W burzliwych czasach przydają się koneksje polityczne

12.03.2014
Nowe dowody świadczą o tym, że koneksje polityczne wpływają na wskaźniki gospodarcze nie tylko na rynkach wschodzących, lecz także w USA. Niezwykłą stopę zwrotu z inwestycji odnotowały np. firmy związane z Timothym Geithnerem, gdy ten był kandydatem na sekretarza skarbu.
Timothy Geithner, sekretarz skarbu USA (CC BY-ND Center for American Progress)

Gdy została ogłoszona nominacja Timothy'ego Geithnera na Sekretarza Skarbu firmy giełdowe, z którymi miał powiązania zyskały więcej niż inne (CC BY Medill DC)

Gdy została ogłoszona nominacja Timothy'ego Geithnera na Sekretarza Skarbu firmy giełdowe, z którymi miał powiązania zyskały więcej niż inne (CC BY Medill DC)

Gdy ocenia się sytuację polityczną wielu państw, zwykle – całkowicie zasadnie – bierze się pod uwagę, kto ma jakie osobiste powiązania z ludźmi sprawującymi władzę bądź się o nią ubiegającymi. Sojusze zawierane w czasie starć na Ukrainie częściowo zależały od tego, kto był blisko powiązany z Wiktorem Janukowyczem i jego rodziną. Przy ocenie zarządzania wpływami z wydobycia ropy w Gwinei Równikowej albo prawdopodobieństwa regularnej wojny domowej w południowym Sudanie trzeba uwzględniać to, kto od dawna jest powiązany z najważniejszymi osobami publicznymi, ich bliskimi, znajomymi i sojusznikami. Ostatnio bada się też np. to, czy UBS i JP Morgan Chase zatrudniały dzieci chińskich oficjeli w konkretnym celu, mianowicie po to, by zdobyć koneksje, które mogą zapewnić przychylność władz lub korzystne transakcje.

W opublikowanej w 2001 r. cennej i ważnej analizie Ray Fisman opisywał powiązania rozmaitych indonezyjskich przedsiębiorstw z Suhartem, ówczesnym prezydentem Indonezji. Wykazał w niej, że rynkowa wartość tych firm zmieniała się w większym stopniu niż wartość spółek podobnych pod innymi względami, gdy rozeszły się pogłoski, że Suharto poważnie choruje. Kiedy uznano, że przez chorobę serca może umrzeć, spadła wartość firm zarządzanych przez ludzi, z którymi od dawna utrzymywał kontakty, przypuszczalnie wskutek założenia, że te przedsiębiorstwa utracą dostęp do władz, a ten dostęp uznawany był za coś cennego. Takie podejście stało się potężnym narzędziem pozwalającym zrozumieć realia polityczne oraz powiązania między prywatnymi firmami a urzędnikami państwowymi. To nastawienie wpływa także na myślenie o pewnych sytuacjach makroekonomicznych, m.in. kryzysach finansowych.

Wygłaszając w 2000 r. odczyt podczas konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Ekonomicznego (AEA), Larry Summers, ówczesny sekretarz skarbu, przekonywał, że jednym z elementów odpowiedzialnych za „utratę zaufania do systemu finansowego oraz przypadki paniki bankowej” jest korupcja i ingerencje polityków gdy po utracie płynności przeprowadzano interwencje w instytucjach finansowych (za przykład może posłużyć sytuacja, kiedy indonezyjski bank należący do syna prezydenta zamknięto jednego dnia, aby go otworzyć następnego, pod inną nazwą, w tym samym budynku).

W USA koneksje też ważne

W amerykańskich kręgach politycznych powszechnie zakładano, że takie koneksje liczą się bardziej w państwach charakteryzujących się słabymi rządami prawa niż w zamożniejszych częściach świata, np. w USA. A po pejoratywne określenie „kapitalizm kolesiów” sięgano, aby opisywać relacje między ludźmi biznesu a politykami w państwach pozbawionych skutecznych mechanizmów ograniczania bezkarności elit.

Wyniki nowych badań pozwalają się lepiej przyjrzeć sytuacjom, w których koneksje miały wielkie znaczenie także w USA. Czy należy przez to uznać, że to rzecz całkowicie normalna we wszystkich systemach politycznych? Czy może świadczą o tym, że pewna szkodliwa forma kapitalizmu kolesiów przyjęła się w USA, co zarzucają m.in. członkowie ruchu Okupuj Wall Street (Occupy Wall Street)?

Większość dotychczasowych dowodów dotyczy Kongresu. W opublikowanej niedawno analizie Pat Akey bada nadzwyczajne stopy zwrotu z inwestycji w akcje w przypadku zaciętych wyborów do Kongresu. Firmy zyskują po wyborze polityka, z którym łączą je jakieś koneksje, a tracą przy jego porażce. Pat Akey szacuje, że łączna nadzwyczajna stopa zwrotu wynosi 1,7–6 proc. Świadczy to o tym, że inwestorzy uważają takie koneksje są wartościowe.

Należy wnioskować, że dostęp do członków administracji państwowej może zapewnić olbrzymie korzyści. Wydaje się też, że po to działa ogromna amerykańska branża lobbingowa, która nie ogranicza się do zwykłego przekazywania informacji czy innej działalności ułatwiającej podejmowanie decyzji.

Gdy potężni kongresmani angażują się w politykę, zdarza się, że wpływają na nich ludzie, z którymi rozmawiają, a rozmawiają prawdopodobnie ze znajomymi. Marianne Bertrand, Matilde BombardiniFrancesco Trebbi opublikowali w 2011 r. analizę, z której wynika, że lobbyści zmieniają tematy, którymi się zajmują, gdy robią to ich znajomi pracujący w komisjach kongresowych. Świadczy to o tym, że znajomości mają większe znaczenie niż biegłość w temacie. Natomiast Jordi Blanes-i-Vidal, Mirko Draca i Christian Fons-Rosen ustalili w swoim raporcie, że lobbyści tracą wielką część dochodów, gdy senator, z którym łączą ich powiązania, odchodzi z Kongresu.

Nowe dowody

W naszej pracy zatytułowanej „The value of political connections in turbulent times: evidence from the US” analizujemy znaczenie niektórych koneksji: kontaktów z wysokiej rangi urzędnikami amerykańskiej administracji państwowej. Konkretnie bierzemy pod uwagę quasi-naturalny eksperyment z listopada 2008 r., kiedy prezydent elekt Barack Obama wskazał Timothy’ego Geithnera jako swego kandydata na stanowisko sekretarza skarbu.

Geithner znał wielu ważnych ludzi, przede wszystkim z czasów, kiedy zajmował stanowisko prezesa nowojorskiego Banku Rezerwy Federalnej. Niektóre osoby i z olbrzymich, i z małych firm z branży finansowej znał doskonale. Jednocześnie nie utrzymywał żadnych kontaktów z ludźmi z wielu innych przedsiębiorstw z tej branży. Po podaniu informacji o kandydaturze Geithnera w ciągu 10 dni roboczych firmy branży finansowej mające z nim powiązania odnotowały na giełdzie łączną nadzwyczajną stopę zwrotu z inwestycji wynoszącą aż około 12 proc., znacznie wyższą od stopy zwrotu z akcji innych przedsiębiorstw tego sektora. W styczniu 2009 r., kiedy nominacja Geithnera stała pod znakiem zapytania z powodu nieoczekiwanych problemów podatkowych, wartość spółek mających z nim powiązania spadła. Należy przy tym dodać, że ten spadek był mniejszy od wzrostów odnotowanych w listopadzie, a jego szacowana wielkość mniej pewna.

Można dopuścić możliwość, że panowało przekonanie, iż Timothy Geithner jako kompetentny specjalista pomoże wyciągnąć gospodarkę z tarapatów (ta hipoteza nie tłumaczy, dlaczego wzrosła wartość akcji firm mających powiązania z Geithnerem, a takich zwyżek nie odnotowano w przypadku spółek podobnych, ale bez tych kontaktów). Gdy badamy, jak zmieniały się notowania akcji firm w reakcji na możliwość pogłębienia się kryzysu, np. przyglądając się zmianom wartość akcji tuż po bankructwie banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 r., nasze wyniki się potwierdzają.

Być może oczekiwano, że Geithner będzie sprzyjał kilku wielkim firmom, które dobrze znał – np. Citibankowi – ale na nasze wyniki nie wpływa ani wielkość aktywów, ani żaden miernik decydujący o tym, że jakaś spółka jest „za duża, żeby upaść”. Jeśli nie uwzględnimy Citigroup i firm branży finansowej mocno powiązanych z Citi, czyli m.in. największych banków, nie wpłynie to na uzyskane przez nas wyniki. Podobnie jest, gdy nie bierzemy pod uwagę wszystkich firm, które można uważać za podmioty o znaczeniu systemowym.

Co ciekawe, gdy chcemy się przyjrzeć, co się działo przy powierzaniu innych ważnych urzędów – np. w maju 2006 r., gdy Henry Paulson został sekretarzem skarbu – nie dostrzegamy niczego, co świadczyłoby o wpływie tych wydarzeń na notowania akcji spółek, z którymi nominowani mieli jakieś powiązania (np. Paulson był powiązany z Goldman Sachs). Wygląda na to, że sytuacja z listopada 2008 r. była w jakiś sposób odmienna. Przypuszczalnie znaczenia ma to, że wówczas sekretarz skarbu miał większą swobodę podejmowania decyzji i ogromne zasoby do swojej dyspozycji.

Zmiany notowań akcji skłaniają do interpretacji, że kontakty z wysokiej rangi funkcjonariuszami publicznymi liczą się bardziej w czasie kryzysu, kiedy ci ludzie mają większą swobodę podejmowania decyzji. Całkowicie uzasadnione było przypuszczenie graczy rynkowych, że konieczne będą natychmiastowe działania w warunkach zmniejszonego nadzoru nad działaniami władzy, a decydenci będą podejmowali decyzje w oparciu o rady i pomoc ze strony niewielkiej grupy ludzi, którym ufają. Tak właśnie było, gdy Timothy Geithner objął stanowisko sekretarza skarbu.

Trzeba jasno powiedzieć, że nasza analiza nie dowodzi tego, iż działo się cokolwiek niestosownego bądź nielegalnego. Potężni urzędnicy administracji państwowej nie różnią się od innych ludzi – liczba tych, których znają i którym ufają, jest ograniczona. Z tego powodu naturalne jest korzystanie z pomocy przyjaciół z sektora prywatnego, współpracowników i znajomych mających odpowiednią wiedzę, gdy potrzeba pomocy. Urzędnicy proszą tych ludzi o rady, zdarza się też, że powierzają im posady rządowe.

Interes własny i publiczny

Nawet gdy ktoś kieruje się najlepszymi intencjami, na jego przekonania zapewne wpływa interes własny, szczególnie gdy mówimy o ludziach, którzy byli, są albo będą pełnili ważne funkcje w przedsiębiorstwach, a jednocześnie biorą pod uwagę możliwość, że mogą otrzymać tam bonusy. W normalnych czasach wszelkie takie tendencje widoczne w postępowaniu urzędników można łatwiej ograniczyć, stosując mechanizmy instytucjonalne i nadzór (m.in. kontrolę ze strony Kongresu i mediów), ale w czasach kryzysu, kiedy konieczne są działania natychmiastowe, koneksje prawdopodobnie w większym stopniu wpływają na politykę.

Uzyskane przez nas wyniki świadczą przynajmniej o tym, że Stany Zjednoczone nie różnią się od innych państw tak bardzo, jak czasami sobie to wyobrażamy. Potrzeba jednak dalszych analiz, aby móc dokładnie ocenić, kto i co zyskał, gdy Timothy Geithner kierował Departamentem Skarbu. Miejmy nadzieję, że takie badania pozwolą porównywać nie tylko reakcje na rynkach, ale także szczegóły bailoutów i innych programów politycznych wdrażanych w różnych państwach.

Daron Acemoglu jest profesorem ekonomii, wykłada ekonomię stosowaną na MIT

Simon Johnson jest profesorem ekonomii, wykłada przedsiębiorczość na Sloan School of Management przy MIT oraz jest członkiem zespołu badawczego Ośrodka Badań Polityki Gospodarczej (CEPR)

Amir Kermani jest wykładowcą Haas School of Business i Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley

James Kwak jest wykładowcą na School of Law przy Uniwersytecie Connecticut

Todd Mitton jest profesorem finansów na Marriott School of Management przy Uniwersytecie Brighama Younga

Artykuł po raz pierwszy ukazał się w VoxEU.org (tam dostępna jest pełna bibliografia). Tłumaczenie i publikacja za zgodą wydawcy.


Tagi


Artykuły powiązane