Cywilizacyjne źródła problemów energetyczno-klimatycznych

28.11.2017
W sprawie „klimat i środowisko a energia i jej źródła” pomijana jest kwestia rosnącego gwałtownie popytu na energię ze strony 5-6 miliardów ludzi z biednych rejonów świata. Popyt ten jest czynnikiem, który odsunie w przyszłość tak oczekiwaną perspektywę bezwzględnej dominacji źródeł odnawialnych.


Są trzy podstawowe przyczyny coraz większego zużycia energii, w tym elektrycznej, w państwach goniących Zachód i nadal bardzo zacofanych. Pierwsza to ponadprzeciętny w skali globalnej wzrost gospodarczy i stopniowy wzrost poziomu życia, zwłaszcza w Chinach, ale nie tylko tam. Druga to nieopanowany i niezwykle groźny dla ludzkości przyrost demograficzny. Co cztery miesiące światu w samych tylko miastach przybywa (netto) ponad 24 miliona nowych mieszkańców. Tyle liczy ogromny Szanghaj. Trzeci czynnik jest mocno powiązany z pozostałymi i dotyczy wielkiej energochłonności wynikającej z obowiązującego modelu gospodarczego opartego na wzroście ilościowym.

Gdy pół wieku temu kończyłem podstawówkę, było nas 3 miliardy. Teraz tłum dreptający po Ziemi liczy 7,5 miliarda. Nikt nie podważa projekcji, że za paręnaście lat świat liczył będzie 9 miliardów ludzi, a potem jeszcze więcej. Kiedyś żyliśmy sobie niczym kury na wolnym wybiegu, dziś, a zwłaszcza jutro – jesteśmy i będziemy jak brojlery unieruchomione w żelaznych klatkach.

Południe wychodzi z biedy i chce coraz więcej energii

Poza tym jeszcze pół wieku temu wielkiej części ludności świata musiała wystarczyć miska ryżu, liść kapusty, byle chatka i ognisko zasilane chrustem. Dziś substandard ten odchodzi, tu wolniej, tam szybciej, do przeszłości. Są tego energetyczne i wszelkie inne konsekwencje. Ceną płaconą za stopniową emancypację miliardów ludzi jest zwłaszcza degradacja środowiska, tym większa im szybszy przyrost naturalny. Tymczasem spora część mieszkańców przodującego Zachodu bezkrytycznie odpowiada na biblijne wezwanie sprzed tysięcy lat: „Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: >>Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi<<”. Słowa te spisane zostały, gdy ludzi mogło być mniej niż lwów, a już zwłaszcza antylop, a jednak dla bardzo wielu nadal pozostają drogowskazem. Niepojęte.

Szacuje się, że w 1990 roku w skrajnym ubóstwie (dzienny wydatek na utrzymanie poniżej 1,90 dolara według siły nabywczej z 2011 roku) wegetowało ok. 35 proc. ludności świata. Dzisiaj odsetek ten wynosi prawdopodobnie „tylko” 9 proc. W ujęciu statystycznym postęp jest wielki, ale nie musi zwiastować radykalnej poprawy losu, tak jak kilkadziesiąt centów lub nawet parę dolarów więcej ponad absolutne minimum nie czyni z nędzarza konsumenta pełną gębą.

Dość powiedzieć, że 2,8 mld osób (38 proc. ludności świata i połowa mieszkańców Południa) nadal gotuje strawę w tradycyjnych piecach i w ogniu prymitywnych palenisk. Zasilane są drewnem, chrustem i zwierzęcymi plackami, a w najlepszym wypadku węglem drzewnym. Zebranie opału wymaga rocznie setek miliardów roboczogodzin rocznie (średnio 1,4 godziny dziennie), poświęcanych głównie przez kobiety i dzieci. Pożądane radykalne podniesienie standardów cywilizacyjnych w tej jednej tylko dziedzinie nie tylko zwiększy wydatnie szanse życiowe kobiet i edukacyjne dzieci, ale też popyt na wydajne źródła energii, głównie w postaci paliw kopalnych, bo OZE w dzisiejszym wydaniu nadają się do tego bardzo średnio. Trzeba to uwzględniać w zbyt optymistycznych rachubach i prognozach wszelkiej szczęśliwości w świecie pod rychłym już podobno panowaniem OZE.

Według danych skompilowanych przez czynną od 12 lat inicjatywę Global Carbon Budget rok 2017 zaznaczył się nowym rekordem globalnej emisji gazów cieplarnianych. Do atmosfery trafiło m.in. 37 mld ton CO2. Wielkość ta obejmuje emisję naturalną i wywołaną działalnością człowieka. W 1990 roku emisja dwutlenku węgla oceniona została na nieco ponad 22 mld ton. W okresie 1990-99 średnioroczny przyrost emisji dwutlenku węgla do atmosfery wyniósł 1,1 proc. W latach 2000-2009 ten sam wskaźnik wspiął się na poziom 3,3 proc. Przypomina się tu zasada, że wspiąć się na górę jest najczęściej łatwiej, niż z niej zleźć.

Narastanie tempa wzrostu emisji jest w dużej części skutkiem gwałtownego przyrostu demograficznego zasługującego od dawna na miano globalnej katastrofy. Drugi powód wiąże się z pozytywną stroną globalizacji, która pozwala na udział zapomnianych do niedawna państw w międzynarodowym podziale pracy. Nawet jeśli podział ten jest z gruntu niesprawiedliwy, to efekty rozwojowe uzyskiwane przez niedawnych biedniaków są pozytywne – lepszy rydz niż nic.

Kontekst klimatyczno-środowiskowy procesu przenoszenia produkcji z Zachodu do Chin i innych państw Azji maluje się jednak niemal wyłącznie w czarnych barwach. China Factory wymaga ogromnych ilości taniej energii, a pod ręką były nieprzebrane ilości węgla i tanich robotników do jego dobywania. Ogromnie wzrósł też tam popyt na ropę naftową. Na ponad 1000 stron „World Energy Report 2016” wyczytać można, że jej zużycie w regionie Azji – Pacyfiku w latach 1990-2011 podwoiło się, z 14 do 28 mln baryłek dziennie. Dopiero dramat smogowy w połączeniu z ambicjami przywództwa technologicznego zmusił władze Chin do bardzo intensywnych ostatnio inwestycji w OZE.

Konsumpcja ponad stan

Trzeci czynnik skłaniający do krytycznej oceny poglądów o bliskiej ponoć perspektywie eliminacji lub rewolucyjnego zmniejszenia udziału paliw kopalnych w zaspokajaniu potrzeb energetycznych świata to maksymalnie rozrzutny sposób gospodarowania zasobami, który rozwinął się w kilku minionych dekadach i stale nabiera tempa. Przejawów jest mnóstwo.

11 listopada każdego roku chińskie hipsterstwo hucznie obchodzi Święto Singli. Data jest nieprzypadkowa, bo w zapisie składa się z czterech jedynek. Święto Singli to przede wszystkim orgia zakupów dokonywanych głównie za pośrednictwem platformy Alibaba – chińskiego naśladowcy Amazona i jednocześnie ucznia, który zdołał szybko prześcignąć amerykańskiego mistrza. W tym roku sprzedaż prezentów, w tym mnóstwa niepotrzebnych nikomu rzeczy, za pośrednictwem samych tylko sklepów internetowych Alibaby osiągnęła tego dnia 25 mld dolarów, o 7 miliardów więcej niż rok wcześniej. Co sekundę dokonywano 256 tys. płatności, a rekordem dnia było 325 tys. transakcji.

W znużonych zamożnością i nowobogackich społeczeństwach zakupy przestają służyć zaspokajaniu rzeczywistych potrzeb, a stają się rodzajem rozrywki dla każdej grupy i podgrupy. Najbardziej popularne sieci handlowe są jak tanie kina dla gawiedzi, a luksusowe butiki jak sale operowe z najtańszymi biletami od kilkuset dolarów wzwyż.

Źródłem marnotrawstwa energii i tysięcy innych surowców oraz materiałów jest adorowana przez większość ekonomistów popytowa dźwignia wzrostu gospodarczego sprowadzająca się do konsumpcji ponad stan, bo finansowanej ze środków pożyczanych przez państwo. Na Zachodzie, głównie wśród młodszego pokolenia, wykształcił się kult nowości. W jego imię sprzedawcy oferują, a klienci kupują po co najmniej kilka par butów rocznie, garderobę nie na sztuki, a na kilogramy, smartfon sprzed roku nadaje się głównie do skrywania przed otoczeniem, sprzęt domowy nie wytrzymuje kilku lat normalnej eksploatacji, do naprawy samochodu nie wystarczy klucz i śrubokręt, trzeba wymieniać cały kosztowny moduł, a najlepiej kupić sobie nowe auto.

Niemiecka Federalna Agencja Ochrony Środowiska ustaliła np., że cykl życia elektroniki domowej bardzo wyraźnie się skrócił. Telewizor kineskopowy niemiecki konsument użytkował średnio przez 10-11 lat. Płaskie odbiorniki wymienia się znacznie częściej, średnio co 5-6 lat.

Tymczasem im bardziej skomplikowany i wymyślny towar, tym więcej energii trzeba do jego wytworzenia. Im więcej dyskusyjnych gadżetów, rzeczy z ograniczonym – z premedytacją lub bez – okresem użytkowania, tym więcej dymów z elektrowni i tym więcej pieniędzy łożyć trzeba na oddymianie świata. Te proste zależności nie pojawiają się w dyskursach energetyczno-klimatycznych, co bardzo złe wystawia świadectwo ich prominentnym uczestnikom, jak również zwykłym zjadaczom chleba.

Każdego roku marnotrawiona jest ok. 1/3 jedzenia wyprodukowanego do spożycia przez ludzi. W samej UE do kosza trafia w przeliczeniu na mieszkańca ok. 175 kg dobrej żywności. Nawiasem, z wynikiem 247 kg Polska jest w unijnej szpicy marnotrawców żywności. Konsekwencje są wielorakie. Każdy kilogram wytworzonej żywności oznacza 4,5 kg CO2 trafiającego dodatkowo do atmosfery. Współczesne rolnictwo to nawozy sztuczne produkowane wielkim wydatkiem energetycznym z ropy i gazu ziemnego. Hodowla zwierząt, zwłaszcza bydła, dodaje do globalnej emisji gazów cieplarnianych 7,1 gigaton rocznie, tj. 14,5 proc. emisji będącej skutkiem działalności człowieka itp. itd.

Globalny popyt na energię stale rośnie

Międzynarodowa Agencja ds. Energii (IEA) prognozuje w raporcie pt. World Energy Outlook 2017 spory wzrost zapotrzebowania oraz duże przesunięcia w międzykontynentalnej strukturze jej zużycia. Do 2040 roku efektywny popyt globalny na tzw. energię pierwotną (węgiel, ropa, gaz, uran, słońce, wiatr…) wzrosnąć ma o 30 proc. To tak jakby do obecnego zużycia dodać tyle, ile wynosi dzisiejsze zapotrzebowanie Chin i Indii, bogacących się w nadzwyczajnym tempie i liczących łącznie ok. 2,5 mld mieszkańców, czyli ponad dwa razy więcej niż kokosi się nas na umownym Zachodzie.

W Europie popyt na energię pod wszelkimi postaciami zmniejszyć się ma tym okresie o 200 Mtoe (miliony ton ekwiwalentu ropy naftowej; 1 Mtoe = 11,63 mln MWh), w Japonii o 50 Mtoe, a w rozrzutnych i zadufanych Stanach Zjednoczonych o symboliczne 30 Mtoe. Oszczędności te zniknąć mają jednak pod naporem rosnącego popytu w Azji, a także w Afryce. W Indiach ma być większy o nieco ponad 1 mld Mtoe, w Chinach o 790 Mtoe, w Afryce o 485 Mtoe, w Azji Płd.-Wsch. o 480 Mtoe, a w Ameryce Łacińskiej o 270 Mtoe. Wobec tych liczb coraz mocniejsza musi być niewiara w to, że coraz większy popyt na energię ze strony państw Południa da się zaspokoić za pomocą wiatraków i paneli fotowoltaicznych. Niewiarę tę potwierdza wieloletnia prognoza amerykańskiej Energy Information Agency, wg której udział OZE w całkowitym zużyciu energii pierwotnej wzrośnie ze skromnych ok. 13 proc. obecnie do ok. 18 proc. w 2040 roku.

Na fali przemian energii: co stanie się z ropą po 2040 roku

Odsuwaniu w dalszą przyszłość nieuniknionego, z dzisiejszej perspektywy, dramatu ekologicznego sprzyja natomiast postęp techniczny napędzany narastającą świadomością dokonanych już nieodwracalnych zniszczeń i następnych zagrożeń środowiskowych. Gdyby nie poprawa efektywności zużycia energii, np. dzięki oszczędniejszym silnikom, sprawniejszym maszynom i technologiom, czy wydajniejszym źródłom światła, popyt na wszelką energię wzrósłby do 2040 roku ponaddwukrotnie w stosunku do przewidywanego przez IEA.

Dynamiki nabiera pochód energii generowanej dzięki sile wiatru i promieniowaniu słońca. OZE pokryć ma ok. 40 proc. przyrostu popytu przewidywanego w okresie 2016-2040. To sporo, ale daleko nie tyle, ile wynika z entuzjastycznych zapowiedzi niepoprawnych optymistów. Mankamentem OZE w dzisiejszym wydaniu jest relatywnie niska sprawność i wysoka kosztowność. Niemcy wydały do tej pory na wspieranie produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych 1 bilion, czyli 1000 miliardów dolarów, a nadal ponad połowę prądu wytwarzają tam elektrownie węglowe. Na dynamiczne inwestycje w OZE bez oglądania się na rachunek ekonomiczny, jak również na nieprzemyślane rezygnacje z rozwoju energetyki atomowej stać dziś wyłącznie państwa najbogatsze, takie jak Niemcy i Japonia.

Ilościowy model gospodarczy oparty na paradygmacie ciągłego wzrostu PKB nie ma dziś rozsądnej, perspektywicznej i możliwej do powszechnego wdrożenia alternatywy. Brak ten nie usprawiedliwia wszakże eksponowania w analizach i scenariuszach energetyczno-środowiskowych strony podażowej (rozwój OZE, ograniczanie zużycia paliw kopalnych, modernizacja tradycyjnych siłowni, postęp prowadzący do zmniejszania zużycia energii itd.) z niemal całkowitym pominięciem konsekwencji rosnącego nieuchronnie popytu na energię. Dyskurs „na jedną nóżkę” przypomina zaś podwórkową kłótnię dzieciarni, po której niedorostki wracają do domów z rozbitymi nosami, ale dumne, że każdy pozostał przy swoim, niekoniecznie słusznym, zdaniu.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test