Łatwiej być eksporterem niż producentem

02.04.2012
Napis Made in… był do niedawna ważnym narzędziem marketingu. Pod warunkiem, że to in to było in Germany, Japan, albo chociaż UK. Inna jego wersja: Sdiełano w СССР też ekscytowała potencjalnych nabywców, gdy był to kałasznikow, a najlepiej rakieta. Nowa metoda OECD i WTO zrywa z prostą klasyfikacją aby powstrzymać rosnącą falę handlowego protekcjonizmu.

Made in China (Fot. K.Mokrzycka)


Dzisiaj z klasyfikacją narodowo–geograficzną towarów jest wielki problem. Czyje jest elektroniczne cacko montowane w Chinach? Inżynierów z kalifornijskich laboratoriów, anonimowych programistów z Indii, czy robotników z fabryk Tajpej lub w Guangdongu? Więcej w tej sprawie wiedzieć będziemy za pół roku. Jesienią światło dzienne ujrzeć ma bowiem publikacja opracowywana właśnie z inicjatywy OECD i WTO pod hasłem Trade in Value-Added, czyli Handel Mierzony Wartością Dodaną. Z zapowiedzi z 15 marca wynika, że nie będzie to jednorazowy pomiar.

W czasach globalizacji, która oznacza także podział procesu wytwórczego na dziesiątki i setki operacji, wykonywanych często na różnych kontynentach, obliczanie wartości strumieni handlu międzynarodowego w wielkościach brutto prowadzi do poważnych zakłóceń informacyjnych. Niesie złe skutki dla krajowych i ponadnarodowych polityk gospodarczych we wszystkich ich zakresach.

Problem ujawnia się na poniższym schemacie:

(opr. DG/ www.obserwatorfinansowy.pl)


Kraj A wytwarza u siebie (od początku, prawie do końca) towar, który jest wart 100. Następnie eksportuje go do kraju B, gdzie produkt ten przechodzi ostateczny szlif, dokręcają tam to i owo, ładnie pakują po czym wysyłają do kraju C. Tu produkt znajduje końcowego nabywcę. W kraju B towarowi przybywa jedynie 10 jednostek wartości dodanej, ale całkowita wartość eksportu z B do C wynosi 110.

Dotychczasowy pomiar według wartości brutto wykazuje, że globalny obrót (eksport plus import) wyniósł w tym przykładzie 210 jednostek. Licząc w wartości dodanej byłoby to tylko 110 jednostek.

Mierzenie handlu międzynarodowego w konwencji brutto zamazuje i zniekształca obraz. W powyższym przykładzie kraj C ma deficyt w handlu z B w wysokości 110 jednostek i nie ma żadnych relacji handlowych z krajem A, gdzie wytworzono niemal całą wartość produktu będącego przedmiotem obrotu. Jeśli zmierzyć teraz ten sam ruch w wartości dodanej, to deficyt handlu zagranicznego kraju C w obrotach z B spada ze 110 do 10, a w statystykach pojawia się ponadto deficyt C w relacjach z A wynoszący 100, którego dotychczas zupełnie nie było.

Podskórnie pulsuje dziś w świecie współczesna hybryda merkantylizmu manufakturowego winiąca import za stagnację gospodarczą i zbyt duże bezrobocie we własnym kraju oraz za wiele innych niepowodzeń. Nieszczęścia mają dopełniać (w tym przekazie) przenosiny całych fabryk, gałęzi i sektorów do innych państw, położonych często za siedmioma morzami i siedmioma górami. Ponieważ ludziom brakuje głębszej wiedzy i znajomości mechanizmów, bez oporów przyklaskują tym poglądom.

Jest wielce prawdopodobne, że oszacowanie przez OECD i WTO przepływów wartości dodanych ponad granicami, ujawni prawdziwą ich skalę. Stanie się skutecznym repelentem, czyli odstraszaczem odganiającym od udziału w debacie neoluddystów, naśladujących, na współczesną modłę, dawnych niszczycieli krosien.

Dyskutować jest o czym. Kilkadziesiąt lat temu odróżnianie wartości brutto i wartości dodanej w eksporcie–imporcie nie wnosiłoby zbyt wiele, ponieważ podział pracy odbywał się przede wszystkim na narodowym podwórku, w granicach krajów. Postęp technologiczny, połączony z globalizacją, zmienił mnóstwo, ale nie sposób postrzegania zależności makro– i mikroekonomicznych.

To na tej zasadzie Polacy zaczęli od niedawna wierzyć, że „ich” gospodarka stała się nagle wielkim eksporterem, choć tak nie mogło być i nie jest. Chyba żeby uwierzyć, że fiaty z fabryki w Tychach, ople z Gliwic czy lodówki z Łodzi są tylko polskie. Wiele lat codziennej mitręgi i wysiłku intelektualnego przed nami, żebyśmy wyszli z grupy „statystycznych” eksporterów, których wkład do dzieła nie wychodzi ponad dwa lub trzy obroty śrubokrętem.

Najlepszym przykładem, że nie zawsze jest tak jak się wszystkim wydaje jest Państwo Środka. Chiny to przypadek odmieniany na całym świecie już od 10 – 20 lat. Jednak okazuje się, że w praktyce nie taki diabeł straszny jak go malują, a wskazują na to poniższe diagramy.

Ilustrują one strukturę chińskiego eksportu w roku 1995 i 10 lat później, z wyszczególnieniem wsadu krajowego (na niebiesko) i zagranicznego (jaśniejszy odcień wewnątrz koła) oraz w podziale na m.in. produkty wysokiej i niskiej technologii.

(opr. DG/ www.obserwatorfinansowy.pl)


Chiński eksport towarów wysokiej technologii wzrósł przez tę dekadę sześciokrotnie, ale wsad zagraniczny w tym eksporcie, prawie 14-krotnie (11 proc. z 57 mld dol. To jest 6,3 mld dol., a 25 proc. z 343 mld dol. to 85,8 mld dol.). W przypadku towarów niskiej technologii wartość wsadu zagranicznego wzrosła tylko czterokrotnie, co wskazuje np. na to, że Chińczycy kroczą tradycyjną ścieżką rozwoju gospodarczego, przyswajając najpierw podstawowe umiejętności i łatwiejszą wiedzę.

Amerykański deficyt w handlu z Chinami wyniósł w 2011 r. ok. 300 mld dolarów. Jest to jakieś 40 proc. całkowitego ujemnego salda bilansu handlowego USA. Przykład firmy Apple i jej sztandarowego produktu iPada zmienia obraz. Prawa do konceptu iPadów są wyłączną własnością amerykańskiego koncernu, ale urządzenia składane są wyłącznie w Chinach w fabrykach firmy Foxconn z Tajwanu z podzespołów pochodzących w większości spoza Chin.

W 2010 r., z którego pochodzą dane, iPady w podstawowej konfiguracji sprzedawane były w USA po 499 dolarów za sztukę. Jak jednak wynika z analiz opublikowanych przez Personal Computing Industry Centre (Capturing Value in Global Networks: Apple’s iPAD and iPhone, Kenneth L. Kraemer, Greg Linden, Jason Dedrick), wkład chiński w cenie tej to jedynie ok. 2 proc. czyli 10 dolarów w płacach tamtejszych robotników.

Zysk Apple na jednym iPadzie to ok. 30 proc. ceny detalicznej, czyli 150 dolarów. Poza zyskami Apple do przychodów podmiotów z USA trzeba doliczyć 75 dolarów marży detalicznej pobieranej przez amerykańskich dystrybutorów i ok. 12 dolarów za części wytwarzane w USA. Jak pokazuje diagram na iPadzie korzysta jeszcze Korea Płd. i Tajwan, a chińskie profity za naklejkę „Made in China” są niemal pomijalne.

(opr. DG/ www.obserwatorfinansowy.pl)


Łączny koszt wytworzenia (fabryczny) jednego iPada wyniósł w 2010 r. 275 dolarów. Autor The Economist obliczył na podstawie tych kalkulacji, że w tradycyjnym rachunku iPady tworzą ok. 4 mld dolarów amerykańskiego deficytu w handlu z Chinami. Gdyby jednak posłużyć się rachunkiem przepływów wartości dodanych, deficyt na iPadach spadłby do 150 mln dolarów. Szef WTO Pascal Lamy uważa, że gdyby statystyki handlowe prawidłowo odzwierciedlały wkłady krajowe, to deficyt USA w obrotach z Chinami spadłby o ponad połowę.

Inicjatywa OECD i Światowej Organizacji Handlu jest w powijakach. Pierwsze wyniki będą z pewnością obarczone niedoskonałościami metodologii, ale z pewnością pozwolą lepiej zrozumieć, że nie zawsze jest tak, jak nam się wydaje.


Tagi


Artykuły powiązane

test