Ile naprawdę kosztuje hamburger

18.07.2014
Dziś o ciekawych ćwiczeniach rachunkowo-analitycznych. A ponadto w przeglądzie opinii i wiadomości z kraju i świata warto przeczytać m.in. o deficycie handlowym USA, globalizacji w Europie, migracjach i budżetach obywatelskich w Polsce.


Najpierw jednak krótka informacja w związku z zestrzeleniem samolotu malezyjskiego nad Ukrainą. Giełdy zareagowały standardowo na wydarzenia – w pierwszych godzinach rubel w dół, złoto w górę, Wall Street w dół, złoty w dół. W necie znalazłem cennik uzbrojenia z kilkunastu krajów, m.in. USA i Rosji, gdzie zestaw BUK w sile batalionu wyceniony jest na 120 mln dol. i zawiera 36 rakiet, wyrzutnie, pojazdy etc. To rakieta BUK być może zestrzeliła samolot.

Koszty warto liczyć wszędzie. O efektywności terapii psychologicznej w chorobach umysłowych (to pojęcie jak wynika z tekstu dotyczy nie tylko klasycznych chorób psychicznych, ale także nerwic i depresji) piszą Richard LayardDavid M. Clark. Ciekawy tekst nie tyle ze względu na szczegóły – dotyczy specyficznego programu terapii w Wielkiej Brytanii – lecz ze względu na próbę policzenia, czy terapia psychologiczna ekonomicznie zarabia na siebie zmniejszając inne wydatki publiczne. Zarabia.

Z kolei o tym jaki jest prawdziwy koszt hamburgera pisze felietonista od żywności w New York Times Mark Bittman. Chodzi o tak zwane externalities, czyli negatywne koszty zewnętrzne, które wiążą się z rozpowszechnieniem niezdrowej żywności typu fast food takiej jak hamburgery. Autor próbuje je policzyć i wygląda na to, że przy średniej cenie cheeseburgera 4,49 dol. należy do rachunku doliczyć od 15 centów do 1,2 dolara z tytułu dodatkowej emisji CO2 przy jego produkcji, zwłaszcza przy tuczeniu bydła oraz co najmniej 48 centów kosztów wynikających z otyłości, do której przyczynia się hamburger. To tylko dwie z licznych externalities. W sumie wyliczone zostały (nadal nie wszystkie) na od 68 centów do 2,90 dol. na hamburgera. Amerykanie jedzą ok. 16 miliardów hamburgerów rocznie.

Nadal Ameryka. Joseph Salerno z Mises Institute pisze o histerii, jaką wywołują dane o rosnącym deficycie handlowym USA, który rzekomo ma niszczyć miejsca pracy i hamować popyt w Stanach Zjednoczonych. Jego zdaniem histeria ta służy jedynie merkantylistom chcącym ograniczyć import i osłabić dolara, by ułatwić eksport. Tymczasem to, co rezydenci w Ameryce wydają na import wraca m.in. w postaci inwestycji eksporterów do USA w aktywa amerykańskie. Słowem, liczy się cały bilans płatniczy, a nie tylko handlowy. Problemem jest natomiast to – zdaniem autora – że napływ kapitału do USA zamiast kreować produktywne inwestycje finansuje marnotrawne wydatki rządowe i deficyt budżetu.

Eurostat podał dane o globalizacji w Unii Europejskiej. Cały czas (dane są do 2012 roku włącznie) rośnie relacja eksportu i importu do PKB (w 2012 r. odpowiednio 45 i 42 procent) oraz zagranicznych inwestycji bezpośrednich. Europejskie inwestycje poza Unią wynoszą 40 proc. PKB, inwestycje FDI w Unii Europejskiej – 31 procent PKB. Jeśli chodzi o relację eksportu i importu do PKB Polska jest w środku państw unijnych i ma wskaźniki zbliżone do średniej europejskiej. Natomiast jeśli chodzi o FDI, polskie inwestycje zagraniczne są jeszcze niewielkie (11 procent PKB) natomiast zagraniczne w Polsce wyższe niż średnio w Unii (41 proc. PKB).

GUS opublikował dane o migracjach wewnętrznych w dekadzie 2002-2011 w porównaniu z dekadą 1989-2002. Teraz częściej migrują nieco starsze osoby, z wyższym wykształceniem, częściej też migranci przenoszą się z miast na wieś. Rzadziej niż w pierwszej dekadzie transformacji występują migracje poza granice danego województwa. W miastach powyżej 200 tysięcy mieszkańców migracje w pierwszej dekadzie XXI wieku zwiększyły ludność Warszawy, Krakowa, Gdańska i Wrocławia. Natomiast największe ujemne saldo jest niespodziewanie w Poznaniu, a także w Łodzi i na Śląsku. Powód migracji – najczęściej sprawy rodzinne i warunki mieszkaniowe. Migracja za pracą – wewnątrz kraju – to zaledwie 9,2 procent migracji ogółem, na co składa się 6,3 procent migracji wewnątrz danego województwa i 21,7 procent migracji międzywojewódzkich. Ogromny raport GUS na podstawie spisu powszechnego to kopalnia informacji istotnych m.in. dla rynku pracy.

Kilkakrotnie pisałem w Obserwatorze Finansowym o budżetach obywatelskich, więc warto odnotować, że po dłuższej przerwie Instytut Obywatelski wraca do tej problematyki. Jarosław Makowski, szef Instytutu, pisze (fragmenty):

Już prawie sto polskich miast wprowadza do swoich strategii zarządzania miastem pewne elementy budżetu obywatelskiego. Sęk w tym, że ilość nie przechodzi w jakość. Często budżet obywatelski jest przez włodarzy miasta traktowany jako rodzaj zła koniecznego właśnie dlatego, że jest modny, że rosnący w siłę miejscy aktywiści się go domagają. Innymi słowy: prezydenci słusznie doszli do wnioski, że – by spacyfikować oddolny ruch miejski – warto ponieść taką cenę, jaką jest wprowadzanie budżetu obywatelskiego. Oczywiście pod kontrolą i na swoich warunkach.

Po drugie, rośnie świadomość ludzi, że mają „prawo do miasta” tak samo, jak mają „prawo do wolności słowa”. Że miasto nie jest własnością urzędników magistratów, ale „jest nasze”. Każde spotkanie, w którym uczestniczyłem, pokazywało jasno, że nie ma lepszych ekspertów od miasta niż sami jego mieszkańcy. Tyle, że włodarze miast nauczyli się prowadzić konsultacje – gdyż był to wymóg Unii Europejskiej przy wielu projektach – w taki sposób, by jednak potem ich owoce wyrzucać do śmietnika.

Po trzecie, wielu twórców budżetów obywatelskich myliło go z plebiscytem. To prowadziło do sytuacji, w której mieszańcy zamiast ze sobą współpracować, zaczynali rywalizować.

A na stronie instytutu obok cytowanego komentarza można znaleźć szczegółowy i wartościowy raport opisujący dotychczasowe doświadczenia z budżetami obywatelskimi.

Na deser wracam do Ameryki i do krótkiej, ale ciekawej pracy ekonomistów z Uniwersytetu w Miami. Z ich ustaleń, na podstawie kilkuset obserwacji z bazy danych krajów OECD, wynika chyba jednak dość niespodziewanie, że rosnące wydatki publiczne na takie cele jak sprawiedliwość, obrona czy policja, znacząco redukują wzrost gospodarczy. Natomiast – co mniej zaskakujące – zwiększają go, w podobnym stopniu, wydatki inwestycyjne.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test