekonomii, przeciwnik etatyzmu i – w dzisiejszym pojęciu – neoliberał, uznał, że przyczyny to rozdęcie budżetu i nadmierna emisja biletów zdawkowych.

W marcu 1924 r. pobory pracowników państwowych wypłacone zostały w bilonie.

Istotnie, jak pisze historyk Wojciech Morawski, w marcu 1924 r. całe pobory pracowników państwowych wypłacone zostały w bilonie i biletach zdawkowych. W 1925 r. łódzki dziennik „Ilustrowana Republika” informował w tytule: „30 tysięcy złotych bilonem”. Cała notatka z 25 lipca brzmiała tak: „Wbrew oficjalnym zapewnieniom i komunikatom ministerstwo skarbu i Bank Polski prowadzą nadal potępienia godną politykę bilonową. Znany jest nam fakt, iż jednemu z tutejszych banków chciano wypłacić bilonem 10- i 20-groszowym czek, opiewający na zł. 30 tysięcy. Fakt ten podajemy bez komentarzy, gdyż jest on tak jaskrawy, że u każdego nawet laika wywołać musi reakcję i przekonanie, że w Banku Polskim i ministerstwie skarbu nie wszystko jest w porządku.”

Trudno ręczyć głową za prawdziwość cytowanej informacji, ale aprobatę budzi węzłowatość treści i szykowna elegancja krytyki naczelnych instytucji finansowych. W ten sposób rząd zwiększył obieg pieniężny. Z jednej wszakże strony likwidował zatory wywoływane brakiem gotówki do regulowania zobowiązań, ale z drugiej podsycał wzrost cen. W „Historii Monetarnej Polski” Grzegorza i Anny Wójtowiczów czytamy, że: „W całym 1925 r. [ceny] wzrosły o około 16 proc. Bank Polski wstrzymał przyjmowanie bilonu. Wynikało to z obawy, że wymiana bilonu na banknoty zwiększy ich obieg i nie pozwoli zapewnić ustawowego pokrycia złotem i dewizami.

Doszło więc do dwoistości obiegu pieniężnego. Emisja bankowa była wymienialna. Bilon stał się niewymienialny , bądź też za jego wymianę domagano się kilkuprocentowej dopłaty. W tej sytuacji banknoty zaczęto wymieniać na waluty obce, wycofując wcześniej zgromadzone depozyty w bankach. Banki zaczęły odczuwać trudności płatnicze grożące kryzysem bankowym i musiały otrzymać pomoc od rządu.” W określonych okolicznościach bilon może zatem wstrząsnąć podstawami państwa.

Zbyt ciężkie drobniaki

Pod względem prawnej atencji dla groszy, rozumianej jako brak regulacji redukującej możliwości zapłaty miedziakami, wyróżniamy się, zwłaszcza na tle państw anglosaskich, gdzie rachunek zysków i strat jest pomocnikiem kształtowania prawa.

Australia pozbyła się jedno- i dwucentówek w 1992 r., ponieważ ich wartość nabywcza była mniejsza od wartości metalu, z którego je bito. Co jakiś czas mowa jest o wycofaniu tam wyższych nominałów centowych. W Kanadzie jednocentówki zostały wycofane w lutym 2013 r. i w konsekwencji wykształcił się rytuał zatrzymywania drobnej reszty przez sprzedawców. Jeśli pójdzie się tam do sklepu i płaci gotówką, to przy kasie zaokrąglą końcówkę do 5 centów, z korzyścią dla siebie.

W Wielkiej Brytanii i Indiach obowiązują tzw. Coinage Acts. Na Wyspach nie sposób byłoby zagrać na nosie sądowi tak, jak uczynił to nasz obywatel spod Ostrowa Wielkopolskiego, ponieważ w jednopensówkach lub dwupensówkach można tam uregulować zobowiązanie do 20 pensów włącznie. Dla pięciopensówek i dziesiątek granicą jest 5 funtów, a dla dwudziestek, ćwierćfunciaków i monet o nominale 50 pensów jest to 10 funtów. Pofolgować sobie można natomiast, począwszy od jednofuntówek, którymi – przynajmniej teoretycznie i bez ograniczeń prawnych – można zapłacić fakturę opiewającą nawet na 1 milion funtów. Podobne rozwiązania przyjęto w 2011 r. w Indiach.

W USA czasami odżywa batalia: jedni bronią, drudzy są za skończeniem z drobniakami.

W Stanach Zjednoczonych od czasu do czasu prowadzona jest batalia: jedni bronią, drudzy są za skończeniem z drobniakami. Malutki wyłom już istnieje. Od 1980 r. armia amerykańska nie zezwala na posługiwanie się monetami w sklepach działających w jej bazach ulokowanych za granicą. Uzasadnienie jest proste, choć w świetle rozmiarów niezbędnego zaopatrzenia żołnierzy w militaria niespecjalnie przekonujące – bilon za dużo waży w transporcie.

Szkoda czasu na moniaki

W armii działają na rozkaz, w cywilu działa demokracja. W 2013 r. prezydent Barack Obama użył drobnych w metaforze służącej opisowi trudności związanych z pozbywaniem się marnotrawnych usług. Cztery lata później nieżyjący już senator John McCain i jego kolega z izby Mike Enzi starali się przekonać Kongres do ustawy o zaniechaniu bicia nominałów centowych i o jednoczesnym zastąpieniu papierowej jednodolarówki monetą.

Użyli argumentów finansowych. Rosną ceny metali kolorowych, a inflacja wprawdzie tylko pełza, ale zasada procentu składanego robi w długim czasie swoje. W 2016 r. koszt produkcji jednocentówki wyniósł 1,5 centa, więc na wybiciu ponad 9 miliardów tych monet w ciągu roku mennica amerykańska poniosła stratę w wysokości 46 mln dolarów.

Ludzie z sieci aptecznej Walgreens szermowali natomiast wraz ze stowarzyszeniem sklepów o formacie polskiej Żabki (National Association of Convenience Stores) szacunkiem, że wydawanie drobnych dodaje 2,5 niepotrzebnej sekundy do każdej transakcji. Jeśli zatem każdy dorosły Amerykanin płaciłby raz dziennie rachunek z groszową końcówką, to cały naród spędziłby przez rok 60 milionów godzin na szukaniu po kieszeniach i chowaniu drobnych. Amerykanów to nie wzruszyło, lubią swoje moniaki i tyle. A może znają się też na ekonomicznych sztuczkach?

Podatek z zaokrąglenia

Jay L. Zagorsky z Ohio State University przypomina w tym kontekście, że tam gdzie zarzucono najdrobniejsze monety, sprzedawcy są zobowiązani do zaokrąglania cen w dół lub górę do najbliższej „piątki”. Jeśli zatem coś kosztuje 1,01 lub 1,02 to sprzedawca kasuje 1,00. Jeśli cena wynosi 1,03 lub 1,04 to pobierać może 1,05.

Reguła byłaby sprawiedliwa, gdyby ceny były rozłożone perfekcyjnie równomiernie. Jednak to kupcy decydują o cenie, zwłaszcza jeśli różnica wte lub wewte to zaledwie kilka groszy.

Klienci są źli jeśli dostają mniej reszty niż się spodziewali.

Z kolei, doświadczenia niektórych sieci handlowych (Chipotle Mexican Grill) wskazują, że klienci są źli jeśli dostają mniej reszty niż się spodziewali – nie chcą najzwyczajniej płacić czegoś, co nazywane jest podatkiem z zaokrąglania (rounding tax). Raymond Lombra z Penn State University oszacował, że eliminacja najmniejszych nominałów i zaokrąglanie cen mogłoby kosztować amerykańskich konsumentów ok. 600 mln dolarów rocznie. Wypadłby jeden dolar z dużym hakiem na głowę. Niby nic, ale wydawać krocie na głupoty to prawo konsumenta, co innego czuć się oszukanym.

Można przyklasnąć zdaniu Zagorsky’ego, że zamiast forsować zakaz najmniejszych monet na drodze legislacyjnej, lepiej jest otrzymać to samo na drodze ewolucyjnej perswazji skierowanej do sprzedawców. Jeśli wydawanie malutkiej części reszty oznacza stratę paru sekund średnio na jednym obsłużonym kliencie, to zaokrąglanie cen w dół z korzyścią dla nabywców jest dobre także dla handlowców, ponieważ czas to pieniądz. W tym przypadku szybsza obsługa oznacza mniejszą pracochłonność, a więc mniejsze koszty.

Oko na gospodarkę: Gotówka szybko nie zniknie

Dla handlu nie jest to jednak żaden argument, bowiem z groszami wiąże się znacznie grubszy problem zastępowania cen „równych”, np. 50, 100 czy 200 zł cenami „uroczymi”. Zamiast 200 zł, na metce jest 199 zł, a gdy kupiec to sknera do kwadratu – 199,99 zł. Szczególnie irytujące jest to w przypadku wszelkich ubiorów, gdzie koszty wytworzenia są z reguły rozsądne, a marże handlowe – olbrzymie, co ma pokryć ryzyko nietrafienia z rozmiarówką, kolorystyką, gustami itd.

Ceny urocze

Praktyka nosi nazwę „charm pricing”, co oznacza wyznaczanie cen uroczych, ale też mamiących, z „dziewiątką” w końcówce. Według różnych ocen mniej więcej z przełomu wieków, na „9” kończy się od 30 do 65 proc. cen detalicznych w USA. Problem nie wystąpiłby w warunkach doskonałej konkurencji, bowiem cenę wyznaczałby poziom kosztów powiększony o marże. Konkurencja doskonała to jednak miraż teoretyczny, zaś na co dzień borykamy się z jaskrawymi przykładami zwichniętej konkurencji w farmaceutykach, czy tam gdzie udało się złapać konsumenta w sidła produktu (np. smartfony), czy modnej niesłychanie globalnej marki.

Dla psychologów zjawisko jest dziś trywialne. Nasz mózg dostrzega różnicę między 3,00 i 2,99, potwierdzając, że to różne wartości. Trik polega na tym, że 2,99 odczytywane jest jako 2,00, a to o wiele mniej niż 3,00. Naukowego poloru dodali tej konstatacji Manoj Thomas i Vicki Morwitz w pracy z 2005 r. pt. „Penny Wise and Pound Foolish: The Left-Digit Effect in Price Cognition”. Jak wynika z tytułu, gra idzie o cyfrę po lewej stronie liczby. Efekt nie występuje zatem, gdy cyfra po lewej stronie jest taka sama. Klient nie nabierze się więc na sztuczkę, jeśli porównuje 2,59 z 2,69. Efekt lewej cyfry działa nie tylko dla cen i jest tym silniejszy, im bliżej siebie są porównywane wartości.

Badacze z University of Chicago i MIT (Eric T. Anderson, Duncan I. Simester – „Effects of $9 Price Endings on Retail Sales: Evidence from Field Experiments”) przeprowadzili eksperyment na sukienkach. Ta sama raz kosztowała 34 dolary, potem – 39 dol., a w końcu 44 dol. Wbrew intuicji, okazało się, że największym wzięciem klientek cieszyły się sukienki wycenione na 39 dolarów, choć nie były przecież najtańsze.

Szkoda się schylać

Kiedyś szczęście mierzono w łutach. Szczęście było w cenie – mówiono nawet, że lepszy łut szczęścia niż funt rozumu. Jeden łut to 10 gramów, a nasz 1 grosz waży 1,64 grama. Czy jest szczęściem znalezienie grosza, skoro na niecały łut potrzeba ich sześć? Podobno 3/4 Amerykanów nie schyla się po centa leżącego na ziemi.

W 2008 r. płaca minimalna wynosiła w USA 5,85 dol. za godzinę. Autor tygodnika The New Yorker zauważył wówczas, że korzyść ze znalezienia centa dorównuje zarobkowi równemu płacy minimalnej, gdy podniesienie monety z ziemi trwa 6,15 sekundy. Eksperyment pokazuje, że pojedyncze sięgnięcie po drobniaka trwa 3-4 sekundy, lecz jeśli wziąć pod uwagę zmęczenie, gdy do zebrania byłyby setki monet, 6,15 sekundy wydaje się normą rozsądniejszą.

Polska płaca minimalna brutto wynosi w 2019 r. 2250 zł miesięcznie lub 14,70 zł, inaczej 1470 groszy za godzinę. Godzina liczy 3600 sekund. Za sekundę pracy otrzymamy w Polsce w płacy minimalnej 0,41 grosza brutto. Za cztery sekundy pracy etatowej otrzymamy 1,64 grosza brutto.

Zakładając, że trafiliśmy na wysyp porozrzucanych jednogroszówek, to w ciągu godziny zbierzemy ich 900, a więc nasz przychód wyniesie 14,76 zł brutto, czyli na poziomie minimum płacowego. Tyle, że schylać się po minimum trzeba u nas żwawiej, bo co 4, a nie co 6,15 sekundy jak w USA. Znajdowanie centów jest zatem ciągle rozsądniejsze od zbierania groszy.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły