Europa powinna bardziej racjonalnie podejść do tematu łupków

09.10.2012
Globalna społeczność energetyków huczy z podekscytowania szczelinowaniem hydraulicznym czyli „frackingiem”. To technologia, która umożliwia sięgnięcie do niedostępnych wcześniej zasobów gazu, uwięzionego w podziemnych formacjach. Boom w branży produkcji gazu łupkowego umożliwił USA niemal samowystarczalność w zakresie gazu naturalnego.

Daniel Gros (Fot. Ptoject Syndicate)


Europa wyraźnie pod tym względem odstaje. Poszukiwania prowadzi się z wahaniami, produkcja gazu z łupków jeszcze się nawet nie zaczęła, co wielu obserwatorów skłania do biadań, że Europa może przegapić kolejną rewolucję energetyczną. Czy zatem Europejczycy powinni się niepokoić?

Krytycy pozornego braku entuzjazmu Europy wobec „frackingu” pomijają dwa kluczowe punkty. Po pierwsze, struktura geologiczna Europy jest inna niż Ameryki. Jest ogromna różnica między potencjalnym złożami, ukrytymi gdzieś w wielkich formacjach łupkowych a zasobami nadającymi się do wydobycia, które faktycznie można wykorzystywać w sposób ekonomicznie uzasadniony.

W rzeczywistości szacunki Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) sugerują, że najbardziej znaczące i nadające się do wydobycie złoża gazu łupkowego znajdują się w USA i w Chinach, nie zaś w Europie. Co więcej, nawet te szacunki to tak naprawdę nic więcej jak tylko uczone przypuszczenia, ponieważ jedynie w USA formacje łupkowe były od wielu dziesięcioleci przedmiotem intensywnych poszukiwań.

W Europie ten proces zaczyna się dopiero teraz. Wygląda na to, że najbardziej korzystne warunki geologiczne ma pod tym względem Polska i że w ciągu jakichś dziesięciu lat może się ona stać znaczącym producentem na lokalną skalę. To szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż przy produkcji gazu z łupków byłoby zapewne politycznie łatwiejsze wyeliminowanie stosowanych przez Polskę subsydiów do lokalnego wydobycia (i zużycia) węgla, irracjonalnych zarówno ekonomicznie, jak i z uwagi na środowisko. „Fracking” byłby również dla Polski dobrodziejstwem strategicznym, bo zmniejszyłby jej gazową zależność od Rosji.

Krytykujący Unię Europejską zwolennicy „frackingu” pomijają jednak także drugi element: UE nie ma żadnej władzy nad rozwojem wydobycia gazu łupkowego w Europie. Decyzje co do licencji tudzież regulacji odnośnie do poszukiwań i produkcji podejmowane są na szczeblu krajowym.

Trzeba jednak przyznać, że w Europie zjawisko zwane „Nimby” (z ang. not in my backyard —nie na moim podwórku) stanowi przeszkodę znacznie istotniejszą, niż w USA. Choć może być prawdą, iż Europejczycy są nadmiernie wrażliwi na kwestie ochrony środowiska, to pewną rolę odgrywają też inne motywacje. Chodzi zwłaszcza o to, że podczas gdy w USA prawa własności do zasobów naturalnych należą zwykle do poszczególnych właścicieli gruntów, pod którymi się te złoża znajdują, to w Europie należą one do państwa.

W efekcie Europejczycy — w obliczu niejasnych skutków dla środowiska i braku przychodów — skłonni są przeciwstawić się „frackingowi” w pobliżu miejsca zamieszkania. W USA natomiast tamtejsi mieszkańcy sowicie korzystają na możliwości odprzedania swoich praw własności firmom gazowym — co stanowi istotną przeciwwagę obaw o koszty dla środowiska.

Jednak różnica między prywatną i państwową własnością zasobów naturalnych nie jest jedynym czynnikiem instytucjonalnym, odpowiadającym za gazowy boom w USA. Choć rzadko się o tym wspomina, to rozwój branży gazu łupkowego w USA korzystał z istotnych ułatwień podatkowych — a tego modelu Europa nie ma powodu naśladować. We wspieraniu rozwoju nowych technologii, takich jak „fracking”, rządy mają oczywiście pewną rolę do spełnienia, ale gdy konkretna technologia jest już opracowana, nie ma powodów, by jakiś rodzaj produkcji gazu subsydiować za pomocą ulg czy wakacji podatkowych.

Najbardziej jednak kluczowym — i prawie zawsze pomijanym— aspektem „frackingu” jest to, że gaz łupkowy, podobnie jak wszystkie węglowodory, można wykorzystać tylko raz. Prawdziwy problem nie polega więc na tym, czy w Europie powinno się rozwijać wydobycie gazu łupkowego, ale kiedy powinno to nastąpić: czy już dziś —czy dopiero jutro.

Europa już obecnie zużywa mnóstwo gazu, choć to zużycie (podobnie jak jej gospodarkę) dotknęła obecnie stagnacja. Mimo szumu wokół rewolucji wywołanej przez gaz łupkowy koszty wydobycia gazu konwencjonalnego (ze złóż lądowych) nadal są niższe. Co więcej, istniejąca sieć rurociągów sugeruje, że ten gaz konwencjonalny może być dostarczany do Europy po niższych kosztach krańcowych. Z ekonomicznego zatem punktu widzenia (a także z uwagi na środowisko naturalne) jest mało prawdopodobne, by metoda „frackingu” przyniosła Europie wielkie korzyści: gaz łupkowy może być po prostu substytutem występującego w obfitości gazu konwencjonalnego.

Skoro mamy dziś do czynienia z wyjątkowo niskimi stopami procentowymi, ekonomiczny koszt spóźniania się z czymś jest także niski. Tak więc najlepszym dla Europy wyborem może być oczekiwanie — aż rynek gazu łupkowego zacznie działać. „Fracking” nie jest jeszcze technologią dojrzałą, jest więc bardzo prawdopodobne, że z czasem zostanie ona ulepszona. Być może więc Europa stanie się się kiedyś liderem „zaawansowanego frackingu” — co nastąpi wówczas, gdy wyczerpią się zasoby gazu łupkowego w Stanach Zjednoczonych.

Daniel Gros

©Project Syndicate, 2012

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test