Ameryce zagraża brak oszczędności

09.06.2016
Politycy w USA niezmiennie podnoszą lament, że handel to wróg klasy średniej, główne źródło presji na miejsca pracy i płace. Obecna kampania prezydencka nie stanowi wyjątku: zarówno Republikanie, jak i Demokraci jako cel obrali sobie Chiny oraz Partnerstwo Transpacyficzne.


Jedni i drudzy przedstawiają zarówno Chiny jak i Partnerstwo jako zmorę dla nękanych kłopotami amerykańskich pracowników. Choć wyjaśnienie takie może być politycznie wygodne, prawda leży gdzie indziej.

Jeśli bowiem chodzi o handel, to – jak już pisałem poprzednio – USA same są sobie winne. Zawinił tu duży deficyt oszczędności. Przez dziesięciolecia kraj żył ponad stan, a fundując sobie największe w historii szaleństwo konsumpcyjne beztrosko sięgał po nadwyżki oszczędności z zagranicy. Politycy nie chcą oczywiście obwiniać wyborców za rozrzutność: dużo łatwiej przecież wskazać palcem na innych.

Taka ocena stanu oszczędzania zasługuje na dalszą analizę. Z danych wynika, że kraje z deficytem oszczędności mają zwykle także deficyt handlowy, a te z nadwyżka oszczędności – również nadwyżkę w handlu. Najbardziej wymownym tego przykładem są Stany Zjednoczone, w których krajowa stopa oszczędności netto sięgała pod koniec 2015 roku 2,6 proc. – niespełna połowę przeciętnego poziomu z trzech ostatnich dekad XX wieku, gdy wynosiła 6,3 proc. USA miały deficyt handlowy ze 101 krajami.

Wzorzec ten sprawdza się także gdzie indziej. Kraje, w których utrzymuje się duży deficyt handlowy – jak Wielka Brytania, Kanada, Finlandia, Grecja i Portugalia – oszczędzają znacznie mniej niż inne państwa rozwinięte. W tych natomiast, które oszczędzają dużo – jak Niemcy, Japonia, Holandia, Norwegia, Dania, Korea Południowa, Szwecja i Szwajcaria – utrzymuje się nadwyżka handlowa.

Nierównowaga pod względem oszczędności może również prowadzić do destabilizacji międzynarodowych przepływów finansowych, baniek aktywów oraz kryzysów finansowych. Tak się właśnie działo w okresie poprzedzającym kryzys finansowy z lat 2008-2009, kiedy globalna nierównowaga w zakresie oszczędności (której miernik stanowią dysproporcje między krajami z deficytem w bilansie rozrachunków bieżącym a tymi, które mają w nim nadwyżkę) sięgnęła rekordowego w czasach współczesnych poziomu. Nierównowaga ta podsycała tworzenie się bańki aktywów i bańki kredytowej, które przywiodły świat na skraj przepaści – co zdarzyło się po raz pierwszy od lat 30. XX wieku.

I tu również mamy do czynienia ze wskazywaniem palcem. Kraje z deficytem skłonne są składać winę na „nadmiar oszczędności”, które w poszukiwaniu zarobku rozlewają się po światowych rynkach finansowych. Jak to bowiem podkreślał były przewodniczący Rezerwy Federalnej USA, Ben Bernanke: przede wszystkim gdyby kraje takie jak Chiny wydawały więcej, to te bańki, które omal nie złamały USA, nigdy by się nie wytworzyły. Inni jednak natychmiast zauważali, że bez kapitału, którego dostarczyły kraje „nadwyżkowe”, domniemany cud wzrostu gospodarczego w USA prawdopodobnie by nie nastąpił.

Podejściem rozsądnym byłoby dążenie do lepszej równowagi między oszczędnościami i wydatkami. Jest to szczególnie istotne w przypadku USA i Chin, które mają łącznie więcej niż proporcjonalny udział w światowych dysproporcjach oszczędności. Mówiąc wprost, w USA trzeba więcej oszczędzać i mniej konsumować, a w Chinach – mniej oszczędzać i konsumować więcej. Żeby to się udało, każdy z krajów musi przezwyciężyć zakorzeniony sposób myślenia.

Na tym froncie prowadzą Chiny, które realizują przyjętą pięć lat temu strategię przestawienia gospodarki w kierunku konsumpcji. Przynosi ona jak dotąd mieszane efekty. Niedostateczne finansowanie sieci zabezpieczenia społecznego wciąż bowiem powoduje ograniczenie korzyści, jakie dochodom gospodarstw domowych daje tworzenie miejsc pracy w usługach oraz wywołany przez urbanizację wzrost płac realnych.

Ostatnio jednak Chiny pokazują, iż są zdecydowane zająć się tymi niedociągnięciami. Uchwalony niedawno 13. Plan Pięcioletni ma na celu zmniejszenie powodowanego strachem oszczędzania ostrożnościowego. Ma to być osiągnięte poprzez liberalizację ustalania stóp procentowych, wprowadzenie gwarancji depozytów, rozluźnienie przepisów meldunkowych znanych jako hukou (co zwiększyłoby możliwość przenoszenia uprawnień do zasiłków) oraz złagodzenie polityki planowania rodziny – czyli zasady jednego dziecka w rodzinie.

Stany Zjednoczone podążają jednak w przeciwnym kierunku. Nie ma zainteresowania dyskusją o problemie oszczędzania, nie mówiąc już o posunięciach w celu jego rozwiązania. Tymczasem program na rzecz oszczędzania powinien obejmować następujące elementy: konsolidację fiskalną w dłuższym terminie, zwiększanie pułapu IRA (indywidualnych kont emerytalnych) oraz emerytalnych planów oszczędnościowych 401K, reformę podatków od konsumpcji (jak podatek od wartości dodanej albo podatki od sprzedaży) oraz normalizację stóp procentowych. Amerykańscy politycy skupiają się natomiast na podtrzymywaniu szału konsumpcji nie zważając na jego skutki, jeśli chodzi o konieczność oszczędzania.

Ta asymetryczność reakcji dwóch największych gospodarek świata na właściwe im dylematy oszczędnościowe ma daleko idące konsekwencje. Osiągnięcie przez Chiny postępu na drodze do konsumpcyjnej reorientacji gospodarki będzie przecież – zależnie od zakresu tego postępu – oznaczać przejście od nadwyżek oszczędności do ich absorbcji. Całkowita stopa oszczędności już się zresztą w Chinach zmniejsza – z rekordowego poziomu 52 proc. PKB w 2008 roku spadła do około 44 proc. PKB w tym roku. A w nadchodzących latach powinna spaść jeszcze bardziej.

Stany Zjednoczone – od dawna uwikłane we wpółuzależniające stosunki gospodarcze z Chinami – nie mogą sobie pozwolić na zlekceważenie tej zmiany. Napędzanemu przez konsumpcję zwrotowi ku absorbcji oszczędności będzie przecież towarzyszyć zmniejszenie nadwyżki handlowej Chin i nadwyżki na ich rachunku bieżącym, to zaś doprowadzi do mniejszej akumulacji rezerw walutowych oraz ograniczenia zakresu przekształcania tych rezerw w aktywa dolarowe, takie jak amerykańskie papiery skarbowe.

Przy założeniu, że Stanom Zjednoczonym nie uda się pobudzić oszczędności krajowych, brak chińskiego kapitału może je nawet zmusić do płacenia wyższych cen za finansowanie zewnętrzne. Może to przybrać formę słabszego dolara lub wyższych stóp procentowych – albo i jedną, i drugą. Są to klasyczne pułapki współuzależnienia: modyfikacja stosunków przez jednego z partnerów niesie konsekwencje dla drugiego.

Żaden kraj nie może w nieskończoność prosperować bez oszczędności. Stanom Zjednoczonym uchodzi to bezkarnie, gdyż świat na to pozwala. A pozwala dlatego, że dysponują one walutą, stanowiącą dla niego walutę rezerwową. Zresztą kraje, które im to umożliwiają – zwłaszcza mające gospodarkę nastwioną na eksport, jak Chiny, a także państwa, należące do łańcucha dostaw firm amerykańskich i uzależnione od surowców – – same korzystały z amerykańskiego szaleństwa konsumpcyjnego, które napędzało przesadną ekspansję handlu globalnego.

Te dni są już jednak policzone. Amerykańscy wyborcy – zwłaszcza wściekli pracownicy z klasy średniej – coraz częściej dochodzą do wniosku, że coś tu nie pasuje. Mimo to politycy w USA nadal kierują gniew wyborców na zewnątrz, ignorując fakt, że „uprzejmość obcych” (Zwrot „uprzejmość obcych” kindness of strangers pochodzi ze sztuki Tennessee Williamsa „Tramwaj zwany pożądaniem”. Jej znerwicowana i niezaradna bohaterka, Blanche, mówi w pewnym momencie, że żyje tylko dzięki uprzejmości obcych – przyp. tłum.) oznacza wsparcie dla wzrostu gospodarczego. Przyszła pora, by politycy uznali niewygodną prawdę: że największy zagrożeniem Amerykańskiego Marzenia jest deficyt oszczędności.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test