Keynesizm Miltona Friedmana

22.09.2013
W pewnym sensie wszyscy jesteśmy keynesistami. W innym sensie już nikt nie jest keynesistą. (Milton Friedman)

Mateusz Machaj (Fot. OF/ M.Wegner)


Lubimy zawłaszczać wielkich myślicieli. Dotyczy to nie tylko przedstawicieli nauk ścisłych, ale także nauk społecznych. Tak bardzo, jak lubimy po zawłaszczeniu ich wywyższać, tak samo również lubimy innych strącać z piedestału lub przynajmniej demaskować. Świetnym przykładem takiego potraktowania jest noblista, wybitny przedstawiciel szkoły chicagowskiej, Milton Friedman. Ideologizacja nauki ekonomii z jednej strony była dla niego przekleństwem, a z drugiej błogosławieństwem. Poprzez ideologizację jego prace naukowe bywają deprecjonowane, a z drugiej nadmiernie wychwalane.

Prawda jest bowiem taka, że gdyby nie popularne, a wręcz „komiksowe” książki Friedmana o kapitalizmie i wolnym rynku, to z pewnością nie zyskałby tak ogromnej sławy, jaką się cieszy. Nie ma co ukrywać, że wielu zwolenników Friedmana ceni jego naukową pracę ze względu na publikacje o dużo mniejszej zawartości merytorycznej. Nie ma co również ukrywać, że wielu przeciwników Friedmana nie chce cenić jego pracy naukowej, ponieważ nie przepadają za jego negatywnymi poglądami na interwencjonizm państwowy.

Takie podejście utrudnia dostrzeżenie ciekawego aspektu makroekonomicznych opracowań dzieł Miltona Friedmana, na co zwrócił niedawno uwagę Paul Krugman. Otóż opracowania dotyczące Wielkiego Kryzysu 1929 r. autorstwa Friedmana mogą zostać potraktowane jako keynesistowskie. „Keynesistowskie” w takim rozumieniu, że pozostają wierne duchowi opracowań Johna Maynarda Keynesa, stanowiących apologetykę dla etatyzmu.

Pogląd Friedmana na Wielki Kryzys

Zdaniem Friedmana kryzys gospodarczy od roku 1929 jest przede wszystkim skutkiem działań rządowych. Głównym winowajcą miała być Rezerwa Federalna, która nie zareagowała łagodną polityką pieniężną na gospodarcze spowolnienie. Argumentuje, że w trakcie kryzysu należało wydrukować pieniądze i skupić dług publiczny z rynku. W wyniku tych działań nastąpiłoby stymulowanie popytu, możliwe byłoby zapobieganie spadkowi podaży pieniądza. Skutkiem tego załamanie giełdowe byłoby wyhamowane, a zatrudnienie i produkcja mogłyby się odbić od dna. Friedman próbuje więc wskazać, dlaczego załamanie było tak wielkie.

W pewnej mierze Friedman winą za kryzys obarcza „Państwo”, mitycznego niemal wroga gospodarczych liberałów. Zwodnicze będzie jednak traktowanie jego poglądu jako anty-państwowego (jak również jako pro-państwowego), bowiem jego wnioskowanie przybiera formę urzędowej analizy. Wychodzi z założenia, że celem państwa było stabilizowanie poziomu cen i wtłaczanie w razie potrzeby dodatkowego pieniądza do gospodarki. W świetle tak postawionych celów Rezerwa Federalna wydawała się zawieść (wydawała, ponieważ dyskutowane jest, czy rzeczywiście była w stanie zrobić coś innego i czy aby przypadkiem nie próbowała robić dokładnie tego, co zalecał Friedman).

Trudno jednak wyciągać wnioski, iż jest to anty-państwowe podejście. Friedmanowi nie chodzi o kwestionowanie istnienia instytucji jako takiej, lecz twierdzenie, że ta instytucja jak najbardziej powinna istnieć i wykonywać swoje zadania, ale w inny sposób niż do tego doszło. Dlatego trudno określić stanowisko Friedmana jako skrajne, czy radykalnie prorynkowe. W końcu sama krytyka poczynań polityków jeszcze nie oznacza, że chce się ich wycofać z życia gospodarczego. W ten sposób musielibyśmy uznać wszelkich opozycjonistów za anty-państwowców i gospodarczych liberałów. Twierdzenie Friedmana, że „rząd jest winien, ponieważ nie wydrukował pieniędzy” ma w sobie tyle samo liberalizmu gospodarczego co postulat związkowca, że „rząd jest winien, bo nie chce podnieść płacy minimalnej”.

Analogiczny pogląd Friedman zaprezentował, mówiąc o polityce pieniężnej w Japonii w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Jego zdaniem należało zwiększyć podaż pieniądza i przeznaczyć go na skup rządowego długu. Rekomendacja jest porównywalna do tego, co możemy znaleźć w rozdziale o Wielkiej Depresji w „Wolnym wyborze”. Czytelnik nastawiony na schemat, że Friedman to radykał, będzie z pewnością zaskoczony czytając tę lekturę. Przyzwyczajony do liberalnych haseł, że druk pieniądza jest szkodliwy, a rząd nie powinien się zadłużać, usłyszy od rzekomego radykała liberalnego, że państwowa instytucja powinna drukować pieniądze i skupywać dług publiczny…

Z tej przyczyny Paul Krugman na swoim blogu (już po raz kolejny) wskazał na to, że krytycy „poluzowania ilościowego”, powołujący się na Friedmana jako jego niedoszłego przeciwnika nie mają racji. Jego zdaniem Friedman był „zasadniczo keynesistą”, ponieważ uznawał jedną z wersji aparatu keynesowskiego, jaką jest tzw. model ISLM. Między innymi przy jego użyciu dochodził do konkluzji o konieczności stymulowania gospodarki agresywną polityką pieniężną.

Dlatego w sferze makroekonomicznej można uznawać Friedmana za jednego z kontynuatorów myśli Keynesa, odrzucającego niektóre z założeń.  Zdaniem samego Friedmana pod pewnym względem wszyscy są keynesistami – wychodzą z założenia, że należy maksymalizować produkcję i zatrudnienie przy użyciu narzędzi interwencjonistycznych. Pod innym względem wszyscy keynesistami nie są (wówczas nie byli), ponieważ nie akceptują konkretnego narzędzia interwencjonistycznego, jakim w wypadku samego Keynesa była przede wszystkim polityka fiskalna. Dlatego monetaryzm Friedmana można postrzegać jako swoistego rodzaju keynesizm reformowany – uznanie ogólnego modelu, który uzasadnia makroekonomiczny etatyzm przy użyciu wybranych narzędzi. Różnica między Keynesem a Friedman polega na wywyższeniu znaczenia innego z tych narzędzi.

Można argumentować, że Krugman w gruncie rzeczy trochę zaburza obraz sytuacji i nie można mu w pełni wierzyć, co do osądu Friedmana. W takim razie warto przywołać słowa jednego z kontynuatorów Friedmana, również noblisty, Roberta Lucasa, który stwierdził, że podejście Friedmana zakłada „odrobinę” mniej rządowej interwencji niż podejście Keynesa (podkreślając „odrobinę”).

Naturalnie, poza samym Friedmanem i Keynesem istniały i istnieją alternatywne rozważania makroekonomiczne, które w każdym sensie są antykeynesistowskie, w tym opracowania jeszcze innego noblisty, Friedricha Augusta von Hayeka, dobrego znajomego Miltona Friedmana. Sam Friedman bardzo lubił społeczne poglądy Hayeka, ale jednocześnie całkowicie deprecjonował jego poglądy ekonomiczne, uważając, że są karykaturalne i pozbawione właściwej teorii pieniądza oraz kapitału.

Friedman wolnorynkowiec a Wielki Kryzys

Skrajni zwolennicy wolnego rynku, bardziej radykalni od samego Friedmana, lubią przywoływać jego pogląd na Wielki Kryzys, jako przykład odstępstwa od jego i tak radykalnych poglądów (na tle pełnego spektrum). Pozwala go to w pewnej mierze detronizować jako pioniera klasycznego liberalizmu. O ile taka analiza może być dla niektórych zabawna (jeśli nie komiczna), o tyle nie ma najmniejszego znaczenia dla zawartości merytorycznej opracowań Friedmana, bowiem jego makroekonomiczna analiza albo jest słuszna, albo nie. Niezależnie od tego, jakie miał poglądy polityczne.

Podobnie zwolennicy Friedmana mają tendencję do ideologicznego reagowania, zwracając uwagę na detronizacyjne motywy takich krytyków noblisty. To jednak w gruncie rzeczy jest równie ideologiczne podejście jak podejście drugiej strony. Rzeczowa dyskusja keynesistowskich argumentów Friedmana wymaga trzeźwego oglądu sytuacji bez znaczenia, kogo się uzna za lepszy bądź gorszy autorytet w sprawach wolnego rynku. W dodatku pozwala uniknąć pułapek, które się wiążą z nadmiernym upraszczaniem poglądów wybitnych myślicieli.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły